SO!MUSIC

NOWA STRONA MUZYKI

Relacje

3-Majówka Wrocław 2019 [relacja]

Za nami kolejna edycja wrocławskiej 3-majówki, organizowanej tradycyjnie od kilkunastu lat w trakcie weekendu majowego. Jak zwykle była to gratka dla sympatyków dobrej muzyki, którzy mieli okazję uczestniczyć w koncertach ponad trzydziestu wykonawców z Polski i ze świata. W imprezie uczestniczyła również reprezentacja naszego portalu, która przygotowała dla was relację z tego wydarzenia.

Tegoroczna edycja 3-majówki przejdzie do historii jako jedna z tych specyficznych. Nie chodzi już o (szczęśliwie niespełnione) prognozy pogodowe zapowiadające potężne huragany, burze śnieżne i powodzie tysiąclecia. Raczej o fakt, że po raz pierwszy od kilku lat tak zwana scena alternatywna nie mieściła się w Hali Stulecia. Ta od stycznia jest w trakcie remontu. W zamian powstała druga scena plenerowa o całkiem sympatycznej nazwie Scena Zoo, gdzie spędziłem znaczną część swojego czasu. Chodzą pogłoski, że dzięki temu zabiegowi populacja zwierząt oddalonego o kilkadziesiąt metrów wrocławskiego zoo pomniejszyła się o kilka egzemplarzy. Nie zdążyłem tego sprawdzić, ale miejmy nadzieję, że to tylko pogłoski. W każdym razie najważniejsza jest muzyka, a tej jak zwykle przez trzy dni było bardzo dużo. Przyznaję, że nie brałem w tym roku udziału w biciu Gitarowego Rekordu Guinnessa, lecz i beze mnie uczestnicy poradzili sobie z tym wyzwaniem, gromadząc w rynku aż 7433 gitarzystów grających „Hey Joe” Jimiego Hendrixa. To o dwunastu zapaleńców więcej, niż w zeszłym roku. Gratuluję! Moim celem były koncerty przygotowane na 2 i 3 maja.

Dzień I (02.05.2019)

Na co dzień angażuję się w promocję nowych zjawisk na scenie muzycznej, więc nie jestem entuzjastą zaniechania tradycji majówkowych eliminacji. Te dawały możliwość początkującym zespołom wywalczenia swojego miejsca w line upie imprezy. Fakt, że koncerty debiutantów nigdy nie biły super rekordów frekwencyjnych. Były jednak szansą, by zaistnieć w świadomości chociaż tej garstki słuchaczy, a dla nas, ludzi mediów, żeby odkryć coś świeżego. W tym roku 3-majówkę otworzyła grupa Clock Machine, której w kategorii objawienia scenicznego przedstawiać już nie wypada. Chłopaki są po premierze swojej drugiej, bardzo dobrej płyty pt. „Prognozy”. Mają za sobą występy m.in. na Przystanku Woodstock i Orange Warsaw Festival, a sam Igor Walaszek dzięki popularności projektu Bass Astral x Igo, jest w tej chwili jednym z bardziej rozpoznawalnych głosów polskiej sceny muzycznej. Występ zaliczam do tych bardzo udanych. W rozmowach z uczestnikami koncertu bardzo często pojawiały się opinie, że to jeden z przypadków, gdzie zespół na żywo brzmi jeszcze lepiej, niż na płytach. Jestem tego samego zdania. Utwór „Spadać i latać” chyba nigdy nie wypadł tak dobrze. Dzięki temu po raz pierwszy w tym roku poczułem magię plenerowych koncertów. Chłopaki dali z siebie tyle energii, że nad naszymi głowami zza chmur wyszło piękne słońce, które nie opuszczało nas (niczym żarciki z „Chwili dla ciebie”) do końca dnia.

