SO!MUSIC

NOWA STRONA MUZYKI

Recenzje

Bring Me The Horizon – Music To Listen To… [recenzja]

Długo nie widziałem płyty wzbudzającej tak skrajne opinie. Postanowiłem więc przekonać się czym tak właściwie jest „Music To Listen To…” – wydany pod koniec grudnia album grupy Bring Me The Horizon. Grupy, która swoje najlepsze czasy ma już dawno za sobą. Przynajmniej tak twierdziłem do tej pory.

Nie spodziewałem się, że jeszcze kiedykolwiek przyjdzie mi napisać recenzję nowej płyty Bring Me The Horizon. Rok 2019 dał mi jednak nauczkę, że nie do wszystkiego można podchodzić tak zero-jedynkowo. A w szczególności do muzyki. Gniewać się za jedną czy dwie słabsze płyty? To idiotyczne… do takich wniosków trzeba jednak dorosnąć. Przyjmijmy, że dyskografia zespołu jest jak jedno ludzkie życie. Każde dzieli się na jakieś etapy. Odpowiednikiem tych etapów w dyskografiach są albumy. Niektórzy nagrywają ich więcej, niektórzy mniej. Czasem lepsze, czasem gorsze. W końcu nie jest tak, że ze wszystkiego, czego udało nam się dokonać, jesteśmy w stu procentach dumni. Tak jest też w przypadku Bring Me The Horizon. Ich pierwszą płytę – „Count Your Blessings” uważam za przełomową w gatunku brzmień hardcorowych. Bezkompromisowe, agresywne granie, które przetarło szlak dla wielu kapel. Jednak z każdym kolejnym albumem brzmienie zespołu łagodniało, a dla mnie ta przemiana była coraz bardziej irytująca. Gdzieś na poziomie albumu „Sempiternal” ich dokonania już w ogóle przestały mnie obchodzić. Można więc powiedzieć, że nie śledziłem BMTH przez sześć lat. Pewnie trwałoby to jeszcze dłużej, gdyby nie dochodzące do mnie głosy oburzenia ich najnowszym dziełem. Nie przeczytałem jeszcze recenzji, w której nie ma słowa „dziwna” lub dwieście innych synonimów tego wyrażenia. Postanowiłem, więc sprawdzić co jest „nie tak” z tym albumem.

Na wstępie muszę przyznać, że trochę się rozczarowałem. Gdy fascynacje Animal Collective, The Flaming Lips czy Omarem Souleymanem masz już dawno za sobą, spodziewasz się rzeczy naprawdę pokręconych. Takich, które wystawiają cierpliwość słuchacza na próbę. Tymczasem otrzymujemy album, którego najdziwniejszą cechą jest jego tytuł i długość utworów. Natomiast same utwory są momentami bardziej przebojowe, niż ich pierwotne wersje z albumu „amo”. No właśnie. Bo tak właściwie „Music to listen to…” powstało z fragmentów poprzedniego wydawnictwa Bring Me The Horizon, wykorzystanych na zasadzie samplingu. Jest to bardzo podobne rozwiązanie, jakie w latach 90. zaprezentował duet Pet Shop Boys na płycie „Disco 2”.  W praktyce były to remixy utworów z albumu „Very”, jednak odmienne od oryginałów, wprowadzające nową jakość. W obu przypadkach przeciętne płyty zyskały nowe, intrygujące oblicze. Obecnie w muzyce elektronicznej jest przynajmniej tyle trendów, ilu producentów. Dlatego cieszy mnie, że BMTH obrało kurs akurat w kierunku brzmień z pod szyldu UK Bass i Future Garage. Słychać tu choćby inspiracje Burialem (Candy Truck/You Expected), Yvesem Tumorem (A Devastating Liberation) czy twórczością Jamesa Blake’a (Steal Something). Jeżeli dla kogoś to zupełnie nowe nazwiska, polecam nadrobić zaległości.

Teraz kilka słów o najlepszych fragmentach płyty. Na pewno trafił do mnie Steal Something, który mimo iż trwa dziesięć minut, nie daje tego brutalnie odczuć. Kompozycja złożona jest z dwóch utworów z płyty „amo” – „I apologize if you feel something”, jak również z singlowego „Medicine”.  Dopiero teraz nabrało to jakiegoś kształtu. Świetne połączenie gitarowego reverbu i trance’owej perkusji, gama innych produkcyjnych zabiegów i mamy klubowy przebój. Podobna sytuacja spotkała utwór „In The Dark”, który na nowej płycie przybrał tytuł ¿ i nową, bassową aranżację. Ponadto Olivera wsparła wschodząca gwiazda popu – Halsey, która moim subiektywnym zdaniem poradziła sobie dużo lepiej od niego. Najwięcej kontrowersji wzbudziła 24 minutowa kompozycja Underground Big. Jej umiejscowienie w samym środku albumu jest rzeczywiście dość dyskusyjne, natomiast jest to kolejny po rekordowo długim tytule płyty dowód artystycznej niezależności zespołu. Poza tym z całego zestawu ośmiu utworów, właśnie ten miałaby największy radiowy potencjał… gdyby uciąć go w okolicach 3 minuty i 30 sekundy. Zaczyna się niewinnie. Jak popowy kawałek z rapowaną zwrotką, tu w wykonaniu Baxeya – wymarzony singiel jak na standardy pierwszych dni 2020 roku. Następnie w okolicy czwartej minuty kompozycja całkowicie zmienia swoje oblicze. Mamy tu mrugnięcie okiem do fanów metalcore’owego okresu zespołu. Przez niemal minutę Bring Me The Horizon znowu brzmi jak na „Count Your Blessings”. Lecz tylko przez minutę. Co w takim razie z pozostałymi dwudziestoma? Zespół przygotował w tym miejscu swój seans medytacyjny. Przypomina te wszystkie śmieszne aplikacje typu Intu, Calm czy Headspace. Tym razem zamiast muzyki relaksacyjnej, w tle mamy przerywany glitchami, gitarowy riff. Oliver spokojnym głosem zachęca nas do zamknięcia oczu, skupienia się na jego głosie i wsłuchania w przekaz. Ten w przypadku aplikacji jest zwykle motywujący. Tutaj wręcz przeciwnie, negujący współczesne społeczeństwo i podkreślający bezsens egzystencji. Traktuję ten utwór jako ciekawy performance, natomiast na dłuższą metę jest niezwykle męczący. Albo przynajmniej o 15 minut za długi.

„Music to listen to…” jest dziełem w pewnych kwestiach rekordowym. Pełny tytuł albumu brzmi „Music to listen to~dance to~blaze to~pray to~feed to~sleep to~talk to~grind to~trip to~breathe to~help to~hurt to~scroll to~roll to~love to~hate to~learn Too~plot to~play to~be to~feel to~breed to~sweat to~dream to~hide to~live to~die to~GO TO”. Co ciekawe zespół kwalifikuje go jako EP-kę. Trwającą trochę ponad godzinę, w czasach gdy długość przeciętnego albumu rzadko przekracza pięćdziesiąt minut. Jednak zbyt wiele muzyki słyszałem w swoim życiu, aby nazwać ten materiał „dziwnym”. Prędzej ciekawym, intrygującym… najlepszym od czasów debiutu. Cieszy też, że zespoły z mainstreamu coraz częściej pozwalają sobie na eksperymentalne formy. Od lat doceniam to co robią chłopaki z The 1975 czy FKA Twigs. Od teraz jestem pod wrażeniem drogi jaką obrało BMTH. Kibicuję, trzymam kciuki i mam nadzieję na więcej podobnych wydawnictw w przyszłości.

Ocena: 7/10