SO!MUSIC

NOWA STRONA MUZYKI

Rozmowy

J.Wise: „Chciałbym, by muzyka broniła się sama. Żeby ludzie koncentrowali się na tym, co chcę im przekazać.” [wywiad]

J.Wise pochodzi z Poznania, lecz długie lata spędził w Wielkiej Brytanii. Tam oprócz tworzenia muzyki, zajmował się sztukami wizualnymi. Jego prace były wystawiane w prestiżowych galeriach na terenie Londynu. Dziś zapowiada swój debiutancki album Stories, który jest zapisem przeżyć, emocji i refleksji, które towarzyszyły mu w ciągu ostatnich dwóch lat. W wywiadzie, który udzielił nam po premierze swojego drugiego singla Crying For Help, opowiada o procesie powstawania płyty, swoim podejściu do tworzenia oraz rzeczach, które inspirują go na co dzień.

Dawid Musiał: Czujesz się jak debiutant? Wcześniej udało ci się podziałać trochę z zespołem The Suns, więc nie do końca jesteś tutaj nowy. Czy to doświadczenie przetarło tobie szlaki i teraz jest łatwiej ruszyć z solowym projektem?

J.Wise: Zupełnie nie czuję się debiutantem. Tak naprawdę muzyką zajmuję się od wielu lat, pracując nad różnymi projektami. Dawno temu, jeszcze pod innym pseudonimem, wrzucałem amatorsko do sieci jakieś single. Nie jestem z nich specjalnie dumny, ale to rzecz, na którą do dziś można natrafić. Później był zespół Dry Forest. Graliśmy w Jarocinie i na Spring Breaku. Mieliśmy też kilka fajnych koncertów w Warszawie. To przerodziło się w The Suns, z którym też udało się pokazać w kilku miejscach. Były podpisane kontrakty z dużymi wytwórniami, ale kończyły się na pojedynczych singlach.

Także te szlaki przetarłem dużo wcześniej. „Stories” też wysyłałem do wielu wytwórni. Większość była zainteresowana współpracą, ale ostatecznie zdecydowałem się na Fonobo. Przede wszystkim ze względu na katalog artystów. Taki kierunek artystyczny i całe to brzmienie najbardziej pasowało do mojej twórczości.

 

Ludzie, którzy znają ciebie trochę dłużej mogli poczuć się zaskoczeni. Energiczne, rockowe granie zostało zastąpione spokojną, trochę soulową nutą. Czy to twoje najbardziej naturalne brzmienie?

Osoby z mojego najbliższego otoczenia wiedzą, że ciągnie mnie do powolnych, może nostalgicznych rzeczy. Do Dry Forest próbowałem wkraść kilka takich utworów, ale chłopaki studzili mój entuzjazm. Sam w przeważającej części słucham rockowej muzyki. Moim ulubionym zespołem jest The Animals, więc mam w sobie zakorzenioną rockową energię. Ci, którzy mieli okazję zobaczyć mnie na żywo wiedzą, że jestem bestią sceniczną. Poruszam się, tańczę podczas grania i w ogóle tego nie kontroluję.

Ale mój solowy projekt traktuję jako rodzaj pewnej terapii. Czuję, że po prostu muszę to robić. Był czas, że przez kilka lat codziennie siedziałem nad jakimś utworem. Dziś traktuję to jak rodzaj pewnej medytacji. Coś co robię dla siebie. Gdzie jestem swoim pierwszym i ostatnim odbiorcą.

Wciąż boję się jak to wypadnie na żywo, ale postaram się, by nie było to nazbyt statyczne. Przygotowywaliśmy się teraz do koncertu w Krakowie, ale z wiadomych względów musieliśmy go przełożyć. Mieliśmy wystąpić jako J.Wise & The Suns. Większość stanowiłyby piosenki z mojej płyty solowej, no i ze trzy takie bardziej rock n’ rollowe utwory z naszego wspólnego dorobku. Uważam, że to byłby dobry kompromis.

 

Twoja solowa twórczość nie wyklucza jednoczesnego funkcjonowania obu projektów?

Oba projekty jak najbardziej funkcjonują. Tak naprawdę to płytę „Stories” zamknąłem już osiem miesięcy temu. Jednak cały proces papierkowy trochę się wydłużył. Poszukiwania wydawcy, ustalanie dat, zdjęcia do klipów… przez to zaniedbałem moich przyjaciół z The Suns. Za to ich bardzo przepraszam! Grupa cały czas jest, rozwija się. Jakiś czas temu w roli gitarzysty i klawiszowca dołączył do nas Jarek Weidner z AudioFeels. Prywatnie jesteśmy w świetnych relacjach, chcemy razem grać. Na ten moment jako J.Wise & The Suns, tak jak kiedyś Eric Burdon & The Animals.