Następnie występ projektu Albo Inaczej 2, którego premierę miałem okazję oglądać w trakcie zeszłorocznego Spring Breaka. Odnoszę wrażenie jakbym uczestniczył w dwóch zupełnie innych koncertach. Choćby ze względu na listy zaproszonych wykonawców, które nie pokrywały się ze sobą nawet w połowie. Poza tym mówimy o materiale, który jest już niemal rok po premierze, dlatego wykonany był z większą pewnością i jednocześnie większym luzem. Jednym z ciekawszych punktów koncertu był występ Ralpha Kaminskiego, który niczym rasowe zwierzę sceniczne zawładnął emocjami publiczności. Świetnym posunięciem było wyjście naprzeciw swoich entuzjastów, kontynuując koncert przy barierkach odgradzających ich od sceny. Miło było zobaczyć po długiej przerwie Piotra Ziołę, który przypomniał mi o swojej wspaniałej chrypce, którą po dziś dzień uznaję za jedno z ciekawszych zjawisk naszego rynku muzycznego na przestrzeni kilku ostatnich lat. Nie zabrakło także weteranów sceny hip-hopowej, których występy są już wpisane w nieformalne credo tego przedsięwzięcia. Był Eldo, który oprócz oryginalnej wersji utworu „Chodź ze mną”, zaprezentował kawałek pt. „MS Batory” pochodzący z wydanej w 2014 roku płyty „Chi”. Był również Te-Tris i jego freestyle, którym przedstawił wszystkich autorów projektu „Albo Inaczej”. Nie zabrakło oczywiście Tego Typa Mesa, który jest w pewnym sensie dobrym duchem tego wydarzenia. Za znakomity wykon utworu „Odporność”, który po raz pierwszy udało mi się usłyszeć na żywo w duecie z Justyną Święs lecą w jego stronę dożywotnie propsy. Był to z całą pewnością, jeden z mocniejszych punktów tegorocznej majówki.

To ciekawe, że w ciągu kilku lat z najbardziej niedocenionego polskiego artysty, Krzysztof Zalewski stał się jedną z ikon współczesnej polskiej piosenki. Nie wiem czy to dzięki Męskiemu Graniu czy też współpracy z innymi artystami. Na pewno zasłużenie. Bałem się trochę, że tym razem dostanę powtórkę tego, co widziałem już w trakcie zeszłorocznej majówki. Ostatecznie obawy nie potwierdziły się. Bo chociaż stałych elementów takich jak rozszerzona wersja „Folyn” czy przekrój kawałków z płyty „Złoto” nie brakowało, to pojawił się ciekawy cover „Killer/Papa Was A Rolling Stone” z repertuaru Georga Michaela. Poza tym minimalistyczna wersja utworu „Miłość miłość”, którą co niektórzy szczęśliwcy mieli okazję usłyszeć podczas kwietniowego Solo Actu na warszawskim Torwarze. Przede wszystkim podobała mi się atmosfera tego koncertu, choć przyznam, że następnym razem chciałbym usłyszeć Krzyśka już z jakimś nowym repertuarem.

