SO!MUSIC

NOWA STRONA MUZYKI

Wywiady

Olga Polikowska: „Ludzie często mówią miłe rzeczy na temat mojej muzyki, ale nie traktuję tego jako wyroczni” [wywiad]

„Gdybym mogła zagrać jakąś rolę, to byłoby to coś totalnie szalonego, ze skrajnymi emocjami miotającymi na lewo i prawo” – wyznaje Olga Polikowska. Życie postanowiła związać z muzyką, ale w przeszłości eksperymentowała z innymi dziedzinami, co oczywiście nie pozostaje bez wpływu na całokształt jej muzycznej drogi. O miłości do Almodóvara, chęci stworzenia filmowego teledysku i pierwszych koncertowych doświadczeniach z autorskim materiałem rozmawiamy z autorką EP-ki “Blask”, którą z miejsca ugruntowała sobie solidną pozycję w polskim electropopie.

Kasia Wróblewska: Niedawno zagrałaś swój drugi koncert promujący debiutancki materiał i to w okolicznościach idealnych do zaprezentowania się szerszej publiczności – na poznańskim Spring Breaku. Jak wrażenia?

Olga Polikowska: Było genialnie! Był to nasz drugi koncert w ogóle i co najważniejsze – mój pierwszy występ na jakimkolwiek festiwalu. Trochę inne emocje towarzyszą takiemu przedsięwzięciu – festiwal niesie za sobą jeszcze więcej energii. Występowaliśmy w Dragonie, a ktoś szepnął mi wcześniej słówko, że to szczęśliwy klub. Na sam koncert przyszła cała masa osób, sala była pełna, także lepiej nie mogło się to wszystko ułożyć.

Dopiero zaczynasz koncertować ze swoim autorskim materiałem. Jak się czujesz na scenie?

Jestem typem artysty, który zawsze ma trochę tremy. Zawsze czuję ekscytacje i motylki w brzuchu. Nie mogę powiedzieć, że się nie stresuję. Akurat jestem z tych, którzy przeżywają mocno.

Ale to taki stres mobilizujący do działania?

Tak, można go tak nazwać, ale towarzyszą mi naprawdę różne emocje. Trochę tremy, ekscytacji, stresu… mieszanka tego wszystkiego. Ale jak już wychodzę na scenę i mijają pierwsze minuty, to zdaję sobie sprawę, że to jest właśnie środowisko, w którym się odnajduję.

Masz jakieś sposoby, żeby sobie z tym radzić, wyciszyć się przed koncertem?

Typowych przedkoncertowych rytuałów nie mam. Nie szukam takich rozwiązań, ponieważ od dłuższego czasu ćwiczę jogę. Dzięki temu czuję duży komfort panowania nad własnym oddechem, koncentracją i wewnętrznym ukojeniem. Kilka solidnych oddechów i mogę iść.

Joga kojarzy mi się z takim mentalnym oderwaniem, a może nawet uciekaniem od różnych rzeczy… zresztą sama śpiewasz „szukam takich miejsc, gdzie nie znajdą mnie”(śmiech).

Jeśli chodzi o samo uciekanie, to w utworze „Ulatuje” nie do końca chodziło mi o fizyczną ucieczkę. Chociaż fizycznie też czasami uciekam – na przykład na jogę (śmiech). W tej chwili trzymam rower i wracam z jogi, kocham ten moment relaksu na koniec, wtedy wszystkie moje mięśnie odpływają. Ale w „Ulatuje” to właśnie takie wewnętrzne uciekanie. Bez znaczenia gdzie jesteś fizycznie w danym momencie, gdzie znajduje się Twoje ciało – nigdy nie jesteś w pułapce, bo możesz sobie uciec. Dla mnie to jest właśnie ta ulotność.

Skoro już mowa o utworze „Ulatuje”, to w rozmowie z Arturem Rawiczem wspominałaś, że jego pierwotna wersja wyglądała zupełnie inaczej. Był on bardziej jazzowy i instrumentalny, a tytuł, przewrotnie do tego, o czym przed chwilą rozmawiałyśmy, brzmiał „Stay”. Skąd te zmiany?

