SO!MUSIC

NOWA STRONA MUZYKI

Rozmowy

Baasch: “Na pewno jest to intensywny rok i dużo się uczymy sami o sobie (..)” [wywiad]

Już za dwa dni na półki sklepowe trafi trzeci studyjny album Baascha, zatytułowany “Noc”.  Jest to przepiękna, wciągająca płyta stworzona w nocy i całkowicie po polsku. Udało nam się zamienić kilka słów z Bartkiem Schmidtem, o jego twórczości, koncertowaniu w czasie pandemii i spotkaniach z idolami.

 

Przed Tobą wydanie trzeciego albumu, można rzec, że jesteś starym wyjadaczem polskiej sceny muzycznej. Jak się czujesz przedpremierowo?

Super się czuję. Bardzo się cieszę, fajnie jest wydawać płyty. Szkoda, że ta płyta trafiła na trudne czasy, ale mam nadzieję, że jej to nie zaszkodzi.

Wydaje mi się, że choć rok 2020 jest ciężki, to przyniesie dużo dobrego. Nie wiem, czy Tobie się też tak wydaje?

Na pewno jest to intensywny rok i dużo się uczymy sami o sobie i w tym sensie będzie to dla nas wartościowe. Ale jest jednocześnie trudny. Miejmy nadzieję, że te trudności nie potrwają za długo.

Mówiąc o trudnościach, obecnie jesteś w trasie koncertowej. Jak to wygląda? Jak się czujesz i odnajdujesz w tej nowej rzeczywistości?

Koncerty na pewno wyglądają trochę inaczej niż dotychczas. Traktujemy sytuację z wirusem bardzo serio, więc gramy w miejscach, które przestrzegają zasad, obostrzeń, itd. Natomiast myślę, że tak samo jak my byliśmy stęsknieni za kontaktem z ludźmi, tak samo słuchacze są spragnieni kontaktu z muzyką na żywo. Internet nie jest w stanie tego zastąpić. Super, że gramy, ale czekam, aż wszystko wróci do normy. Jestem z tych, którzy wierzą, że wróci.

Czy norma, o której mówimy, to stuprocentowy powrót do realiów przed koronawirusem, czy raczej powrót w sensie metaforycznym do życia bez ograniczeń w nowej rzeczywistości?

Myślę, że będzie jakiś moment przejściowy, ale wierzę, że koniec końców uda nam się wygrać walkę z tym wirusem i będziemy mogli żyć tak, jak żyliśmy. Z drugiej strony możliwym jest, że pędziliśmy trochę za bardzo, że jest to prztyczek w nos od wszechświata i powinniśmy trochę wyluzować.

Wróciłeś do tworzenia po polsku. Nasz język ojczysty nie należy do najłatwiejszym do zrozumienia przez obcokrajowców. Miałeś poczucie, że chciałbyś wrócić i stworzyć album po polsku, czy jest to w ogóle coś zupełnie przypadkowego?

Nie jest to wynik jakiejś bardzo świadomej decyzji. To raczej kwestia trochę eksperymentu, trochę rzucenia sobie wyzwania, żeby wyjść ze strefy komfortu i spróbować czegoś, czego dawno nie robiłem. Jednocześnie jest to potrzeba wypowiedzenia się w swoim języku, bo taki album wydaje mi się być jeszcze bardziej moim. Nie do końca było to przemyślane i zaplanowane, ale nie jest to także zupełny przypadek.

Sądzisz, że może to być coś egzotycznego dla słuchaczy, którzy może mają dość piosenek w języku angielskim?

Na pewno jest to coś, czym będę się wyróżniał na tle innych artystów grających podobną muzykę za granicą. Mam trochę słuchaczy poza granicami Polski, jeździliśmy i nadal jeździmy za granicę. Mam także grono stałych słuchaczy, z którymi zdarza mi się pisać, wymieniać komentarze. Zapytałem ich o wrażenia po przesłuchaniu mojego nowego materiału i wszyscy powiedzieli, że bardzo im się podoba. Mimo, że nie rozumieją, o czym śpiewam bez tłumaczenia tekstów, wcale im to nie przeszkadza. Dostałem nawet opinie, że te utwory brzmią lepiej. Nie obawiam się, że odbiór mojej płyty w języku polskim będzie dla obcojęzycznych słuchaczy przeszkodą.

W rozmowie z Tomkiem Doksą z Red Bulla wspomniałeś, że kształtują się jakieś plany działalności muzycznej w Hiszpanii, oprócz tego uczysz się także języka. Czy możesz uchylić rąbka tajemnicy, jeśli te plany się już jakoś wyklarowały?

Plany, o których wspominałem, nadal się kształtują i coś tam pomału się dzieje. Natomiast w tej chwili jestem skupiony na płycie i wydaniu jej w Polsce. Ze względu na trudny czas w Hiszpanii nie jestem także w stanie tam fizycznie być. Wszystko, o czym mówiłem w wywiadzie u Tomka jest cały czas aktualne i ciągle się dzieje. Na jakieś większe newsy z tym związane trzeba będzie chwilę poczekać.

Nagrałeś utwory z wieloma artystami, m.in. Mary Komasą, czy Y z BOKKI. Gdybyś mógł wybrać/miał taką możliwość, z kim chciałbyś wejść do studia i stworzyć coś magicznego, kto by to był?

David Bowie i Bjork. Dorzuciłbym może Arcę.

Utwór z Bjork to byłoby coś.

Od dziecka jestem jej wielkim fanem. Wydaje mi się, że byłbym zupełnie innym muzykiem i być może innym człowiekiem, gdybym kiedyś nie był nią zafascynowany. Ta fantazja kolaboracji z Bjork wynika z ogromnej wdzięczności dla niej i jej dorobku artystycznego. Zrewolucjonizowała moje myślenie o muzyce elektronicznej.     

Mówi się, że nie powinno się poznawać swoich idoli. Czy kiedyś miałeś możliwość spotkać swojego idola/swoją idolkę i jakie były Twoje wrażenia?

Grałem koncert na Islandii. Jak tylko wysiadłem z samolotu poszedłem na bezcłówkę. Obok mnie kobieta w seledynowej sukience wybierała wino. Kiedy zorientowałem się, że to Bjork, upuściłem flaszkę trzymaną w rękach. Była afera na cały sklep. To było moje spotkanie z Bjork, moją idolką. Tak bardzo straciłem poczucie rzeczywistości, że nie odważyłem się nic z tym zrobić. Pamiętam, że chyba nawet się uśmiechnęła.

Kończąc rozmowę chciałabym, abyś podzielił się ze mną i czytelnikami dziwnym i mało znanym faktem o sobie, np. uwielbiasz garncarstwo i szydełkowanie, albo Twoim ulubionym kolorem jest sinopapuciasty.

Nagrywałem kiedyś refreny do kawałków hip-hopowych. Dawno temu. Sam w to nie wierzę do dzisiaj. (śmiech)

Wielkie dzięki za Twój czas i rozmowę!