SO!MUSIC

NOWA STRONA MUZYKI

Rozmowy

Whispering Sons: Trudno robić karierę w małym mieście, ale też trudno później odnaleźć się w wielkim mieście. [wywiad]

Whispering Sons to belgijski zespół bardzo zgrabnie poruszający się w stylistyce post-punkowej, który zachwyca przede wszystkim intrygującym, niskim głosem wokalistki Fenne Kuppens. Mają za sobą solowe koncerty w Polsce. Ostatnio wrócili do Warszawy i Krakowa, gdzie byli gośćmi na koncertach Editors. Na pytania Jana Króla odpowiedzieli Fenne Kuppens (wokal) oraz Sander Hermans (klawisze).

 

Jan Król: Graliście w Krakowie całkiem niedawno, w listopadzie. Tak Wam się spodobało, czy tak naprawdę wracacie tylko z racji wspólnej trasy z Editors?

Sander Hermans: Nie zastanawialiśmy się długo, gdy Editors zaprosili nas do wspólnego koncertowania. A że Kraków był na liście, to tylko lepiej. Bardzo nam się podobało ostatnio, klimatyczny klub, dobra publiczność. Mieliśmy wtedy też trochę wolnego czasu, więc spacerowaliśmy po starym mieście, które zrobiło na nas duże wrażenie.

 

I zrobiliście sobie wtedy piękne zdjęcie na tle Kościoła Mariackiego! A co do dzisiejszego koncertu… Granie jako support jest trudne?

Fenne Kuppens: Ma swoje plusy i minusy. Z jednej strony nie musisz sprzedawać biletów. (śmiech) Grasz po prostu swój koncert, ale musisz w przeciągu tych 30-40 minut przekonać do siebie i swojej muzyki publiczność. Publiczność, która raczej nie przyszła tutaj dla ciebie, bo często nawet cię nie zna. To wyzwanie, ale i zabawa.

Sander: To też trochę jak granie na dużych festiwalach. Duży tłum, który być może nigdy nie słyszał o twoim zespole, nierzadko są bardziej krytyczni. Ale to też zabawa. I bycie częścią większej całości, dużej maszyny. Obserwując jej działanie, sporo się uczymy.

 

Podobno, aby nagrać debiutancki album przeprowadziliście się wszyscy do stolicy, Brukseli. Dla weny i inspiracji, czy ze względów logistycznych?

Fenne: Studiowaliśmy w Leuven, w pewnym momencie chyba poczuliśmy się lekko zmęczeni atmosferą studenckiego miasteczka. Chcieliśmy poczuć zew przygody. Chyba wybraliśmy Brukselę przypadkowo. Ale był to wygodny wybór dla zespołu – w dużym mieście łatwiej o salę prób, sprzęt, studio i kontakt z wytwórnią.

Sander: Trudno robić karierę w małym mieście, ale też trudno później odnaleźć się w wielkim mieście.

 

 

Wasza muzyka jest dość mroczna, niepokojąca, pełna emocji, przypomina mi też o latach osiemdziesiątych. Zgadzacie się, że mamy powrót tamtych lat? Nie tylko w muzyce, ale i w modzie, designie?

Sander: To chyba pewien cykl, który obserwujemy od kilku lat. I powrót do dzieciństwa. Sporo zespołów wykorzystuje rozwiązania z tamtej muzyki i tamtych czasów. Gramy dzisiaj przed Editors, ich pierwszy album zdecydowanie ma w sobie takie elementy.

Fenne: Tamta muzyka miała w sobie pewien mrok, który lubimy, a chyba obecne czasy też są nieco mroczne, przynajmniej dla nas, więc naturalnie wpływa to na naszą twórczość. Nieco podświadomie wszystko w popkulturze zatacza pewien krąg.

 

Czasy są nieco mroczne, a ludzie nieco przytłoczeni ilością informacji, dezinformacji, pędem, stresem. Czy muzyka może to w naturalny sposób wykorzystać? A może jest właśnie terapią?

Fenne: Dla mnie dzisiejszy świat jest nieco frustrujący. Wszystko pędzi i brakuje spokoju oraz relaksu. Muzyka, zarówno gdy ją wykonuję, jak również gdy słucham, to pewnego rodzaju ucieczka. Wtedy nie myślę o całej reszcie, zatapiam się. Mimo, że to nierzadko mroczna i smutna muzyka. Wzmacnia odczucia.

Sander: Ten mrok może powodować pewien niepokój, ale na końcu daje wyzwolenie. Spokój.

 

Wasz debiutancki album “Image” został wydany ponad rok temu. Myślicie już o nowym krążku? A może nawet działacie w tym kierunku?

Sander: Na pewno myślimy. (śmiech) To następny krok jaki planujemy. Na razie sporo koncertujemy, w ubiegłym roku zagraliśmy około sto koncertów. Teraz potrzebujemy trochę czasu, aby zająć się tym na poważnie. Póki co, nic więcej nie możemy powiedzieć, bo sami niewiele wiemy. (śmiech)

 

Ale nadal będzie mrocznie?

Fenne: Zdecydowanie. (śmiech) Ale ze światełkiem w tunelu.

 

Belgia to mały kraj, który dał nam w ostatnich latach kilka naprawdę dobrych i popularnych zespołów. To również ojczyzna ważnych wytwórni oraz miejsce, w którym odbywają się duże, ważne festiwale oraz kameralne, ale istotne showcase’y. Belgia staje się coraz mocniejsza na alternatywnej scenie muzycznej. Z czego to wynika?

Fenne: Kilka osób nas o to pytało i nadal się nad tym zastanawiamy. Na pewno u podstawy są fani. Następnie kluby, do których ci fani mogą przyjść. Wiele mniejszych i większych klubów, dobrze wyposażonych i pozytywnie nastawionych do młodych zespołów.

Sander: To zasada naczyń połączonych. Wiele zespołów zaczyna, próbuje. Widzą, że niektórzy osiągają sukces, wierzą, że im również się uda. Dzięki dostępności sprzętu, sal, różnego rodzaju tutoriali w Internecie oraz filozofii “do it yourself”. A ci najwięksi przecierają szlaki i przyciągają do Belgii zagraniczną publiczność, dziennikarzy, wytwórnie. Ale faktycznie, wszystko zaczyna się od fanów.

 

Czego mogę Wam życzyć na początku nowej dekady?

Fenne: Sukcesu! Byłoby miło, gdybyśmy mogli skupić się na muzyce i robić ją nadal po naszemu. Przynajmniej przez następną dekadę. I zobaczymy. (śmiech)

Sander: Jeśli rzeczywiście będziemy mogli robić muzykę przez najbliższą dekadę, to będę bardzo szczęśliwy. (śmiech) Póki co, bawimy się świetnie.

 

Więc: muzyki, zabawy i sukcesu!

Fenne, Sander: Dzięki!

 

Wywiad przeprowadził Jan Król (Scena Rozmaitości, Radiofonia 100,5 FM).