SO!MUSIC

NOWA STRONA MUZYKI

Recenzje

KARAŚ/ROGUCKI – “Ostatni bastion romantyzmu” [recenzja]

Najbardziej wyczekiwany debiut roku? I to w wykonaniu dobrze znanych artystów? To możliwe! Kuba Karaś i Piotr Rogucki połączyli siły, prezentując swój wspólny album „Ostatni Bastion Romantyzmu”. Jak wypadła współpraca liderów Comy i The Dumplings? O tym w naszej najnowszej recenzji!

Kojarzycie Nadię Vadori-Gauthier? To francuska performatorka, o której jakiś czas temu było całkiem głośno za sprawą teledysku grupy Voo Voo. W 2015 roku Nadia w odpowiedzi na zamach w redakcji tygodnika Charlie-Hebdo, postanowiła codziennie wrzucać do sieci film, na którym przez minutę tańczy w jakimś miejscu publicznym. Wbrew temu „co ludzie powiedzą”, wbrew „dzisiaj mi się nie chce”, wbrew „na co to komu w ogóle”. Nieprzerwanie od pięciu lat, codziennie w Internecie możemy oglądać jej taniec, będący odpowiedzią na wszechobecną przemoc i nienawiść. Akcję podłapało wielu, w tym wcześniej wspomniany zespół Voo Voo. Wojciech Waglewski i ekipa namówili do tańca Polaków, którzy nagrywali własne wersje klipu do „Się poruszam”. Ale co to ma wspólnego z płytą Kuby Karasia i Piotra Roguckiego? Więcej niż z pozoru mogłoby się wydawać. Bo „Ostatni Bastion Romantyzmu” to nie tylko zestaw jedenastu piosenek o miłości, który miłe ekspedientki z Empiku zaproponują jako walentynkowy prezent z torcikiem wedlowskim w zestawie. To album na wskroś przeszyty niepokojem i niemocą wobec dzisiejszych czasów. Pełen obaw, że wszystko to w końcu trafi szlag. Że koniec czai się gdzieś za rogiem, a jedyne co nam pozostaje to… tańczyć, kochać i bawić się. Aż do utraty tchu.

Coraz rzadziej zdarzają się takie płyty. Już po pierwszych taktach słychać, że praca nad tym materiałem sprawiła autorom wiele frajdy. Że to taka rzecz jaką zarówno Piotr, jak i Kuba zawsze chcieli nagrać. Teraz, gdy ich macierzyste składy zrobiły sobie przerwę, mogli wreszcie to marzenie urzeczywistnić. Niby różnica pokoleń, dwie różne estetyki i nieco inny zakres przeczytanych lektur. A jednak słuchając tych utworów odnoszę wrażenie jakby panowie grali ze sobą od zawsze. Wszystko się tu ze sobą klei. Kuba Karaś z zamysłem kompozytorskim na miarę Romualda Lipki w najlepszym czasie. I Roguc, który w latach osiemdziesiątych pod względem charyzmy mógłby konkurować z Kapitanem Nemo, Frankiem Kimono, grupą Klincz i Papa Dance. Nikt nie został wymieniony tu przypadkowo. Prób odtworzenia klimatu polskich new romanticowych artystów było wiele, ale chyba Karaś i Rogucki są najbliżej tego fenomenu. Poza tym sam tytuł. „Ostatni bastion romantyzmu” można interpretować na wiele różnych sposobów. Również opierając się o ten popularny w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych nurt muzyczny.

Album otwiera kawałek pod niewinnym tytułem Kilka westchnień. Zapewne jesteście ciekawi cóż chowają za sobą te dwa magiczne wyrazy? Otóż wizję końca świata w wydaniu Piotra Roguckiego, czyli deszcz meteorytów, ludzki obłęd i relacje na Instagramie. Przerażające? Niestety obawiam się, że tak właśnie by to wyglądało. A więc z jednej strony poruszająca treść, za to z drugiej niezwykle chwytliwa, porywająca kompozycja. Już od pierwszych sprzężeń basu, chce się do tego tańczyć. Przewrotność stała się przepisem na tę płytę, a panowie używają jej w najmniej spodziewanych momentach. Wracając do Papa Dance, którzy pytali co to jest In Flagranti, ja zapytam – czym jest La petit mort? Zapewne niezłym planem na zwieńczenie tegorocznych walentynek. Myślę, że to jedna z najciekawszych piosenek o orgazmie, która nieco inaczej odczytana mogłaby być zrozumiana jako piosenka o samobójstwie. A w tle kolejny produkcyjny majstersztyk Kuby Karasia, balansujący gdzieś między Bonnie Tyler, a Kate Bush. Ciekawie robi się, gdy zestawimy „Ostatni Bastion Romantyzmu” z płytami The Dumplings. Tam z każdym kolejnym albumem Kuba wspinał się coraz wyżej. Proste melodie ewoluowały z czasem w rozbudowane partie, które mogła wykonywać orkiestra. Na tej płycie Kuba wraca do korzeni po prostu tworząc piosenki. Proste, chwytliwe przeboje i uważam, że w tej materii jest bezkonkurencyjny.

Jak dotąd ukazały się trzy single, choć tak naprawdę cała płyta jest zbiorem jedenastu potencjalnych singli. Nawet jeśli ich nie znacie, to zaraz zaczniecie tupać nogą i podśpiewywać pod nosem. Wszystko to znowu jest sprawką Kuby Karasia i jego niecodziennej łatwości do tworzenia wwiercających się w mózg, wirusowych melodii. Bolesne strzały w serce i Katrina to dwa, najbardziej jaskrawe przykłady. Nie zapominajmy jednak, że nie byłoby tego wszystkiego bez Roguca, który jest mistrzem wyrazu. Choćby w Ciociosanie najbardziej przypominającym jego solowe dokonania. Piękne żonglowanie słowem i znaczeniami. Poza tym ekspresja, która wywołuje na plecach ciarki. To samo w moim ulubionym Nie mogę spać. Wraca tu temat apokalipsy, katastrof ekologicznych i miłości w tychże warunkach. Każda linijka godna, by sobie ją gdzieś wytatuować. Jak już wpadnę na taki pomysł, powiedzcie, żebym wybrał tę o wpadających do oczu popiołach gwiazd. Na koniec niezwykle aktualny cover trochę zapomnianego szlagieru grupy T.Love, czyli 1996. Panowie zupełnie zmienili tu linię melodyczną, co nadało świeżości zakurzonej nieco kompozycji Andrzeja Smolika. Na szczęście nie trzeba było majstrować przy tekście. Rzecz powstała 24 lata temu, a jakby nic się tutaj nie zmieniło.

Żal mi trochę fanów Comy, a fanów The Dumplings to już w ogóle. Ale mam wrażenie, że taka przerwa jest czasem potrzebna. Popatrzcie ile dobrego możemy usłyszeć pod postacią innych projektów. Duet Karaś/Rogucki uważam za udany pomysł i już nie mogę się doczekać, by doświadczyć tych utworów na żywo. Tak samo jestem ciekaw, co wykombinuje Justyna bez pomocy Kuby. Bo pierogi bez problemu mogłyby w nieskończoność odcinać kupony od swojej twórczości. Sztuką jest jednak wejście na szczyt, nie dopuszczając do upadku.

Ocena: 8/10