SO!MUSIC

NOWA STRONA MUZYKI

Posłuchaj Recenzje

Taylor Swift – “Evermore” [recenzja]

2020 oficjalnie stał się rokiem Taylor Swift. Zanim emocje po sukcesie  intymnego i romantycznego “folklore” zdążyły opaść, Swift postanowiła pokazać wszystkim, że to nie koniec. Wypuściła zatem kolejny krążek zatytuowany “Evermore” udowadniając nam, że ma do opowiedzenia jeszcze więcej historii. 

”Wiem, że te święta nie będą wesołe dla wszystkich. Niektórzy spędzą je samotnie. Jeśli ktokolwiek z Was szuka pocieszenia w muzyce, tak jak ja, „Evermore” jest dla Was. Uwielbiam eskapizm, jaki znalazłam w tych wyobrażonych/niewyobrażonych historiach. Byłam zachwycona sposobem, w jakim przyjęliście marzenia, tragedie i epickie opowieści o utraconej i odnalezionej miłości. “ – mówi Swift – tłumacząc swoją decyzję o wypuszczeniu kolejnego już w tym roku albumu.

“Evermore” to dziewiąty album Taylor Swift – młodsza siostra “Folklore”. I choć klimat obu albumów jest podobny, “evermore” zdaje się być o wiele lżejszy i bardziej melodyjny. Ma w sobie również nieco mniej goryczy – a może po prostu nie jest ona aż tak przeszywająca i dosłowna jak w “Folklore”. Po pierwszym przesłuchaniu albumu mam wrażenie, że brzmi on jak baśnie, wieczory spędzone w ciepłych, przytulnych pomieszczeniach i poranki, podczas których za oknami jest jeszcze ciemno. Brzmi jak opowieści na dobranoc, zapach domowych wypieków i światło świec. Brzmi jak coś co dobrze znamy, ale nie wiedzieć czemu na myśl o tym ogarnia nas tęsknota. 

Utwór, od którego rozpoczyna się album – “Willow” otwiera przed nami bajkowy świat pełen tajemnic, magii i uczuć. Jest zapowiedzią podróży, w którą zabiera nas “Evermore”. Jednak tym razem nie podróżujemy tylko po wewnętrznym świecie artystki. Dźwięki, które słyszymy w “Evermore” tworzą w głowie obrazy, dzięki którym każdy z nas może wyśnić swoje własne “Evermore”.  Bezpieczna strefa, w której usłyszymy “najgorsze już za Tobą, teraz możesz odpocząć” – oczywiście nie jest to miejsce pozbawione złych wspomnień, obaw i traum, ale jest to miejsce, które pomaga nam się z nimi uporać. 

“Evermore” to album przepełniony opowieściami – o miłości, życiu – a czasem nawet o zbrodni. Ale w przeciwieństwie do “Folklore”, każdy z utworów wydaje się być odrębną historią, która nie łączy się z innymi. Tutaj każdy ma prawo opowiedzieć – a właściwie usłyszeć – swoją historię, zostawić ją w “Evermore” i ruszyć dalej. Jednak w “Evermore” wspomnienia pozostają na zawsze – dlatego też zawsze możemy do nich wrócić.

Recenzując “Folklore” porównywałam Swift do starszej siostry,  która mówi nam, że mamy prawo czuć wszystko co naprawdę czujemy – w przypadku “Evermore” poszłabym o krok dalej. Tutaj artystka wciela się w rozmaite postaci – każda z nich ma przekazać nam coś innego. Jednak słuchając ich opowieści ma się wrażenie, że są to postaci o wiele starsze – takie, które przeżyły już na tyle dużo, że nawet o najbardziej bolesnych przeżyciach opowiadają ze spokojem. A to świadczy o ogromnej dojrzałości, którą wykazała się artystka. Doskonałym tego przykładem jest “Happiness” – kawałek tak przejmujący, że nie jednej osobie będzie w stanie odebrać mowę. To bez wątpienia jeden z najbardziej błyskotliwych utworów artystki. Refren utworu przypomina coś w rodzaju morału, który można było przeczytać na końcu opowiadań dla dzieci. Natomiast cała jego stylistyka – łącznie z grą głosem Swift – stwarza wrażenie, jakby podmiotem lirycznym w utworze była staruszka, dzieląca się z nami sekretami na temat życia. 

Ciekawym aspektem “Evermore” jest fakt, że jest praktycznie pozbawiony krzyku,  który na “Folklore” pojawiał się bardzo często.  Można się domyślać, że dzieje się tak dlatego, że “Evermore” ma za zadanie pozwolić nam odpocząć i ukoić rany omówione na “Folklore”. I zdaje ten egzamin, wykazując się ogromnym zrozumieniem i cierpliwością. Swift wcale nie każe nam o czymkolwiek zapominać, palić za sobą mostów, udawać, że coś nie ma dla nas znaczenia. Sama nazwa albumy – “Evermore” – oznaczająca “wiecznie” – sugeruje, że pewne wspomnienia, wydarzenia czy też uczucia zostaną z nami na zawsze. Jednak na “Evermore” Swift pokazuje nam, że nie muszą one być ciężarem. Odwiedźcie zatem “Evermore”. I odpocznijcie.