SO!MUSIC

NOWA STRONA MUZYKI

Recenzje

Nick Murphy – “Run Fast Sleep Naked” [recenzja]

„Run Fast Sleep Naked” to debiutancki (choć tak naprawdę drugi) album australijskiego wokalisty Nicka Murphy’ego, którego możecie kojarzyć z jego wcześniejszych dokonań nagranych pod pseudonimem Chet Faker. Jedenaście kompozycji powstałych w trakcie inspirującej podróży dookoła świata, będących próbą zerwania z dotychczasowym wizerunkiem i wynikiem obserwacji otaczającego go świata.

Podobno w dzisiejszym świecie brakuje autorytetów. Przewodników (niekoniecznie duchowych), którzy pokierują, wytłumaczą, a jak będzie trzeba sami stawią czoła naszym problemom. Innego zdania był amerykański pisarz i religioznawca Joseph Campbell. Ten za ludzi godnych miana autorytetów, uznał wszelkiej maści artystów. Nazywał ich szamanami utrzymującymi mity przy życiu. Nic więc dziwnego, że cieszył się uwielbieniem takich tuzów jak Bob Dylan, Jim Morisson czy Stanley Kubrick. Do grona zwolenników przyznaje się również Nick Murphy, dla którego lektura „Bohatera o tysiącu twarzy” stała się inspiracją do napisania płyty Run Fast Sleep Naked. To pierwszy długograj artysty w tym wcieleniu (myślę, że wliczanie w dyskografię albumów Cheta Fakera, jest tak samo bezsensowne jak łączenie dokonań Lany Del Ray i Lizzy Grant), który ukazał się w zeszły piątek nakładem Future Classic i PIAS Recordings. Prawdopodobnie jestem jedyną osobą z naszej redakcji, która nie pojechała w ten weekend do Poznania, dlatego znalazłem czas by podzielić się z wami moją recenzją tego wydawnictwa.

Zacznijmy od początku. Nick Murphy spędził cztery lata podróżując dookoła świata. Nie wiadomo czy wpadł na ten pomysł przed Quebonafide, choć koncept wydaje się dość podobny. Piosenki nagrywane w bardzo różnych miejscach, poczynając od salonu w babcinym mieszkaniu, przez studio nagraniowe w samym sercu Tokio, po domek letniskowy w Nowej Zelandii. Wszystko to w poszukiwaniu historii, którymi mógłby podzielić się ze swoimi słuchaczami. Podobno w każdym z odwiedzanych miejsc miał przy sobie walizkę z mikrofonem, by nagrać nie tylko wokale, lecz przede wszystkim inspirujące dźwięki otoczenia. Jednak znaczna większość materiału została skomponowana w brooklyńskim studiu Figure 8 przy pomocy niemal dwudziestu muzyków sesyjnych i orkiestry. Jak już wcześniej wspominałem, motorem napędowym płyty są teksty odnoszące się do teorii Campbella. Murphy niczym szaman, głosi życiowe mądrości, do których dotarł w trakcie podróży. Nie liczcie jednak na mowę coachów motywacyjnych, bo momentami robi się tu depresyjnie jak na dwóch ostatnich krążkach Mount Eerie. W wielkim skrócie – raczej pogrzeb, niż wesele. Jeżeli jednak nie przywracacie uwagi do tekstów, tym bardziej że są one zaśpiewane w języku angielskim, można odnieść wrażenie, że to muzyka pierwszych letnich dni. Idealnie komponująca się z pogodą za oknem.

