SO!MUSIC

NOWA STRONA MUZYKI

Recenzje

Bon Iver – “I,I” [recenzja]

W październiku miną trzy lata od premiery “22, A Million”. Albumu, który rozpoczął nowy etap w twórczości zespołu Bon Iver, podzielił jego fanów, ale przynajmniej zachwycił krytyków. Dziś już wiemy, że nie był to jednorazowy projekt, a to za sprawą “I,I” – nowej płyty, której oficjalna premiera zaplanowana jest na 30 sierpnia, lecz udostępnionej przez zespół przedpremierowo we wszystkich portalach streamingowych. Czy w ogóle jest czym sobie zawracać głowę? Postanowiliśmy to sprawdzić!

Mówi się, że pierwszy album to materiał zbierany przez całe życie. Najlepszy, ale oczywiście najgorzej zrealizowany z powodów budżetowych. Drugi to z kolei produkcyjny majstersztyk, jednak dotknięty syndromem drugiej płyty, więc z dużo słabszą zawartością. Ogółem zwykło się twierdzić, że to trzeci album jest tym najważniejszym. Decydującym czy dany zespół zostanie na dłużej czy przepadnie w zapomnieniu jak tysiące innych składów z wielkimi ambicjami. Dlatego często zapada decyzja o zmianie dotychczasowego kierunku. Na przykład artyści z głębokiego niezalu zaczynają nagrywać radiowe przeboje, jazzowe kwartety nawiązują współpracę z punkowym kolektywem, a raperzy ruszają w trasę z orkiestrą symfoniczną. Oczywiście to bardzo jaskrawe przykłady, bo zwykle są to bardziej skomplikowane procesy. Tak było w przypadku Justina Vernona i zespołu Bon Iver. Po dwóch albumach w konwencji “nieziemski wokal + akustyczne instrumenty”, pojawił się album “22, A Million”, który okazał się wielkim zaskoczeniem dla słuchaczy. Elektroniczne kompozycje, które zepchnęły żywe instumenty na plan dalszy, ustępując miejsca syntezatorom, samplerom i całej maści efektów. Sytuacja podobna do tej z radioheadowym “Kid A”, jednak tym razem bez wcześniejszych zapowiedzi, że czeka nas stylistyczna wolta.

Z biegiem czasu uważam, że nie była to przypadkowa decyzja. Dla zespołu przyszedł odpowiedni moment, żeby coś zmienić, a i sam Justin poza Bon Iverem nie próżnował. Współpracował choćby z Kanye Westem przy “My Beautiful Dark Twisted Fantasy”, jak również udzielał się przy kilku projektach Jamesa Blake’a. Myślę, że te dwie osoby miały ogromny wpływ na to, jak dzisiaj brzmi i funkcjonuje grupa Bon Iver. Wielu było przekonanych, że to jednorazowa akcja. Najnowszy album jest dowodem, że nic z tych rzeczy. “I,I” pojawił się w piątek we wszystkich mających znaczenie platformach streamingowych. Wyjdę może na fan boya, ale znowu odwołam się do Radiohead. Kiedy w 2007 roku Brytyjczycy nagrali album “In Rainbows”, postanowili wrzucić go za darmo do sieci. Dziś to nic nadzwyczajnego, ale wtedy podejście “masz i zdecyduj czy chcesz kupić tę płytę” było uważane za bardzo ryzykowny krok. Dziś Bon Iver na prawie miesiąc przed premierą krążka udostępnia go wszędzie, zamykając wszystkie dyskusje w kategorii “co usłyszymy na kolejnej płycie?”. A usłyszymy wiele. Tak wiele, że nie wiem od czego zacząć.

