SO!MUSIC

NOWA STRONA MUZYKI

Recenzje

Hengelo – “Try” [recenzja]

Idzie nowe! Zespół Hengelo opublikował właśnie swój debiutancki album pt. „Try”. To wyjątkowy mariaż oryginalnych gitarowych patentów, wielowarstwowych partii syntezatorów oraz niecodziennej barwy wokalu. Muzyka jakiej jeszcze nie słyszeliście!

Dochodzę do wniosku, że najbardziej lubię te płyty, których jeszcze nie słyszałem. Debiutanckie krążki zespołów, które przypadkiem wpadły w moje ręce. Taka przypadłość pokolenia Kinder Surprise – otwórz i przekonaj się sam. Albo dostaniesz pieprzone puzzle, albo kolejny raz tą samą figurkę hipopotama… no może przy odrobinie szczęścia trafiasz na tą jedną zabawkę z całej serii, której jesteś najbardziej ciekaw. Oczywiście prawdopodobieństwo, że na nią trafisz jest dość małe. Tak samo jest z płytami debiutantów. W przeważającej części są to rzeczy nieciekawe (puzzle) i kolejne kopie tych samych kapel (hipopotamy). Raz na jakiś czas pojawia się jednak coś intrygującego, coś wobec czego trudno być obojętnym. Coś nowego. Dlatego nadal czuję ciarki przed włożeniem takiej płyty do odtwarzacza. I coś takiego dla was dzisiaj przygotowałem! Mowa o pierwszym albumie grupy Hengelo, o jakże trafnym tytule – „Try”.

Ta płyta jest moim pierwszym kontaktem z ich twórczością. Jeżeli jednak ktoś był bardziej uważny, to mógł zaznajomić się z chłopakami już znacznie wcześniej. W 2016 roku ukazała się ich EP-ka pt. „Hungry Eyes”. Jej zawartością są zresztą piosenki, które w znacznej części znalazły się na długograju. Rok później wystąpili na małej scenie Przystanku Woodstock, a ich utwory emitowane były na antenie programów Polskiego Radia. Na wydanie swojego pierwszego albumu czekali trzy lata, by teraz ciosem zaznaczyć swoją obecność na rynku muzycznym. I muszę wam powiedzieć, że chyba się im udało. Bo ja wcześniej nie słyszałem czegoś podobnego. Poza próbą odgadnięcia poszczególnych inspiracji takich jak Radiohead, GusGus czy nieco zapomniana już polska grupa Collage, których rzeczywiście słychać w poszczególnych fragmentach, to jednak jest zupełnie nowa jakość. Coś wyrazistego i w kontrze do panujących obecnie trendów w muzyce popularnej.

W czasach, gdy każde nagranie jest nienagannie czyste, a instrumenty są przepuszczone przez całą masę efektów, można czasem zapomnieć jakie jest prawdziwe brzmienie gitary. Hengelo wyłamują się z tej konwencji i ich nagrania są zrealizowane tak, by w jak największym stopniu oddać stan faktyczny ich brzmienia. Chociaż grają w studiu, to czuć w tym energię charakterystyczną dla występów na żywo. Można przez chwilę poczuć jakby twój pokój zamienił się nagle w mały klub ze sceną dla debiutujących kapel. Słychać to już w pierwszym utworze, czyli tytułowym Try. Hipnotyzujące gitary i wokal jakiego polska scena wcześniej nie słyszała. Skala głosu Mateusza jest nieprawdopodobna, a łatwość przechodzenia między niskimi rejestrami i falsetem godna mistrzów gatunku. To największy skarb tego zespołu. Sam kawałek jest chwytliwy i godny miana przeboju. Jeden z moich ulubionych na płycie. Najbardziej przypadły mi jednak do gustu utwory z polskimi tekstami. Przede wszystkim Półsen. Poetycki tekst, świetnie zaśpiewany i otulony bluesowym brzmieniem gitar. Perfekcja! Jest też Biegnę z nieco prostszym przesłaniem, za to z singlowym potencjałem. Rzecz, która świetnie powinna sprawdzić się podczas koncertów. Kawałki takie jak Chłód czy Spokojnie to muzyka, która wielu osobom potowarzyszy najbliższej jesieni. Dźwięki, które łatają w sercu dziury i zapewniają duszy spokój. Soundtrack bolesnych break upów i przytłaczającej melancholii. Zapamiętać i użyć w razie potrzeby.

Żeby jednak nie było tak słodko, płyta ma kilka mankamentów. Przede wszystkim jest zbyt długa. Dwadzieścia pozycji, a rozkojarzenie pojawia się u mnie już przy dwunastym kawałku. Skróciłbym ją o połowę numerów między pozycją dwunastą, a osiemnastą. Choćby Lust, Morning Moon i Bridges. Największą zmorą jest jednak utwór Otwórz się!. Funkowa linia bassu a’la Red Hot Chilli Peppers + refren jak z Sound N Grace… kicz, który nijak wpasowuje się w brzmienie całości. Reszta potencjalnie przeszkadzających ludziom aspektów jest dla mnie atutem. Choćby instrumentalne wstawki, które robią za świetne przejścia pomiędzy kawałkami. To samo tyczy się głosu Mateusza, który dla mnie jest wybitnie dobry, ale wiem, że jest gro osób, którym nie przypadnie on do gustu. Ile ludzi, tyle opinii. Najlepiej sprawdzić całość samodzielnie. Pokochać lub znienawidzić. Just try…