 

 

„Tears” i „Crying For Help” to tytuły twoich dwóch pierwszych singli. Oba mają zawarte w sobie łzy, płacz, można powiedzieć pewną niemoc. Mężczyźni rzadko przyznają się do wyrzucania z siebie emocji w taki sposób. Czy chciałbyś złamać stereotyp, że chłopaki nie płaczą?

Myślę, że większość z nas płacze. Ci, którzy tego nie robią, niepotrzebnie kumulują w sobie te emocje. Sam nie rozklejam się często… chociaż muszę przyznać, że przy oglądaniu filmów zdarza mi się uronić łzę. Częściej uzewnętrzniam to w piosenkach. Nie wiem czy to dobrze, że opowiadam ludziom o tym wszystkim, ale tego teraz potrzebuję.

Pewnie inaczej byłoby, gdybym był młodszy. Mam dzisiaj trzydzieści dwa lata, więc w ogóle się nie wstydzę swoich emocji. Wszyscy na zewnątrz możemy być uśmiechnięci, a wiadomo, że każdy z nas przechodzi w życiu przez podobne problemy…

„Crying For Help” to pierwszy utwór, który nagrałem na tę płytę. To trochę autobiograficzny utwór. Opowiadam o moich emocjach. To moja próba zrozumienia co się dzieje dookoła mnie i jednocześnie chęć bycia zauważonym i kochanym.

 

Przy muzyce pomagał ci Andrzej Izdebski. Dla mniej wtajemniczonych to taki pan znany ze współpracy z Ralphem Kaminskim, ale też Kazikiem Staszewskim. Jak na siebie trafiliście i jak wam się razem pracowało?

Początkowo nagrywałem tę płytę z innym producentem. Nagraliśmy razem dwa numery – „Tears” i „Crying For Help”. Po jakimś czasie dostałem wiadomość „Te dwa kawałki super, teraz trzeba wypełnić czymś resztę płyty”. Nie podobało mi się to podejście, bo chciałem żeby każdy utwór był dopieszczony i trafiał do mnie w stu procentach. Podczas pracy nad „Stories” wyrzuciłem około siedemdziesięciu utworów. Może kiedyś wrócę do części z nich.

Natomiast na Andrzeja wpadłem słuchając właśnie Ralpha Kaminskiego. Byłem zafascynowany brzmieniem tych utworów pod względem produkcyjnym i instrumentarium. Napisałem do niego przez Messengera, wysłałem dwa numery. Na drugi dzień Andrzej zaprosił mnie do siebie, zrobiliśmy jeden utwór i od razu zaiskrzyło. Nie musiałem go prosić o żadne poprawki, rozumiał wszystkie moje wymagania. Wysyłałem mu zarysy melodii oparte na kilku akordach, a on to wszystko rozwijał dodając kolejne instrumenty. Nadał życie temu projektowi i poprowadził mnie w kilku ważnych kwestiach.

 

Kilka lat temu grupka ludzi włamała się do twojego mieszkania. Można powiedzieć, że trafiłeś na gatunek wyjątkowo złych złodziei, którzy zostawili po sobie tylko puste pudełko po pizzy. Czy to wydarzenie odcisnęło na tobie duże piętno?

To wydarzenie sprawiło, że musiałem sobie od nowa poukładać życie. Na co dzień żyłem ze sprzedawania sztuki, tak się składa że jestem po studiach artystycznych. Miałem bardzo fajną managerkę, z którą działaliśmy na terenie Londynu. Bardzo dobrze mi to szło. W pewnym momencie dostałem nawet możliwość wystawienia swoich prac w Opera Gallery. To sieć prestiżowych galerii prezentujących sztukę nowoczesną na całym świecie. Dostałem od nich kontrakt na stół, który właściwie od razu podpisałem. Niestety doszło tam do sprzeczki pomiędzy marszandem, a właścicielem galerii i do współpracy nie doszło. To był wielki cios dla mnie. Wydałem dziesiątki tysięcy złotych na produkcje tych prac. Nie wiedziałem co mam z tym zrobić, zwłaszcza że na polskim rynku byłem anonimowy.

Pracowałem akurat nad solowym projektem. W ciągu dwóch lat w moim domowym studio nagrałem coś około trzystu utworów. Właściwie kilka dni po tej decyzji jacyś ludzie weszli do mojego mieszkania i ukradli naprawdę absurdalne rzeczy. Zjedli moją pizzę, zabrali okulary, buty Adidasa, które były tak naprawdę najdroższe w tym wszystkim, choć je akurat udało się odzyskać. Pokradli moje rzeźby, obrazy, instalacje… i dyski na których miałem te wszystkie utwory. Poza tymi butami, które udało się znaleźć gdzieś na półpiętrze, niczego nie odzyskałem. Chodziłem na policję, ale w żaden sposób mi nie pomogli. Złodziei złapali, ale nie dostałem informacji, w których lombardach to wszystko sprzedali.