Na koniec najbardziej wyczekiwany punkt dnia, czyli koncert The Dumplings. Nie widziałem ich dotąd na trasie z albumem „Raj”, pamiętając tylko wczesne wersje tych utworów. Gra  li je przedpremierowo podczas koncertów z orkiestrą. W moim dość niedługim życiu widziałem wielu artystów wykonujących muzykę na żywo. Od grajków na wrocławskim dworcu, przez mniejsze i większe festiwale muzyczne, po występy w hali Mercedes Benz-Arena w Berlinie. Nawet pierogów udało się już tu i ówdzie zobaczyć. A jednak to właśnie ten koncert stawiam w swojej życiowej zapamiętam na dłużej, niż miesiąc i rok. To była produkcja godna najwybitniejszego polskiego zespołu młodego pokolenia. Oczywiście pod względem świetlnym i brzmieniowym. Główną część stanowiły przede wszystkim utwory z ostatniego albumu, których zresztą wyczekiwałem najbardziej. Do tego niesamowicie chwytliwy kawałek „Dla nas” będący częścią kampanii zorganizowanej przez fundację Rak N’ Roll. Były też dwa covery. Na pierwszy rzut poszedł „Running Up That Hill” z repertuaru Kate Bush, natomiast pod dwójką kryje się już dobrze znane fanom zespołu wykonanie „Grandy” autorstwa Moniki Brodki. Justyna stwierdziła nawet, że „Granda” bywa śpiewana głośniej, niż każdy z ich autorskich numerów. Lecz tym razem anegdota nie odnosiła się raczej do wrocławskiej publiki, która najbardziej entuzjastycznie zareagowała na utwór „Kocham być z tobą”. Jestem przekonany, że wszystkie słonie, zebry i żyrafy z pobliskiego zoo usłyszały to natężenie decybeli wydawane przez dumplingsowych fanów. Na sam koniec cudowne „Very Important Friendship”, które stało się już chyba swoistą wizytówką zespołu. Naprawdę nie mam do czego się przyczepić, choć nie wszyscy byli zachwyceni. Choćby dlatego, że zabrakło przebojów takich jak „Betonowy las” czy „Nie gotujemy”. To zrozumiałe. Zwłaszcza jeśli popatrzymy na osoby, które nie miały wcześniej okazji zobaczyć ich na żywo. Z drugiej strony, cudownie patrzeć jak oni się rozwijają. Że potrafią zrobić zapierające dech w piersiach widowisko z mniej popularnymi piosenkami w roli głównej. Dzięki temu wciąż są naturalni. Zresztą wyobraźcie sobie, że co najmniej raz w tygodniu od ośmiu lat wykonujecie te same piosenki. Myślę, że każdy by się znudził. No chyba, że jesteś członkiem zespołu IRA. Tu sprawa wygląda inaczej…

Dzień II (03.05.2019)

Pierwszym koncertem drugiego dnia festiwalu była Bitamina. Ci, którzy znają ich twórczość wiedzą czego się spodziewać. Mowa o ich psychodelicznym stylu, który albo się kocha, albo nienawidzi. Papierkiem lakmusowym są ludzie, którzy przyszli na koncert przypadkiem, bez żadnych uprzedzeń. I muszę przyznać, że i w tej materii nie obyło się bez zaskoczeń. Po koncercie rozmawiałem z koleżanką siedzącą na co dzień w dużo cięższych brzmieniach. Stwierdziła, że idąc na koncert nie była do końca przekonana, ale z miejsca wkręciła się. To jest właśnie ich fenomen. Były hity, były kawałki nagrane w kooperacjach z innymi artystami. No i przede wszystkim były nowe utwory, zwiastujące album „Kwiaty i korzenie”. Vito mówi, że ten ukaże się 21 czerwca. Czy rzeczywiście tak będzie? Czas pokaże. Ja już nie mogę się doczekać, bo odnoszę wrażenie, że szykuje nam się jeszcze mocniejszy krążek, niż kultowa w niektórych kręgach „Kawalerka”.

