SO!MUSIC

NOWA STRONA MUZYKI

Wywiady

NOŻE: „Sięgając po gitary nie chcemy hołdować naszym idolom” [wywiad]

SO!MUSIC towarzyszy ich karierze niemal od samego początku. W naszym podsumowaniu 2016 roku, NOŻE znalazły się w gronie zespołów, które za kilka lat namieszają na polskiej scenie muzycznej. Spójrzcie w kalendarz i zapamiętajcie tę datę, ponieważ to właśnie dzisiaj nadszedł ten przełomowy moment. O godz. 12.00 swoją premierę miał singiel „Złe wychowanie”, otwierający nowy etap w historii zespołu. Mieliśmy okazję, by jako pierwsi zapoznać się z tą kompozycją i porozmawiać z Karolem Kruczkiem, wokalistą i liderem grupy.

– Czujecie ekscytację przed premierą singla?

To jest nasz debiut więc w oczywisty sposób pojawia się teraz taki moment weryfikacji. Rzeczy, które robiliśmy dotychczas były zupełnie niezalowe. Granie w małych klubach dla nielicznej publiczności… no czasem jakiś konkurs czy support, ale teraz pierwszy raz wypływamy w stronę szerszej publiki. Na tym będziemy stawiać kolejne kroki, podejmować decyzje, które będą uzależnione od ludzi, do których trafi “Złe wychowanie”. Bo nie jesteśmy pewni w 2019 roku jak duża jest grupa zainteresowana słuchaniem brudnej muzyki.

Ciekawi nas czy jest miejsce na zespół, który nie gra stadionowego rocka, a gra piosenki, które starają się płynąć i być chwytliwe. Tęsknimy za czasami pierwszego CKODu czy najlepszymi latami Myslovitz. Bardzo mnie ciekawi jak dzisiaj taka muzyka poradziłaby sobie na rynku.

– To ciekawe, bo już po pierwszym odsłuchu “Złego wychowania” dotarło do mnie, że nagraliście swój pierwszy w dorobku przebój. Nie mówię tu o poziomie stacji komercyjnych, Dawida Podsiadło i polskich raperów, ale dopatruję się w tym szansy, by podbić serca nieco bardziej wymagających słuchaczy. Jak ty postrzegasz tę sytuację?

Nadal mam silne wspomnienie konkretnego pomieszczenia i czasu, kiedy go napisałem. Wspomagany przez najgorszy automat perkusyjny jakim mogłem dysponować i gitary akustycznej, na której jako basista prawie nie gram. Wtedy ten kawałek był bardzo lo-fi, bardzo surowy… brzmiało to dość bluesowo. Utwór, który napisałem jako rzecz w szkielecie dość trudną, bardzo szybko przyjął dwa motywy. Refrenowy, który w pierwotnej wersji był bardziej krzyczany, taki trochę punkowy. No i ten zaśpiew “Ooo-Men”, wprowadzający słuchacza w delikatny trans. Dzięki temu utwór jest bardziej przebojowy. Jest większy i na pewno mądrzej zrobiony, niż nasze poprzednie kompozycje. Ale początki były bardzo obskurne. Bardzo mnie to cieszy, że byłem w stanie przyjść na próbę z czymś tak małym, a zespołowo udało się zrobić z tego coś, co być może ma jakąś szansę na podbicie eteru, jednocześnie nie będąc kompromisem z naszej strony.

– Progres między brzmieniem “Złego wychowania”, a poprzednimi waszymi dokonaniami jest dostrzegalny już na pierwszy rzut ucha. Przede wszystkim mowa o produkcji, która zdaje się być bardziej przemyślana. Czy ten kawałek również został nagrany w trakcie pamiętnej sesji w Poznaniu czy już trochę później?

Nagraliśmy go już później. Zaczęliśmy na kanwie demówki od nagrania z naszym klawiszowcem. Na co dzień jest realizatorem, więc był w stanie po godzinach udostępniać nam studio. Dlatego produkcja jest z pewnością świadoma. Raz – jest ode mnie bardziej profesjonalnym realizatorem dźwięku, niż ja będę kiedykolwiek, a dwa – dużo czasu spędziliśmy nad tym kawałkiem. W sumie jest to efekt kilku sesji. Na pewno sporo zawdzięczam ogarnięciu mojego składu. Bruno na perkusji, który czuje jazzowy groove i zbudował świetną, komunikacyjną podstawę. Kiedy kładłem bas, po raz pierwszy czułem pewność w stawianiu akcentów. Poza tym Janek i Jermiasz na gitarach i klawiszach, którzy zrobili swój najbardziej złożony utwór. Poza tym to pierwszy raz, gdy w naszej twórczości pojawia się fortepian. Dokładnie w ostatnim refrenie. Co prawda nie jest on jakiś nachalny i dość łatwo go przegapić, bo jest przykryty gitarą, ale bez niego utwór wiele traci. To takie niuanse, na które wreszcie mieliśmy czas i bardzo się cieszę, że przekaz pozostał klarowny. Nieprzekombinowany.