Utwór brzmiał bardziej instrumentalnie i jazzująco, dlatego uznałam, że ciężko będzie mi to ugryźć jako piosenkę. Nie zawsze trzeba tworzyć szablonowo: zwrotka – refren – zwrotka – refren, ale ja lubię piosenkowość utworów. Lubię to, że mogę je zapamiętać. Chciałam podejść do tej pierwotnej wersji bardziej jak do piosenki. Poza tym, chciałam, żeby tekst był w języku polskim.

Dlaczego jednak język polski?

Angielski jest fajny i łatwiej pisać w tym języku, ale mój pierwszy singiel nie miałby żadnych szans po angielsku. Uznałam, że śpiewanie po polsku będzie dla mnie dużo lepsze, dlatego każda kolejna piosenka powstawała w tym języku.

Twoja twórczość jest mocno osadzona w elektronice, jednak w przeszłości byłaś związana z klasycznym dźwiękami i dyscyplinami. Grałaś na skrzypcach, ćwiczyłaś balet i aktorstwo. Co skłoniło Cię do pójścia w kierunku muzyki? Jak długo kiełkował pomysł na wydanie solowej płyty?

Wcześniej zajmowałam się muzyką z różnych stron, ale nie jako front i solistka. Nie był to też mój autorski materiał – sięgałam po covery i grałam akustyczne wersje utworów aranżowanych pod siebie. Właśnie ten etap był najdłuższy. Sam pomysł na wydanie płyty nie kiełkował długo. Jak już doszłam do tego, że chcę grać solo autorski materiał, to muzyka była dla mnie oczywista. Od samego początku wiedziałam, jak ma brzmieć i jakie elementy powinna zawierać.

To te klasyczne korzenie zaowocowały pojawieniem się na EP-ce utworów w wersji akustycznej z pianinem?

Jeśli chodzi o instrumenty, to mam swoje preferencje i zawsze na pierwszym planie będzie dla mnie piano. Mam nadzieję, że właśnie te trzy wersje akustyczne z pianem są fajnym dodatkiem. A co do kompozycji i instrumentów żywych, to one cały czas się u nas pojawiają. Natomiast muzyka elektroniczna, którą robi się tylko na instrumentach żywych, nie jest muzyką elektroniczną, więc łączymy je z syntetycznymi, elektronicznymi brzmieniami. Później to już praca z producentami, którzy wiedzą, jak odpowiednio przekształcić dane brzmienia i wykręcić z nich coś ciekawego.

Szatt, Urbanski, Wishlake, bracia Sarapata – można śmiało powiedzieć, że współpracujesz z najzdolniejszymi młodymi producentami.  Jak nawiązaliście współpracę?

Wszystko za sprawą mojej wytwórni. Chyba czytała mi w myślach, bo o Szacie myślałam już wcześniej. Jestem fanką Kroków, ale nie miałam odwagi się do niego odezwać. Zastanawiałam się, czy miałby ochotę ze mną pracować. Szatt robił singiel „Ulatuje”, a później „Musisz”. Były gotowe, więc dołożył od siebie trochę magii, tych producenckich elementów. Właściwie każdy z chłopaków najpierw usłyszał szkic utworu i później podejmował decyzję odnośnie współpracy.

A wracając do twoich doświadczeń z przeszłości w różnych sferach artystycznych, to czy któreś z nich szczególnie wpływa na twoją ekspresję? Na pierwszy plan zdecydowanie wysuwa się taniec, występujesz też w swoich teledyskach.

To prawda. Nieśmiało na początku, ale miałam okazję pokazać się ruchowo w nagraniach wideo. Spędziłam kilka dni na sali prób z choreografem, który pokazał mi, jak mogę nadać dobrego charakteru moim ruchom. Cała reszta to spontan, organiczne ruchy tkwiące w moim ciele. Miałam wcześniej dużo styczności z tańcem, więc przyszło mi to łatwiej. Fajnie, że mogłam to wykorzystać. Nie myślałam, że nadejdzie taka okazja, także tym bardziej się cieszę.