To z pozoru przejrzyste kompozycje, z minimalistycznymi aranżacjami w pierwszym planie. Nad utworami pracował jednak cały sztab ludzi, który nadał produkcji barokowego charakteru. Wprawne ucho dostrzeże bogactwo tła, gdzie ogromną rolę odgrywa wspomniana wcześniej orkiestra. Świetnie odzwierciedla to openerowy Hear It Now, który niczym „Bolero” Ravela rozwija się z każdym kolejnym taktem. Sytuacja jak z ubieraniem choinki na święta. Od nagiego drzewa, po pełną przepychu ozdobę mieszkania. Następnie Harry takes drugs on weekend, przypominający pod względem narracji teksty Josha Tillmana, znanego szerzej jako Father John Misty. Wbrew pozorom jest to utwór o przebojowym potencjale, choć ze względu na tematykę pewnie pojawią się problemy z dystrybucją w konserwatywnych mediach, do których wciąż należą radio i telewizja. Świetnie za to radzi tam sobie singlowe Sanity, które kilka razy dziennie można usłyszeć na falach BBC Radio 6. Piosenkę zdobi teledysk w reżyserii szwedzkiej grupy filmowej BABYBABY, bezpośrednio powiązany z szatą graficzną fizycznego wydania płyty. Myślę, że nie przypadkowo właśnie ten kawałek stał się głównym utworem promującym album. To opowieść o poszukiwaniach nowych doświadczeń, odwiedzaniu miejsc, które przyniosą sens naszemu życiu, by móc głosić ludziom mity… choć okazuje się, że nie jest to takie proste i w większości przypadków raczej rozczarowujące. Następny w kolejce jest numer Sunlight, który w gruncie rzeczy podoba mi się najbardziej. Brzmi trochę jak produkcje The Neptunes z najlepszego okresu działalności, z kolei gitary są bliższe estetyce Radiohead. Niby skrajnie różne porównania, ale wystarczy posłuchać, a z pewnością zrozumiecie. Dużo na tej płycie wniosków wyciągniętych z obserwacji relacji międzyludzkich. Jednym z przykładów jest utwór Some People, który opowiada o ludziach nie mających nic do ukrycia, którzy niczego się nie boją i idą przez życie twardzi niczym skały. Jeden z nielicznych na krążku tekstów z pozytywnym przesłaniem. W momencie pisania tej recenzji płytę promuje tylko jeden singiel. Jeżeli miałbym obstawiać, następnym będzie kawałek Yeah I Care. To chyba jedyne echo dokonań Cheta Fakera. Energiczny zastrzyk z radiowym potencjałem. Świetnie sprawdzi się jako element waszych pobudkowych playlist. Mam wrażenie, że momentami Nick próbuje naśladować Bruce’a Springsteena. Na przykład w kawałku Never No. Jestem przekonany, że „Born To Run” był niejednokrotnie odtwarzany w czasie tej czteroletniej podróży. Niezbyt przekonuje mnie balladowa końcówka płyty. Ktoś powie, że znowu się czepiam, bo po prostu nie przepadam za pościelówkami. Wręcz przeciwnie – uwielbiam je! Pod warunkiem, że wyróżniają się jakoś na tle tysięcy podobnych kompozycji. No, a te (za wyjątkiem Believe Me z całkiem ciekawym zakończeniem) mnie nie porywają.

Jestem przekonany, że Nick nagrał najlepszą płytę, jaką mógł nagrać. Próbując zerwać z łatką Cheta Fakera i jednocześnie nie zawodząc fanów tego projektu. Taki etap przejściowy, choć zdecydowanie godny uwagi. Pamiętam jeden z jego pierwszych polskich koncertów podczas gdyńskiego Open’era. Dostrzegam od tego czasu ogromny progres. Bo mimo, że są to nadal bardzo przyjemne kompozycje, wykonane z największą starannością,  to jednak niosą ze sobą jakieś historie, są odbiciem jego życiowych doświadczeń. Nadal lubię wracać do hitów takich jak „Gold” czy „1998”, ale pod względem lirycznym wypadają one dość cienko na tle kompozycji z nowej płyty. Album z pewnością zostanie ze mną na dłużej, jednak już teraz jestem ciekaw kolejnych posunięć hipsterskiego szamana Nicka Murphy’ego.