– O tym, że macie gotowy, nagrany materiał mówicie już od jakiegoś czasu. Album jednak jeszcze się nie ukazał. Jak to wygląda w tej chwili? Możecie podzielić się już jakimiś szczegółami?

Singiel jak to bywa, stanowi zapowiedź czegoś większego. Takie zaproszenie do uczty. Być może podzielimy się tym bliżej jesieni. Format mam nadzieję będzie długogrający, bo nagraliśmy już jakieś czterdzieści pięć minut materiału. Poza tym ciągle pracujemy nad kolejnymi piosenkami. Choć nie ukrywam, że teraz naszym priorytetem jest sprawdzenie do jak dużej publiczności uda nam się dotrzeć ze “Złym wychowaniem”.

– Do tej pory wydaliście trzy single, “Złe wychowanie” jest czwartym, czy one również znajdą się na płycie?

Patrzę na to trochę inaczej. Utwory, które wypuściliśmy do tej pory to oddolnie robione demówki przy których staraliśmy się, by brzmiały jak najlepiej. One w takiej czy innej formie trafią na płytę, ale nie traktujemy ich jak singli. Można powiedzieć, że zresetowaliśmy liczniki w naszych głowach.

– Do nowego utworu powstał całkiem ciekawy teledysk. Skąd pomysł na taką koncepcję?

Jeśli chodzi o kwestię klipu to jestem dumny, że udało się nam współpracować z tak świetną ekipą. Rzecz jest oparta na twórczości europejskiego kina psychologicznego. Nie chcieliśmy po prostu kolejnego, rockerskiego teledysku ze skakaniem po scenie, chociaż aspekt zespołu też się tam pojawia. No i jestem po wrażeniem wizji pani reżyser, ponieważ znacznie poszerzyła tekst o swoją perspektywę. Nie będę zdradzał wielu szczegółów, po prostu musicie zobaczyć to na własne oczy.

– Uprawiacie dość trudną w dzisiejszych czasach sztukę grania ambitnej muzyki gitarowej. Pokazujecie, że brzmienia okołorockowe można wykonywać utrzymując przy tym wysoki poziom. Jak sobie z tym radzicie?

Przydałyby nam się silniejsze plecy, bo to jest noszenie dużej ilości sprzętu na koncerty (śmiech). Pewne rzeczy dałoby się przerzucić na sampler czy inne tego typu zabawki, ale wtedy nie ma się kontroli nad efektami typu feedback, przewinięcia, echo… a to w sytuacji koncertów jest bardzo ważne. Poza tym nie prezentowanie ludziom całego swojego arsenału, decydowanie się na proste rock n’rollowe party, gdy na płycie brzmi się zupełnie inaczej, to taka trochę ściema. Staramy się grać wszystko jeden do jednego i nie używać sampli.

Na etapie “Złego wychowania” nie jest to wcale takie łatwe. Bo musieliśmy skanalizować większą ilość partii gitarowych. Nie chcemy używać wtyczki, a też nie będziemy wszędzie targać ze sobą fortepianu. Dlatego wymyśliliśmy nową partię gitary, która na żywo rekompensuje ten brak. To pokazuje jak rzeczy zmieniają się z biegiem tygodni i miesięcy. Dziś pewne decyzje w studiu podjęlibyśmy trochę inaczej. Niczego nie żałujemy, a tym bardziej nie możemy się doczekać, by zacząć grać wersje koncertowe.

Na pewno granie przez nas w sposób gitarowy nie jest opozycją wobec omijania muzyki rockowej przez stacje radiowe. Zresztą nie uważam, że to się wyklucza. Najważniejszym jest, by te wszystkie zespoły nie starały się naśladować samych siebie. Sięgając po gitary, nie chcemy hołdować naszym idolom. Po prostu jest to nasz własny sposób na wyrażanie emocji. Tak jak raper, który ma dobre flow albo beat, który w jakiś sposób go elektryzuje, porusza. To samo jesteśmy w stanie osiągnąć za pomocą gitary.