Jak ważnym elementem całej twórczości są dla ciebie klipy?

Na początku myślałam, że nie są aż tak ważne. Właściwie nie oglądam klipów. Świat MTV i namiętnego oglądania teledysków minął w gimnazjum. Trochę to u mnie wygasło i teraz nie od razu łączę teledysk z muzyką. Zauważyłam jednak, że coraz więcej artystów, nawet na polskim rynku muzycznym, świetnie to łączy. Od kiedy zrobiliśmy pierwszy klip, apetyt rośnie w miarę jedzenia (śmiech). Coraz bardziej zaczynam myśleć o stronie wizualnej, marzy mi się filmowy teledysk, taki z konkretną fabułą.

Czyli nadal ciągnie cię do aktorstwa! W jednym z wywiadów powiedziałaś, że jeśli miałabyś wcielić się w jakąś rolę, to chciałabyś zagrać postać chimeryczną, burzliwą i emocjonalną. Przyciągają cię takie skrajne emocje?

Mocne, emocjonalne, często skrajne role są tymi najbardziej interesującymi. W normalnym życiu nie lubię skrajności i cenię sobie równowagę. Ale jeśli chodzi o film, to właśnie skrajni bohaterowie są najciekawsi. Gdybym mogła zagrać jakąś rolę, to byłoby to coś totalnie szalonego, ze skrajnymi emocjami miotającymi na lewo i prawo.

Kto jest twoim ulubionym reżyserem?

Almodóvar – najbardziej szalony człowiek! Kocham tworzony przez niego klimat i sposób, w jaki pozwala aktorom kreować postać. Nie chodzi o to, żeby było nijak i żeby grając być sobą. Oczywiście chodzi o prawdę, ale większym wyzwaniem jest to, aby nie przekładać swojego charakteru na postać, tylko szukać czegoś nowego. Ale teraz wybiegamy daleko w film, a pierwszy krok, o którym bym myślałam, to filmowy teledysk. Mam nadzieję, że ktoś w Polsce chciałby taki zrobić.

No to shoutout do wszystkich zdolnych reżyserów pełnych pomysłów, Olga czeka na zgłoszenia! (śmiech).

Tak jest (śmiech). Trzeba znaleźć odpowiednią osobę. I oczywiście mieć dobry pomysł na fabułę. Może kiedyś udałoby się coś takiego stworzyć.

Dobijamy do połowy roku, więc można pokusić się o małe podsumowanie. Kilka miesięcy temu, gdy pojawiłaś się z pierwszym singlem, spłynęła na ciebie lawina miłych słów takich jak „nadzieja roku 2019”. Nadal odczuwasz dobrą passę?

Cały czas spotykam się z pozytywnym odbiorem. Ludzie często mówią miłe rzeczy na temat mojej muzyki i jest mi z tym bardzo przyjemnie, ale nie traktuję tego jako wyroczni, raczej jako komplement. Najważniejsze, żeby było jak najwięcej osób, które będą chciały słuchać mojej muzyki. To jest jedyne założenie.

Porównania do Jessie Ware i Reni Jusis musiały być bardzo miłe.

Jak pierwszy raz usłyszałam porównanie do Jessie Ware to myślałam, że to żart (śmiech). Jest to dla mnie szalenie miłe, bo bardzo ją szanuję i jej często słucham. Z Reni Jusis to samo – też byłam zaskoczona. Cieszę się, że akurat do tak fajnych artystek ktoś mnie porównał.

No więc jakie masz plany na drugą połowę roku?

Przede wszystkim plany koncertowe. To najlepszy sposób na sprawdzenie materiału i dotarcie do nowych słuchaczy. Cały czas pracujemy też nad nowym materiałem. Będą się pojawiały single, żeby nikt się nie nudził i o nas nie zapomniał!

Dzięki za rozmowę!