Kiedyś możnaby powiedzieć, że majówka bez Heya, jest jak majówka bez Pidżamy Porno – bez sensu. Teraz, gdy tego zespołu już nie ma, pozostaje tylko jedna opcja – zaprosić Nosowską. Ci, którzy mnie znają, wiedzą o mojej wielkiej miłości do jej osoby. Jedyna artystka na polskiej scenie wobec, której nie umiem być całkowicie obiektywny. No chyba, że jest tak dobra, że przez trzydzieści lat działalności scenicznej nie popełniła ani jednej złej płyty. W każdym razie, to właśnie jej koncert był moim piątkowym priorytetem. Podobnie jak w przypadku The Dumplings, nie widziałem jeszcze Nosowskiej na trasie z Bastą, więc trzeba było zweryfikować potencjał nowych kawałków w wydaniu na żywo. Pierwszą pozytywną niespodzianką, były znakomite animacje graficzne, które znajdowały się na ekranie za artystką. Nawiązywały one bezpośrednio do granych utworów. Niektórzy mówią, że był to najlepszy element tego koncertu. Kolejną gratką była obecność Mikołaja, czyli syna Kasi, który pełnił rolę jej osobistego hypemana. Wykonał z nią również utwór pt. „Mówiła mi matka”. Dalej ciekawe aranżacje dwóch utworów z płyty „puk.puk”, a mianowicie „Jeśli wiesz, co chcę powiedzieć” i „Pani pasztetowa”. Dzięki Foxowi zabrzmiały naprawdę świeżo. Z pewnością nie jak kompozycje z dwudziestotrzyletnim stażem rejestracji w ZAIKSie. Szkoda, że nie pojawiło się więcej takich smaczków, choćby tych z nieco zapomnianej moim zdaniem płyty „Milena”. Były za to trzy covery. „Smalltown Boy” z repertuaru grupy Bronski Beat, „Push It” zespołu Salt N’ Peppa oraz stały punkt programu solowych koncertów Kaśki, czyli „Hey Boy, Hey Girl” The Chemical Brothers. Jeżeli dobrze pamiętam to po raz pierwszy zagrała ten kawałek właśnie dwa lata temu na wrocławskiej majówce. Bawiłem się świetnie, choć z tyłu głowy mam te wielkie, często bardziej emocjonujące koncerty Heya. Kasia w wydaniu solowym raczej nigdy im nie dorówna. Nie mniej jednak cieszę się, że nadal robi swoje. Idzie do przodu, nie oglądając się wstecz. No, a przy tym ma zaufanie ludzi, więc czego chcieć więcej.

Drugi dzień tegorocznej 3-majówki minął mi pod znakiem spotkań towarzyskich i regeneracji po dniu pierwszym. W związku z tym widziałem tylko dwa całe koncerty. W przypadku pozostałych mogę mówić wyłącznie o fragmentach. Wiem na przykład, że happysad znowu gra stare kawałki (powiedzmy, że trzy na sześć usłyszanych kojarzyłem), było nawet „Zanim pójdę”! Ania Dąbrowska nadal nie potrafi śpiewać na żywo, udając że ma problem z odsłuchem, ale to już standard. Dalej Tarja Turunen, której głos co prawda powala na kolana, ale niestety, gdy pięć kawałków pod rząd niezbyt się od siebie różni, to znak, że trzeba przenieść się w inne miejsce. Tym, którzy są ciekawi czy grała utwory z Nightwish odpowiadam – niestety. Potańczyłem więc chwilę na Łąki Łan, gdzie zawsze jest świetna zabawa. To niesamowite, że od tylu lat grając po kilkadziesiąt, a czasem kilkaset koncertów rocznie, nadal zachowują tą autentyczność. Morał bajki jest krótki i niektórym znany, nawet najlepsza piosenkarka z Finlandii nie jest w stanie przebić uroku Paprodziada i jego bandy.

Uważam, że wrocławska 3-majówka jest jedną z ciekawszych imprez muzycznych na mapie Polski. Wskażcie mi miejsce, do którego rok rocznie przyjeżdża tylu uznanych polskich wykonawców. To nie znaczy jednak, że impreza od lat utrzymuje równy poziom. W 2016 roku organizatorzy zawiesili poprzeczkę nie do przeskoczenia, gromadząc w jednym miejscu Dawida Podsiadło promującego album „Annoyance and Disapointment”, Taco Hemingwaya będącego w trasie z „Umową o dzieło”, Brodkę z premierowymi wykonaniami utworów z „Clashes”, Artura Rojka, Marię Peszek, Kamp!… mógłbym wyliczać znacznie dłużej. Pod względem line upu tegoroczna edycja była tylko dobra. Na niekorzyść przemawia również termin, gdyż majówka nie jest już pierwszym letnim festiwalem plenerowym, jak miało to miejsce jeszcze kilka lat temu. Teraz dużo ludzi twierdzi, że nie ma sensu jechać na majówkę, kiedy tydzień wcześniej w Poznaniu organizowany jest Spring Break. Dlatego myślę, żeby zachować swoją pozycje, trzeba popracować nad jeszcze mocniejszym składem. I może choć raz dla eksperymentu, zrezygnować z happysada, Pidżamy i Comy na rzecz mniej czerstwych, ambitniejszych pod względem muzycznym artystów.