Pierwszym ważnym punktem płyty jest utwór “iMi”, który powstał przy dużym udziale wcześniej wspomnianego Jamesa Blake’a. Dużym? Ten kawałek brzmi jakby był wyciągnięty z jego ostatniej płyty. Justin nawet próbuje śpiewać jak James, choć nadal z tą charakterystyczną, ciepłą barwą głosu, która stała się jego największym atutem. Temat ten co zawsze, bo odkąd pamiętam, Bon Iver na swoich płytach czegoś poszukiwali. Szczęścia. Sensu. Miłości. Tym razem poszukują samych siebie. W jednym z wywiadów Justin opowiadał, że w tym celu wyruszył nawet w podróż do Grecji. Po przesłuchaniu płyty odnoszę wrażenie, że w niczym to nie pomogło. Bo więcej tu rozdrapywania blizn, niż zdań dodających otuchy. Choćby w kawałku “We” pojawia się temat odpowiedzialności za popełnione w młodości błędy. Momenty, do których chciałoby się powrócić, by zmienić bieg zdarzeń. Jak zwykle w przypadku tekstów Vernona sytuacje nie są jednoznaczne, dlatego tak łatwo można się z nimi utożsamić. Ciekawa historia stoi za tą kompozycją, gdyż z początku miała trafić na kolejną płytę Young Thuga. Ostatecznie tak się nie stało i po drobnej modyfikacji trafiła na “I,I”.

Jeżeli chodzi o stricte muzyczną stronę płyty to niektóre patenty potrafią być zdumiewające. Choćby główny motyw “Holyfields”, przypominający dokonania artystów wytwórni Ninja Tune w abstrakcyjnym połączeniu z wokalem a’la Mark Knopfler z okresu “Love Over Gold” Straitsów. Przynajmniej ja to tak słyszę. Dalej, moim zdaniem najciekawsza kompozycja, czyli “Jelmore”. Przerywane dźwięki sentyzatorów, glitche rodem z yorke’owskiej “Animy” (obiecuję, że nie pojawi się w tym tekście więcej odniesień do zespołu Radiohead i jego członków), harmonijny, delikatny wokal Justina i apokaliptyczny komentarz dotyczący zmian klimatu i nierówności społecznych. Zdecydowanie jedna z najmocniejszych części albumu. Choć moim zdaniem są dwie, znacznie ważniejsze. I to następujące zaraz po sobie. Na początek “Hey Ma”, czyli utwór najbliższy dokonaniom Bon Ivera z dwóch pierwszych płyt (ze wskazaniem na drugą – “Bon Iver, Bon Iver”). Piosenka, w której zakochałem się już po pierwszym odsłuchu. Nostalgiczny powrót do dzieciństwa, a zarazem opis silnej relacji Vernona z matką. Matką ziemią. To bardzo wyraźny aspekt na przestrzeni płyty, ale mało kto pisze tak pięknie o zjawiskach przyrody jak Justin. Dla mnie numerem jeden już zawsze będzie “Flume”, ale “Hey Ma” jest jedną z najpiekniejszych piosenek wśród całości dokonań zespołu. Ale wspominałem o jeszcze jednej. Mowa o utworze “U (Man Like)” z gościnnym udziałem Mosesa Sumneya, człowieka po którego koncercie na OFF Festivalu nie mogłem dojść do siebie przez następny miesiąc. Takie to było piękne. Ale wróćmy do konkretów. Tym razem mamy do czynienia z klasyczną, niemal beatlesowską kompozycją z aranżem na pianino. Trochę w estetyce gospel, bo pojawiają się tu elementy chóralne. Wprawne ucho jest w stanie wychwycić głos Bryce’a Dessnera z The National. Mnie się jeszcze nie udało, ale wierzę creditsom na płycie. Piękny. Z pozoru prosty, lecz złożony ze świetnych elementów utwór.

Mam jednak pewien problem z tym albumem. Nieprzyjemnie słucha się go jako całości. To trzynaście kawałków, z których każdy utrzymany jest w innej stylistyce. Korespondujących ze sobą jedynie na poziomie treści. Być może to kwestia ułożenia kolejności piosenek, ale moim zdaniem przechodzą między sobą dość topornie. Turdno mi nawet wyobrazić sobie jak miałoby to wyglądać w trakcie koncertów. Wysłuchanie setu złożonego z albumu odegranego od A do Z, tak jak to miało miejsce na trasie z “22, A Million”, mogłoby okazać się dość specyficznym doświadczeniem. Raczej będę wracał do poszczególnych utworów, bo jest tu wiele znakomitych. Ale znajdą sobie miejsce na bardzo różnych playlistach.