–  Skąd czerpiecie inspiracje? Kogo słuchacie tak na co dzień? Czy w ogóle jest tak, że wszyscy w zespole słuchają tego samego czy może każdy gustuje w czymś zupełnie innym?

Absolutnie nie słuchamy tego samego. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że rozmowy o muzyce są główną kością niezgody w naszym zespole. Ale to całkowicie zanika w graniu. Ekspresja, praca, warunki i próby są zupełnie inne niż dobudowywana do nich ideologia. Na pewno lubimy rzeczy intensywne, brzmienia, które nie są zachowawcze. Ostatnio z naszym perkusistą niezależnie od siebie słuchaliśmy sporo rzeczy, które Madlib wyprodukował z Freddiem Gibbsem. Bardzo nam się to podoba. Z drugiej strony niezwykle bliskie są mi ekspresywne brzmienia. Czy to jest Deafheaven czy Cool Kids Of Death, których pewnie już zawsze będę uważał za najważniejszy polski debiut XXI wieku. Poza tym lubię scenę niezależną i chodzę na koncerty składów, które nie są później wydawane przez wytwórnie. Chwilowe projekty w klubach jazzowych czy cała ta warszawska scena niezależna.

Emocjonalnie trafia do mnie to, co dzieje się teraz w polskim rapie. Znacznie bardziej niż w muzyce gitarowej i całej tej fali adult alt-rocka, Kortez, Organek, et cetera. Paradoksalnie najbardziej interesuje mnie muzyka, w której gitar nie ma. Brakuje mi w innych gatunkach tej erupcji pomysłowości. Za mało w Polsce jest zespołów grających piosenkowo, ale odważnie. Stąd moja potrzeba, by pójść na koncert takiego zespołu jak NOŻE. Nasza ekspresja jest przede wszystkim wynikiem braku na scenie muzycznej.

– Piszesz teksty wyłącznie w języku polskim. Skąd takie założenie? No i czy w ogóle dobrze ci się pisze po naszemu czy wymaga to jednak większego wkładu energii?

Szczęśliwie Polska może poszczycić się wspaniałym dorobkiem jeśli chodzi o poezję. Nieco gorzej wygląda to jednak w tekściarstwie. Odczuwam więc presję, żeby to nie było złe. W sensie, że zbyt ckliwe i sentymentalne. Staram się utrzymywać kontrolę nad językiem. Zależy mi, by było to rytmiczne. Żeby metafory nie były przypadkowe, bo akurat się rymują. Biorę pełną odpowiedzialność za przekaz. On może być dosadny, tak jak właśnie w “Złym wychowaniu”, które z kolei jest prostsze do przyswojenia, niż nasze wcześniejsze piosenki. Ale pod kątem poetyckim jestem z niego bardzo zadowolony.

Nie piszę po angielsku, ponieważ ten aspekt zespołu znikłby z radaru. Nikt nie skupiałby się na tekstach. A my nie chcemy odpowiadać tylko za warstwę instrumentalną, bo to łatwe, ale też za lirykę. Mnóstwo zespołów, zwłaszcza tych niezależnych, gra po angielsku. Ale jeśli przyjrzymy się tej lidze najbardziej radiowej, to jakie by te teksty nie były, są one pisane wyłącznie w języku polskim. Sam nie analizuję tekstów polskich zespołów śpiewających po angielsku. Traktuję je jako pewien rodzaj ekspresji, znaczeniowo zupełnie nieistotny.

– Niedawno wystąpiliście w ramach projektu Sofar gdzie graliście w nietypowym jak na was układzie. Zastąpiliście elektryczne gitary i syntezatory na klasyczne klawisze. Czy granie w takim stylu sprawiło wam frajdę?

