SO!MUSIC

NOWA STRONA MUZYKI

Rozmowy

Balthazar: “Zmierzamy w dobrym kierunku. Zmierzamy również w bardzo złym kierunku.” [wywiad]

Rozmowa z zespołem Balthazar, przeprowadzona 27 lutego 2020 roku przed ich koncertem w Palladium w Warszawie. Odpowiadali Jinte Deprez i Maarten Devoldere.

 

Jan Król: Najpierw pytanie do Ciebie, Jinte. Spotkaliśmy się już kiedyś. To było w 2017 roku, przy okazji Twojego koncertu w Warszawie jako J. Bernardt. Mówiłeś wtedy, że potrzebujesz zmian i projektu solowego, bo właśnie skończyłeś 30 lat i masz coś na kształt kryzysu wieku średniego. Jak sobie z tym poradziłeś?

Jinte Deprez: O, moje życie jest teraz o wiele lepsze. Pieprzyć bycie dwudziestolatkiem! Faktycznie, byłem w przejściowym okresie. Projekt solowy był dla mnie nowym rozdziałem, udanym eksperymentem. Dzięki temu powrót do Balthazara był zupełnie innym uczuciem. Przynajmniej dla mnie.

 

Więc dobrze grać znowu jako Balthazar, jako zespół?

Maarten Devoldere: Pewnie! Czasami dobrze zrobić sobie przerwę – choćby po to, by później przekonać się, dlaczego tak dobrze jest być zespołem. Do wspólnego grania wróciliśmy z wielkim entuzjazmem. To już w sumie koniec wielkiej kampanii pod nazwą „Fever”, jesteśmy już trochę zmęczeni, ale nadal świetnie się bawimy.

Jinte: Złapałeś nas pod koniec trasy trwającej rok. To już nieco inny nastrój. W porównaniu z solowymi projektami, o wiele większy rozmach. Nawet większy autobus, to super (śmiech)

 

To już rok od początku trasy, ale też od premiery albumu „Fever”. Jak oceniacie go teraz, na chłodno, ponad rok po premierze?

Jinte: Nie słuchałem go od dawna. Mieliśmy spotkania z podpisywaniem płyt i wywiady na letnich festiwalach, wtedy album grał w tle. Nadal nam się podoba.

Maarten: To arcydzieło. Nadal.

Jinte: Co zabawne, przy tylu koncertach, te numery zaczęły się zmieniać. Nie wiedzieliśmy, że aż w tak dużym stopniu. Zyskały energię, stały się… epickie. To chyba nasz pierwszy album, który ograliśmy na żywo tak bardzo, więc dobrze widzieć, że z czasem ten materiał zmienił się, urósł.

 

Kilka tygodni temu wydaliście zupełnie nowy singiel „Halfway”. Ponoć komponowaliście i nagrywaliście go w trasie, pomiędzy koncertami.

Jinte: Na trasie zawsze coś piszemy i komponujemy, na ile tylko pozwala czas. Bardzo się ucieszyliśmy, że nadal możemy stworzyć dobry, luźny numer, że na albumie nie pokazaliśmy wszystkiego. Wybranie tego konkretnego numeru spośród kilku, które nagraliśmy też było zabawą. Ale to też bardzo trudne – wydać nagle singiel, bez całego kontekstu i otoczki albumu. Szykuj się na więcej!

Maarten: Skończyliśmy „Halfway” dokładnie w połowie trasy. Moment i nastrój podpowiedziały nam, że to TEN numer i TEN tytuł.

 

 

W klipie do „Changes” jawicie się jako zwyczajni, grzeczni goście. Zwiedzanie, spacery, powroty przed 23. Naprawdę tacy jesteście?

(śmiech)

Jinte: Dzisiaj też spacerowaliśmy po Warszawie.

Maarten: Każdy zespół ma momenty, w których imprezuje za bardzo, potem nie imprezuje w ogóle, kiedy indziej jest samotny i podrywa dziewczyny… Trzeba to przeżyć.

Jinte: Faktem jest, że ten teledysk możesz pokazać swoim rodzicom. Mamy swojego operatora, który ma kamerę zawsze ze sobą, ale zostawia ją, gdy wychodzimy na imprezy, boi się, że ją zgubi, bo sam upija się najbardziej. Pewnie dlatego ten teledysk jest taki „grzeczny”.

 

A co z pięknym, filmowym teledyskiem do „Fever”? Śródziemnomorskie miasteczko, stary samochód, piękne ujęcia…

Jinte: To wyjątek, na który pozwoliliśmy sobie, bo czuliśmy że warto. Skończyliśmy nagrywanie albumu i chcieliśmy wyjechać na wakacje, ale wytwórnia nakazała, że musimy nagrać teledysk zanim wyjedziemy na wakacje. Powiedzieliśmy: „dajcie nam pieniądze na wakacje i tam nagramy klip”. To z lenistwa…

Maarten: A ja wypożyczyłem samochód! (śmiech)

 

Gorączka („Fever”) to jedna z oznak choroby. Ale też może łączyć się z miłością. Czy w tym przypadku miłość jest chorobą?

Maarten: To numer o dziewczynie, której w sumie nie lubię, ale czasami zadurzam się w niej, na przykład, gdy wypiję zbyt wiele i potem myślę zbyt dużo. W dużym skrócie: im jesteśmy starsi, tym mniej wiemy. I w sumie o tym jest ten numer.

