SO!MUSIC

NOWA STRONA MUZYKI

Recenzje

Tame Impala – “The Slow Rush” [recenzja]

14-ego lutego ukazał się kolejny album projektu Tame Impala. “The Slow Rush”, podobnie jak trzy poprzednie wydawnictwa zespołu, jest zapisem ostatnich przeżyć jego lidera – Kevina Parkera. Tym razem na “pamiętnik” przyszło nam czekać pięć lat. Po pierwszych odsłuchach możemy powiedzieć, że nieco się u niego pozmieniało…

Podglądanie Kevina Parkera przy pracy musi być niezwykle ekscytującym doświadczeniem. W końcu mowa o jednej z pięciu osób mających realny wpływ na kształt współczesnej muzyki. Jak dotąd każdy z albumów Australijczyka wyznaczał trendy. Echa „Currents” czy „Innerspeaker” do dziś dochodzą z największych radiowych hitów, jak i nagrań undergroundowych artystów. Tame Impala inspiruje wszystkich. Jedni wprost się do tego przyznają, drudzy nie są do końca świadomi, ale bilans i tak wychodzi na zero. A Kevin po prostu robi swoje. Nagrywając muzykę w domowym zaciszu, gdzieś na przedmieściach Los Angeles. Bez jakiejkolwiek presji. Nie działają na niego nagłówki portali plotkarskich, fani płaczący, kontrakty, wytwórnie i zobowiązania. To on decyduje kiedy album jest gotowy, by wreszcie pokazać go innym. Na „The Slow Rush”, czyli czwartą odsłonę projektu Tame Impala, dane nam było czekać aż pięć lat! Co w tym czasie wydarzyło się u Kevina? Wziął ślub, w między czasie spłonęło mu mieszkanie, nadal eksperymentuje z substancjami psychoaktywnymi… a efektem jest dwanaście utworów, które zgrabnie ten etap jego życia podsumowują.

To chyba najbardziej pozytywne z dokonań Parkera. Bo choć clou „The Slow Rush” jest rozliczenie z przeszłością, to zdecydowanie nie jest archetyp Prousta, który poszukuje utraconego czasu. Raczej historia o pozostawianiu tego co złe w tyle. Już w pierwszym utworze, czyli One More Year, mamy historię człowieka, który otworzył się na świat i dzięki temu wszystko znowu staje się ekscytujące. Jest świadomy, że nie pozostanie wiecznie młody, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by żyć jakby metryka nigdy nie miała znaczenia. Świetnie koreluje z nim Instant Destiny, w całości zadedykowany Sophie, czyli żonie Kevina. Muszą być ze sobą naprawdę szczęśliwi, widać, że małżeństwo umocniło ten związek. Ale z drugiej strony – ile znamy historii, w których ktoś wytatuował imię swojego partnera/partnerki i niedługo później skończyło się to rozstaniem? Więcej niż powinniśmy. Wróćmy jednak do muzyki. Co ciekawe kompozycja powstała w głowie Kevina w trakcie jazdy na rowerze. Trzeba przyznać, że jest to dość skomplikowana konstrukcja. Trochę jak danie robione bez przepisu, stworzone na bazie składników dodawanych na wyczucie. Ze wszystkich piosenek, tej najbliżej do klimatu, który znamy z Currents.