Ogromną! Choć był to duży stres, no bo musieliśmy wprowadzić inne rozwiązania. Kiedy spotkaliśmy się na pierwszych próbach fortepianu po prostu nie było słychać. Walczyliśmy z nagłośnieniem, co było w sumie drogą do nikąd. Ściszyliśmy się maksymalnie jak tylko to było możliwe, wręcz można było swobodnie rozmawiać podczas wykonywanych utworów. No, ale w końcu zaczęło się to układać w sensowną, spójną całość. Ważnym aspektem było dla nas też, żeby nie zabić przesterami publiczności zebranej w małej przestrzeni. Podjęliśmy więc decyzję, że chcemy zagrać emocjonalnie jak najbliżej wersji studyjnych, ale musimy zmienić instrumentarium. Zagraliśmy z puzonistą Kubą Dumińskim, który wykonał świetną robotę. Momentalnie odnalazł się w składzie, więc nie odczuliśmy żadnej straty. No i co najciekawsze nie użyliśmy gitar. Mieliśmy je ze sobą, ale wybraliśmy organy. Takie tanie i dość trzeszczące organy z lat 70. Mój bas został pozbawiony wszystkich efektów, więc służył jako klasyczny, surowy instrument, niemal jak w ‘53 czy ‘67 roku. No i wokal też okroiliśmy z niektórych zabawek, także goły głos, krzyk… no i może troszeczkę echa, ale to naprawdę wszystko.

– To jednorazowa akcja czy w przyszłości planujecie częściej się bawić w takie rzeczy?

Dobrze czuliśmy się w takiej konwencji. Może uda się na stałe wprowadzić dęciaki do składu koncertowego. Może częściej będziemy grać rzeczy w pełnym skupieniu, przy użyciu jak najmniejszej ilości środków. Oczywiście proponując tę samą intensywność jak w przypadku regularnych koncertów. Dla nas była to świetna zabawa, a odbiór był zaskakujący pozytywny. Do ostatniego dnia zastanawialiśmy się czy sobie poradzimy, czy to nie jest trochę jak rzut kulą w płot. No, ale udało nam się odkryć aspekty zespołu, których w innych warunkach nigdy byśmy nie dostrzegli.

– Muszę przyznać, że jesteście zespołem, który dobrze wypada na żywo, pamiętam wasz koncert na poznańskim Spring Breaku, którym był zachwycony sam Michał Wiraszko z Much. Zresztą zabrał was później jako support na trasę z okazji dziesięciolecia Terroromansu. Lubicie tę energię podczas grania na żywo?

Myślę, że powoli się od tego uzależniam. Zawsze u muzyków ceniłem ekspresję, która znajduje pokrycie w przesłaniu. Dlatego staramy się dawać z siebie wszystko. Czy to w przypadku koncertów, czy to w przypadku nagrań studyjnych. Najpiękniejszy jest ten moment kiedy podczas grania na żywo niesie cię fala energii. Okazuje się, że jest to możliwe kiedy publika rozumie twoją muzykę. Supportując Muchy nie byliśmy daleko od swojej publiczności, bo w pewnym sensie są to dość pokrewne składy. Wtedy rzeczywiście poczuliśmy tę energię zwrotną i zaangażowanie. Wielki szacunek dla wszystkich, którzy postanowili wpaść wcześniej. Pozwoliło to odnaleźć się nam w sytuacji za dużej i zbyt zimnej sali. Zaczęliśmy niepewnie, ze świadomością grania w próżnię, ale pod koniec koncertu czuliśmy się jak podczas występu dla przyjaciół. Po prostu zażarło i pamiętam, że zszedłem ze sceny wyeksploatowany. Takie momenty zostają w pamięci na zawsze i zmuszają nas do ciągłego rozwoju, bo skoro jest dobry odbiór to w zamian musimy prezentować jak najwyższy poziom. Bardzo dziękujemy Michałowi, że w nas uwierzył i dzięki temu mieliśmy okazję, by doświadczyć czegoś nowego.

– Sytuację odnośnie płyty już znamy, ale powiedz mi na koniec, jakie są wasze plany koncertowe na ten rok? Zobaczymy was jeszcze podczas letnich festiwali czy raczej dopiero jesienna trasa klubowa?

Skupiamy się mocno na planie jesiennym, który już jest dość intensywny. Nie mogę jeszcze zdradzić szczegółów, ale są to rzeczy, które w części są supportami i w części naszymi w pełni autonomicznymi koncertami. Mam nadzieję, że będzie można zobaczyć nas w mniejszych miejscowościach. Zobaczymy co się stanie z najbliższymi, letnimi miesiącami, ale liczyłbym na rzeczy podobne do eventu Sofara. Chociaż wszystko się może zdarzyć. Po premierze singla mogą pojawić się różne, nieoczekiwane propozycje. Na pewno wszystkim będziemy się dzielić na naszej stronie facebookowej.