Jinte: Nie bez powodu taki jest tytuł. Tak jak zauważyłeś, gorączkę można interpretować na różne sposoby. To także piosenka o rozstaniu. I zakochanie, i zerwanie łączy się z gorączką. Miłość jako choroba? To ciekawe. Akurat dzisiaj przechodziłem obok lodowiska, niedaleko stąd, a z głośników grało „Love hurts”… To smutne, ale piękne.

 

 

Rok temu, 1 marca, na początku trasy zagraliście w Warszawie. Niemal dokładnie rok później, ta sama trasa i znowu tu jesteście. To Warszawa, to Polska, czy może to zwyczajny przypadek?

Maarten: Polska to jeden z niewielu krajów, do których przyjeżdżamy z każdym nowym wydawnictwem i zawsze czujemy chemię z tym miejscem i polskimi fanami. Grają nas tu w radiu, miło przyjmują. Jesteśmy wdzięczni i dlatego zawsze chętnie wracamy.

Jinte: Przede wszystkim – ludzie na nas przychodzą, więc wracamy (śmiech) Przychodzili też na nasze solowe koncerty, jak sam widzisz to naturalny kierunek na naszych trasach.

 

Dla wielu jesteście najlepszym belgijskim zespołem. Przetarliście szlaki dla belgijskiej muzyki także w naszym kraju. Kilka tygodni temu rozmawiałem z Whispering Sons, którzy akurat supportowali w trasie Editors. Jako podstawę sukcesu belgijskiej sceny muzycznej wskazali lokalnych fanów i lokalne, małe kluby.

Jinte: Zastanawiam się, czy to nie powinno tak działać wszędzie? Zespół można założyć ot tak. Ale aby zbudować coś więcej, potrzebujesz wsparcia. Na początku od przyjaciół, którzy myślą, że Twoja muzyka nie jest taka najgorsza. W Belgii rzeczywiście na szczęście mamy sporo klubów i alternatywnych radiostacji, które wspierają alternatywne, młode zespoły i pomagają dotrzeć do szerszej publiczności… Ale trudno zespołowi z Belgii zrobić międzynarodową karierę. Bardzo dobrze, że Whispering Sons koncertują z Editorsami. To dla nich świetna szansa.

 

Chyba żyjemy w ciekawych czasach. W ostatnich tygodniach mieliśmy natłok informacji, fake newsów, Brexit, coronavirus… Czy jako ludzie potrzebujemy jakichś zmian („Changes”)?

Maarten: Nie do końca wierzę w te złowieszcze teorie. To przejściowe. Moim zdaniem zmierzamy w całkiem dobry kierunku. Ludzie zawsze idealizowali przeszłość kosztem teraźniejszości, nie wiem po co. Po prostu chcą znowu poczuć się beztroskimi, niewinnymi dziećmi, wtedy wszystko było prostsze i lepsze, „kiedyś to było”… Pewnie Freud mógłby to lepiej wytłumaczyć.

Jinte: Przyłączam się do tego stwierdzenia. Zmierzamy w dobrym kierunku. Zmierzamy również w bardzo złym kierunku. Ale 50 lat temu też tak było. Wszystko zależy od punktu widzenia. Dobre w byciu muzykiem jest to, że nie musisz zastanawiać się nad takimi rzeczami. Masz pomóc słuchaczom uciec od tego, poczuć się lepiej. I to robimy na co dzień (śmiech)

 

Wróćmy do muzyki. Gracie sporo i chyba to kochacie. Myśleliście o wydawnictwie koncertowym?

Jinte: Za każdym razem, gdy słyszymy nasze nagrania z koncertów, mamy ambiwalentne odczucia. Fajnie to wygląda, dobrze brzmi, gdy piosenka rośnie i zyskuje na mocy. Z drugiej strony, dla mnie granie na żywo to jakiś konkretny moment, tylko dla zgromadzonych i to się nigdy nie powtórzy. To cały kontekst. Obraz, dźwięk, wizualizacje, ten moment, to miejsce. Jeśli wydamy tylko dźwięk, bez obrazu, będziemy się skupiać na naszym śpiewie i wstydzić… Wydaliśmy kilka lat temu EPkę live, ale nigdy jej nie posłuchaliśmy (śmiech)

 

Pytam, bo na Youtube są dostępne Wasze dość świeże wykonania dla Studio Brussels. Jakiś czas temu wysłałem je znajomym i… tak im się spodobało, że dzisiaj przychodzą ze mną na Wasz koncert!

Jinte: W sumie nagraliśmy jeden koncert na tej trasie, bodajże z Paryża, przy użyciu wielu kamer. Chyba kiedyś wrzucimy go na YouTube. Ale to musi zrobić ktoś z menedżmentu albo wytwórni. My zawsze będziemy zbyt krytyczni, niepewni… I koniecznie wideo, dźwięk z obrazem to zupełnie inne doświadczenie. Dorastałem z albumami live, jak Queen. Ale to zupełnie inny świat (śmiech)

 

Ostatnia sprawa. Czego życzyć Wam u progu nowej dekady?

Maarten: Nie wiem… Nowych inspiracji? Nowych numerów… Dziewczynę… Córkę… I syna.

Jinte: Dla mnie też!

 

Wywiad przeprowadził Jan Król (Scena Rozmaitości, Radiofonia 100,5 FM).