„The Slow Rush” ma też swoje mroczne momenty. Choćby singlowy Posthumous Forgiveness, który jest opisem słodko-gorzkiej relacji ojca z synem. Utwór powstawał miesiącami i początkowo nie miał być tak rozbudowany. Dopiero z czasem nabrał takiej dwuczęściowej, progresywnej struktury. W pierwszej części mamy cały żal Kevina, który miał do ojca po rozstaniu z matką. Podobno bardzo ich to od siebie oddaliło, nie potrafili ze sobą szczerze rozmawiać. Natomiast druga część to wspomnienie czasów dzieciństwa, gdy była to bardzo silna relacja. Takie pozostawienie w zapomnieniu wszystkich złych momentów i wybaczenie błędów. Poza tym widać, że Kevin bardzo za nim tęskni. Chciałby pogadać lub choćby puścić nową muzykę. Niestety nie jest to już możliwe. Jerry Parker zmarł w 2009 roku, gdy powstawał pierwszy album Tame Impali. W innym utworze – Lost In Yesterday, pojawia się motyw narkotycznej nostalgii. Takiej, która wyostrza wszystkie dobre wspomnienia i nie dopuszcza żadnych złych emocji. Lubimy idealizować swoją przeszłość, zwłaszcza czasy młodości. Tamtych przeżyć, relacji, wydarzeń. A wszystko jest tak naprawdę kwestią perspektywy, która wygląda często jak w zrealizowanym do tego utworu klipie. Skoro jesteśmy przy singlach, warto zwrócić uwagę na Borderline, który Kevin postanowił nagrać zupełnie od nowa. Wzmocnił brzmienie basu, rozwinął partię perkusji, a całość znacznie skrócił. Niestety o wiele fajnych momentów. Wciąż uważam, że to najlepszy kawałek jaki Tame Impala kiedykolwiek wypuściła, choć pierwsza wersja trafia do mnie dużo bardziej. Piękny obraz codzienności w Los Angeles. Odludka, który próbuje odnaleźć się w świecie wybitnych jednostek. Popełniając wiele głupich błędów, aby tylko się dopasować. Wszystko w charakterystycznym dla Australijczyka stylu, mieszającym abstrakcję z ironią.

Podstawą brzmienia zespołu jest rytm, a więc elementem nad którym Kevin pracuje najdłużej jest perkusja. Gdy zwykli ludzie odpoczywają, ten siedzi przed telewizorem i  wymyśla kolejne partie. Na “The Slow Rush” znowu potwierdza, że jest najwybitniejszym melody makerem naszych czasów, serwując takie kompozycje jak Tomorrow’s Dust czy Is It True. Drugim ważnym elementem są używki. O przygodach Kevina z narkotykami krążą legendy, a on nigdy nie bał się o nich opowiadać. Często podkreśla, że wiele z utworów nie powstałoby, gdyby nie substancje psychoaktywne. W jednym z ostatnich wywiadów przyznał, że najbardziej inspirują go sytuacje, w których czuje się niewygodnie. Na przykład nie lubi być naćpany w miejscu publicznym. Dlatego często zdarza mu się robić zakupy na kwasie. Ile w tym wszystkim jest prawdy, tego pewnie nigdy się nie dowiemy. W każdym razie otrzymujemy kolejne perły pokroju Breathe Deeper. Tym razem jest to opis uczucia, które towarzyszyło mu po pierwszym kontakcie z ecstasy. Trzecim i chyba najważniejszym elementem są jego przeżycia. Ten kawałek biografii, którym dzieli się na każdej ze swoich wydawnictw. Jak już wspominałem tym razem ślub, spalony dom, relacja z ojcem, proces twórczy… wszystko to składa się na koncept tego albumu. Jest to też pewnego rodzaju terapia, wyłożenie wszystkich swoich problemów na stół. Pożegnanie z demonami, by móc rozpocząć kolejny dzień z białą kartą.

„The Slow Rush” jest spójną płytą, mniej rewolucyjną w stosunku do poprzednich wydawnictw. Choć to wciąż jakościowa produkcja, znakomite piosenki i mnóstwo patentów, które za chwilę znajdą miejsce w co drugim radiowym przeboju. To taneczny album, w ten sam dziwny sposób, jak nagrania Warpaint, of Montreal czy ostatnia płyta Paramore. Ale muzycznie bliżej mu do herosów półki Bee Gees i Supertramp. Mniej tu z kolei kawałków pokroju „The Less I Know The Better” czy „Feels Like We Only Go Backwards”. Mam jednak nadzieję, że pokochacie też nowe.

Ocena: 8/10