SO!MUSIC

NOWA STRONA MUZYKI

Recenzje

Artur Rojek – “Kundel” [recenzja]

Po sześciu latach od solowego albumu, ex-lider Myslovitz powraca z nowym materiałem. “Kundel” to opowieść o życiu na początku lat dwudziestych XXI wieku. O relacjach międzyludzkich, o obawach, o muzyce. O miłości w czasach, gdy koniec świata nie jest aż tak odległą fantazją.

Podobno komedia to tragedia plus czas. Gdy dwadzieścia lat temu na rynek wychodziła „Miłość w czasach popkultury”, ludzie żyli w obawie przed pluskwą milenijną. Ta raz na zawsze miała zmienić znaną nam rzeczywistość. Dziś teorie o wybuchających komputerach wywołują raczej uśmieszek na twarzy, niż atak paniki. Ale założę się, że tysiące ludzi ze względu na stres, umarło kilka lat wcześniej niż powinni. Dziś po zespole Myslovitz pozostało kilka piosenek w radiu, no i coverband. Nie jestem pewien czy chłopaki jeszcze koncertują i czy mają jakiegoś wokalistę. Gdyby robili coś godnego uwagi to byłyby jakieś efekty. W każdym razie Artur Rojek poszedł na swoje i wydał właśnie drugi solowy album pt. „Kundel”. Humory społeczeństwa podobne jak dwadzieścia lat temu. Wszyscy są przekonani o rychłym końcu świata wywołanym kryzysem klimatycznym lub pandemią koronawirusa. Przynajmniej jest o czym pisać.

Zaryzykowałbym, że w warstwie lirycznej to najlepszy album Artura od czasu „Uwaga! Jedzie tramwaj”. Co ciekawe, jest to zupełnie inny sposób opowiadania historii do jakiego artysta przyzwyczaił nas na przestrzeni lat. Rojek znany jest z sentymentalnych powrotów. Wspomnień z czasów dzieciństwa i rzeczy które go ukształtowały. Tutaj tego nie ma, a przynajmniej nie na taką skalę jak zawsze. Tym razem mamy patrzącego z boku obserwatora rzeczywistości. Analizuje on obawy współczesnego świata, relacje międzyludzkie, miłość w czasach… zarazy. Z popkultury zostały dziś już tylko pierwsze trzy litery. To zresztą zostało ładnie wytłumaczone w gorzko-słodkiej satyrze o polskim rynku muzycznym, czyli A miało być jak we śnie. „Wszystkich nas czeka to samo, chujowy hip-hop” – mam nadzieję, że nikt nie wyciągnie z tego wersu złych wniosków. Popatrzcie ile dobrego hip-hopu udało się zaprezentować Arturowi na scenach OFF Festivalu. Co nie zmienia faktu, że chujowych MC’s bez charyzmy jest w tym kraju dużo więcej, niż tych wyróżniających się.

Wróćmy jednak do zarazy. Chwilę błyśniesz potem zgaśniesz po raz pierwszy usłyszałem z miesiąc temu. Wtedy wszyscy żyli pożarami w Australii, więc najbardziej uderzały w serce wersy o armii plastikowych fok i płonącym zoo. Dziś, gdy cały kraj jest sparaliżowany przez pandemię koronawirusa, rzecz nabiera kolejnych znaczeń. Samospełniająca się przepowiednia i to uczucie, kiedy historie z Black Mirror zaczynają znajdować miejsce w rzeczywistości. „Dziś sobota, czyli dzisiaj masz wolne. Zjesz, zapalisz, potem zrobisz sobie zdjęcie. Innego końca świata tutaj nie będzie” – podobne przesłanie pojawiło się ostatnio na płycie Piotrka Roguckiego i Kuby Karasia, a ja coraz bardziej jestem przekonany, że tak będzie to wyglądało. Zwyczajnie, bez fajerwerków. Myślicie pewnie – „ehh, kolejna smutna płyta Rojka”. Nie wyciągajcie jednak pochopnych wniosków. Weźmy choćby singlowe Bez końca, które oprócz znakomitego teledysku Michała Marczaka z tańczącym niczym Thom Yorke Arturem, jest bardzo ładną piosenką pod względem lirycznym. To utwór o pokonywaniu drogi mimo przeszkód. Zakrywaniu wad, zaletami. No i przede wszystkim o miłości, która pozostaje silna mimo gorszych chwil. Te wpisane są w życiorys każdego z nas, a sztuką jest ich marginalizowanie. Wątek kontynuowany jest w kawałku W nikogo nie wierzę tak jak w ciebie, czyli sheeranowej balladce o pielęgnowaniu długich relacji i odbudowie więzi. „Słucham płyt, połowa jest o tobie, reszta słaba” – to mój ulubiony wers na przestrzeni całego albumu.

Tyle o tekstach, teraz chwilę o muzyce. Przy albumie „Składam się z ciągłych powtórzeń” z Rojkiem współpracował Bartosz Dziedzic. Trzeba przyznać, że był to złoty okres pochodzącego z Wrocławia producenta. To on stoi za nadaniem nowego brzmienia Monice Brodce. Nic więc dziwnego, że i Artur postanowił oddać swój debiut w jego ręce. Później Dziedzic zmienił oblicze kolejnego artysty – Dawida Podsiadły. I tu jest pies pogrzebany. Bo mam wrażenie, że to zarazem najlepsze i najgorsze co mogło mu się przytrafić. Z jednej strony uznanie, jeszcze większa rozpoznawalność… z drugiej te same patenty sprzedawane innym artystom, przez co wszystko brzmi wtórnie i na jedno kopyto. Pierwszy ujawniony singiel, czyli Sportowe życie wywołał mieszane odczucia. Między innymi ze względu na brzmienie, które nazbyt przypomina dokonania Dawida. Osłuchała mi się ta piosenka, ale wciąż nie należy do moich faworytów. Chciałbym więcej tych momentów, gdy Bartosz zaczyna szukać, eksperymentować. Przykładowo jak w Układzie z chórkami rodem z Pet Shop Boys. Albo w Für meine liebe Gertrude, czyli chyba największym zaskoczeniem „Kundla”. To minimalistyczny, oparty na partii fortepianu utwór, zaśpiewany w połowie po polsku, w połowie po niemiecku. Ciekawa sprawa i wbrew pozorom bardzo dobre wykonanie. Jeżeli jednak miałbym być absolutnie szczerym… to najbardziej na całej płycie podoba mi się lo-fi motyw z Intra. Bardzo chciałbym usłyszeć kontynuację tego fragmentu, choćby podczas koncertu. Piękna rzecz niczym stare dobre Microphones.

Trudno jakoś obiektywnie ocenić „Kundla”. Bo to znakomity album pod względem lirycznym. Ciekawy, pełen trafnych wersów. Po części odpowiada za to Radek Łukasiewicz, który niejednokrotnie błyszczał swoim talentem do składania literek w zespole Pustki. Z drugiej strony muzycznie płyta jest tylko niezła. Prosty, wtórny electropop, ale przyjemny w odbiorze. W kilku momentach mam wrażenie jakbym słuchał odrzutów… jak było naprawdę wie tylko Bartosz, Artur, może Dawid Podsiadło. Mnie ta stylistyka już trochę znudziła.

Ocena: 6/10