W tym samym czasie dostałem telefon od Michała, czyli Wujaszka Liestyle. Wujaszek i Ciocia to moi przyjaciele, którzy przygarnęli mnie do siebie. Razem z ich psem Leszkiem mieszkałem przez pół roku na kanapie. Tu w Warszawie zacząłem wszystko zupełnie od nowa. Poznałem miłość mojego życia, od nowa zacząłem tworzyć muzykę. Efektem tego jest płyta „Stories”.

 

Żałujesz, że nic nie zostało z tych trzystu nagrań?

Niedawno jeszcze żałowałem, ale przez to, że nagrałem tak fajny album zupełnie o nich zapomniałem. Jestem bardzo zadowolony. Jeszcze kilka lat temu nie byłbym w stanie stworzyć czegoś tak ładnego i spójnego. Dałbym światu o wiele gorszą muzykę.

 

Jestem ciekaw czy nadal kontynuujesz plastyczną zajawkę. Pracujesz nad czymś?

Muszę się przyznać, że tak. Przygotowuję się nawet do wystawy. Zbieram coraz więcej rzeczy, coraz więcej materiałów. Mam kilka nowych rzeźb. Poświęcam się temu każdego dnia. Tylko z tymi pracami jest taki problem, że dużo z tych rzeczy trzeba samodzielnie wyprodukować. Dociąć gdzieś pleksę, nadrukować coś na nią, wyciąć jakieś kształty… generalnie duże finansowe przedsięwzięcie. Wkładam w to większość moich oszczędności. Na ten moment nie jest to jeszcze skończone. Jak będę miał wszystko na miejscu to zdecyduję się na pokazanie tego szerzej.

 

Wracając do płyty. Powiedz mi czy wyobrażasz sobie swojego słuchacza? Wiesz do kogo chciałbyś trafić?

Nie wiem czy to dobrze zabrzmi, ale jedyną osobą dla której robię muzykę jestem ja. Nie patrzę do kogo miałoby to trafić, jak miałby wyglądać mój słuchacz. Jeśli miałbym sobie wyobrazić osobę, która sięga po tę płytę to pewnie ktoś emocjonalny. Jakaś grupa introwertyków. No i moi znajomi. (śmiech)

Na początku myślałem, że będą słuchać mnie głównie kobiety. One jakoś lepiej wyrażają swoje emocje. Ale według statystyk na Spotify są to głównie mężczyźni. Tak w proporcji sześćdziesiąt do czterdziestu. No, ale te numery, które do tej pory się ukazały są trochę dla wszystkich. Każdy może się tymi emocjami utożsamić.

 

Są tacy, którzy porównują twoją muzykę do Hoziera czy Michaela Kiwanuki. Są też tacy co do Kings Of Leon. Jacy artyści inspirowali cię podczas powstawania płyty?

Słucham dużo muzyki, więc płyta naturalnie przesiąknęła jakąś jej częścią. Zakładam, że robię taką muzykę jakiej lubię słuchać. Słucham naprawdę różnych rzeczy. Podczas pracy lubię puścić sobie rap. Dosłownie chwilę temu słuchałem Wu-Tang Clan. Lubię Billa Withersa, Boba Dylana, Fleetwood Mac, Nirvanę… działają na mnie proste patenty, ale taki już jestem. Podatny na hiciarzy.

Wspomniałeś Michaela Kiwanukę. Jego album „Love & Hate” to dla mnie jedna z lepszych płyt pod względem produkcyjnym. Te przedłużone wejścia, złączenie tych wszystkich numerów w całość… chciałbym do tego dążyć. Tak samo płyta „Coming Home” Leona Bridgesa. Gdybym zrobił kiedyś taką płytę, mógłbym umierać spokojnie. Ale na razie jakbym miał się do kogoś porównywać brzmieniowo to najbliżej mi do Hoziera.

 

Twoją płytę promują bardzo filmowe, artystyczne klipy. Coś na kształt dwóch osobnych fabularnych historii. Przykładasz dużą uwagę do konceptu i estetyki?

Myślę ze jestem artystą, bo oprócz tego, że sam piszę teksty i uczestniczę w procesie powstawania muzyki, przywiązuję dużą uwagę do wszystkiego co wokół. W klipie, który został nakręcony do „Tears” wystąpiła osoba, która całkowicie skradła mi serce, czyli Wiktoria Kruszczyńska. Jest w tej chwili studentką aktorstwa we Wrocławiu, a ja staram się trzymać  osób, które faktycznie mają do czynienia z graniem i są utalentowani. Z kolei reżyserką klipu jest Natasza Parzymies, która razem z Filipem Pasternakiem stworzyła serial „Kontrola”. Rzuciliśmy tylko pomysł czego mniej więcej byśmy oczekiwali, a Natasza ubrała to w swoją estetykę. Nagraliśmy to właściwie w dwa dni, więc była to bardzo szybka akcja.

Z kolei drugi klip powstał w kinie Elektronik. Oczywiście słynę z tego, że robię wszystko na ostatnią chwilę, więc nie inaczej było tym razem. Taniec był pomysłem Wiktorii, która podsunęła mi kontakt do Patrycji Wasiak. To bardzo utalentowana tancerka, więc tu również postawiliśmy na profesjonalizm. Dostała ten utwór dzień wcześniej, także na miejscu dużo improwizowaliśmy. Reżyserował to Adam Tarasiuk, który ma świetne oko do tego typu produkcji, a w roli DOP wcielił się Oskar Łęczycki. Całość nagraliśmy w trzy godziny, ale efekt jest piękny.

Mam dużo ludzi dookoła mnie, bardzo utalentowanych artystów. Chciałem dać im się wykazać. Angażuję do pracy przy klipach znajomych, którzy siedzą w wielu dziedzinach sztuki. Chcę by pokazywali swoje rzemiosło i jeżeli uda im się gdzieś z tym wyjść to będę naprawdę dumny. Gdy wyszedł pierwszy numer to dostałem sporo wiadomości od fotografów czy reżyserów. Ale na dzień dzisiejszy musiałem odmówić, gdyż chcę dać się wykazać ludziom z mojego otoczenia.

 

 

Można powiedzieć, że nie starasz się lansować muzyki własnym wizerunkiem. Pojawiają się natomiast fotografie postaci bez głowy, która jest jakby twoim alter ego. Skąd taki pomysł?

Nie jestem zwolennikiem przedstawiania sztuki poprzez wygląd czy ubiór. Ja do tego wszystkiego wyglądam jak wyglądam. Nie mam włosów od czwartego roku życia. Często przez to bylem w centrum uwagi, co nie było zawsze pozytywne dorastając w latach dziewięćdziesiątych. Czasem dochodziło do absurdów, np. nie mogłem chodzić do przedszkola, bo rodzice innych dzieci bali się, że mogę ich czymś zarazić. Doświadczenie sprawiło, że postanowiłem aby moja muzyka była od tego wolna. W The Suns zrobiliśmy zabieg z umieszczeniem mojej twarzy na okładce singla. Zdaję sobie sprawę, że to się rzuca w oczy. Że jest koleś który dziwnie wygląda, nie ma włosów. Ale chciałbym, by muzyka broniła się sama. Żeby ludzie koncentrowali się na tym co chcę im przekazać. A jeżeli ktoś chce, to bez problemu znajdzie mój profil na Instagramie i zobaczy jak wyglądam.

 

Na koniec wybiegnijmy trochę w przyszłość. Jakie są twoje muzyczne marzenia? Występ na jakimś festiwalu, trasa koncertowa, a może po prostu zmaterializowanie wreszcie tej płyty?

Wcześniej miałem wielkie marzenia, robiąc na przykład The Suns. Byliśmy przekonani o swojej oryginalności. Graliśmy koncerty przed coraz to większą publicznością. Tylko czekaliśmy, aż to wybuchnie. Że będziemy wszędzie grać, wydamy płytę i ludzie będą jej słuchać. No a my będziemy mogli utrzymać się z muzyki, bo oprócz tego codziennie od dziesiątej do osiemnastej siedzę w pracy. Także miałem już duże, wygórowane marzenia. Teraz nie mam żadnych. Nawet boję się marzyć, co by mogła przynieść ta płyta. Śpiewanie po angielsku w Polsce nie jest łatwe. Gdybym taki sam materiał nagrał w języku polskim byłbym pewnie w innym miejscu.

Docelowo chciałbym umieć się z tego utrzymać. Nie pracować w trzech miejscach na raz, by jakoś wiązać koniec z końcem. Mieć z czego opłacić mieszkanie, kredyty. Zadbać o zdrowie fizyczne, psychiczne, ale przede wszystkim o miłość. Bo to chyba najważniejsze w życiu. Nic innego nie ma takiego znaczenia.

Z koncertowych marzeń to pewnie powinienem powiedzieć Glastonbury ale jednak będę mało oryginalny i powiem Coachella. Miałem okazję być dwa razy, wiem że ten festiwal bardzo się zmienił, ale udało mi się odwiedzić County of Riverside, jak jeszcze jeździło się tam dla muzyki. Mimo wszystko byłoby to dla mnie coś fajnego. W moim następnym singlu śpiewam „I left my heart in California”, bo czuję się przywiązany do tego miejsca i zawsze lubię tam wracać. A jeżeli nie Coachella, niech będzie Open’er. Bliższy naszemu sercu, który też potrafi być genialny, a jest bardziej przyziemnym marzeniem.