SO!MUSIC

NOWA STRONA MUZYKI

Rozmowy

Justin Lockey, Editors: “Nikt nie zatrzyma świata dla nikogo, jeśli w grę wchodzą pieniądze.” [wywiad]

Editors zagrali w Warszawie po raz drugi w tym roku. Po raz drugi także spotkałam się z Justinem Lockey, tym razem sam na sam, aby porozmawiać o ich trasie (o płycie rozmawialiśmy poprzednim razem, wywiad znajdziecie tu) i zmaganiach z ciągłym koncertowaniem.

 

Weronika Ścierańska: Na wstępie chciałabym porozmawiać o remiksie „Cold” stworzonym przez Unkle. Co o nim sądzisz? Mnie się spodobał, choć trwa aż 9 minut.

Justin: Jest długi, ale bardzo dobry. Wstęp ciągnie się można powiedzieć w nieskończoność, ale to właśnie jest cecha/zaleta remiksu. Ludzie przerabiają piosenkę jak im się żywnie podoba. Czasami nowa wersja jest kiepska i do niczego się nie nadaje. Czasem jednak trafia się perełka, którą aż chce się chwalić.

Czy Unkle sam sięgnął po jeden z Waszych utworów?

Tak, byliśmy tym mile zaskoczeni. Unkle był jednym z moich idoli Nigdy nie marzyłem o tym, że kiedyś zremiksuje jeden z naszych utworów.

Więc nie chodzi o ilość, a o jakość?

Oczywiście, zdarza się, że świetni artyści tworzą kiepskie remiksy. Zdecydowanie liczy się jakość. Wiem, że w świecie muzyki pop utwory przerabiają najlepsi i najdrożsi, np. Calvin Harris. To jednak nie jest nasz świat i nasza bajka.

Zdaje się, że jesteście w niekończącej się trasie koncertowej. Nie spodziewałam się zobaczyć Was w Polsce w tym roku, po Waszych kwietniowych koncertach w Warszawie i Krakowie.

Tak, to nasz piąty koncert, nie licząc dodatkowych sześciu setów akustycznych. To bardzo dużo, ale uwielbiam wracać do Polski. W Niemczech zagraliśmy 20 koncertów tylko w tym roku.

Nie licząc innych krajów, które odwiedziliście. Jak sobie z tym radzisz?

Mówiąc szczerze, w ogóle sobie z tym nie radzę. Źle się odżywiam, jem za mało, co skutkuje niezdrową utratą wagi. W domu mam dwie szafy, w jednej trzymam ubrania „potrasowe”, w rozmiarze M. Kiedy znów przybiorę na wadze, wracam do mojego „regularnego” rozmiaru L. To tylko pokazuje, jak bardzo sobie nie radzę. Nie zrozum mnie źle, koncerty, fani, spotkania prasowe i wywiady są super, z tym nie mam najmniejszego problemu. Trudny jest dla mnie brak stabilności. Do tego dodaj jeszcze podekscytowanie, któremu bardzo blisko do strachu. I pomnóż to razy tysiąc. To właśnie życie w trasie.

Brzmi niedorzecznie ciężko.

I takie jest. Niektórzy, jak Tom i Russ, nie mają problemu z ciągłymi trasami koncertowymi. Dla mnie wysiłkiem jest zebranie się w sobie, aby dotrzeć do miejsca, w którym danego dnia gramy. Będąc w trasie jestem wiecznie zmęczony, bo podróżuję sam. Nie śpię wystarczająco dużo.  Funkcjonuję na najwyższych obrotach, dlatego jestem wycieńczony dwa razy szybciej, niż normalnie. W trakcie dni wolnych nie skupiam się na zwiedzaniu, a raczej na odsypianiu. Dzisiaj Warszawa, jutro Bratysława, pojutrze Linz i dzień wolny. Prawdopodobnie nie podniosę się z łóżka.

Bardzo dobrze to rozumiem, choć brzmi to strasznie. Także potrzebuję pewnego usystematyzowania, do którego nie jestem w stanie wrócić od kilku tygodni, co skutkuje brakiem snu, energii i ciągłym zmęczeniem.

Dokładnie. Czuję, jakbym żył w innej rzeczywistości, kiedy jestem w trasie. Moje życie jest wtedy takie chaotyczne. Dlatego podróżuję sam, żeby trochę to wszystko usystematyzować. Lubię latać, długa jazda samochodem także nie sprawia mi problemów. Dzięki temu mogę zobaczyć miejsca, do których nie trafiłbym podróżując z zespołem. Trasa koncertowa to nie bajka. Zajeżdżasz pod klub, jedyne, co widzisz, to jego wnętrze. Potem grasz koncert, wracasz do autobusu i spędzasz tam noc, w drodze. Nie masz możliwości zobaczenia niczego, poza wnętrzem autobusu i okazjonalnie wyjściem na chwilę przed koncertem, w obrębie klubu. Kiedy podróżuję sam, mogę zobaczyć wszystko. Zatrzymuję się w miasteczkach, których nigdy bym nie odwiedził.

To brzmi super.

Bardzo lubię tę część trasy. Jestem szczęśliwy, kiedy zostaję sam z moimi myślami, w wynajętym samochodzie. Nie potrzebuję muzyki, po prostu jadę i myślę. Potem pojawiam się w klubie, witam się ze wszystkimi, mamy soundcheck, potem znajduję sobie kanapę na zapleczu, żeby uciąć sobie drzemkę, gram koncert i jadę do hotelu.

©Rahi Rezvani

Wszystko planujesz co do minuty?

To moja pozorna rutyna. Wszystko mam zapisane w telefonie, żeby wiedzieć, gdzie i kiedy mam być. Dzisiaj miałem przyjechać do Warszawy pociągiem z Poznania. A wieczorem pojechałbym taksówką do hotelu. Rano obudził mnie jednak alarm przeciwpożarowy, paliło się coś w piwnicy. Musiałem opuścić hotel do czasu ugaszenia pożaru, więc nie zdążyłem na pociąg. Musiałem wypożyczyć samochód i jechać do Warszawy. Moje plany wzięły w łeb. Ale to nie koniec świata. Generalnie spędzam dużo czasu na lotniskach, na stacjach kolejowych i leżąc na łóżkach hotelowych oglądając wiadomości. Rock and roll.

Wielu muzyków sięga po alkohol i narkotyki, kiedy nie radzą sobie z życiem w trasie.

Wiesz dlaczego? Bo życie w trasie bardzo źle wpływa na zdrowie psychiczne. W ogóle zawód muzyka w dzisiejszych czasach źle wpływa na zdrowie psychiczne. Nie tylko muzycy, ale wszyscy kreatywni ludzie mają skłonności do depresji, ataków paniki i lęków. To najgorszy i jednocześnie najbardziej satysfakcjonujący zawód świata. Nie ważne, dokąd pojedziesz, na koncert, czy festiwal, za kulisami widzisz muzyków z problemami psychicznymi. A jednak nikt o tym nie mówi. W kwietniu, kiedy wyjechaliśmy w trasę koncertową po Europie, jeden z członków innego z moich zespołu popełnił samobójstwo. Był wokalistą Frightened Rabbit. Przez trzy dni był uznany za zaginionego, potem znaleźli jego ciało. Jedyną różnicą miedzy nim, a kolejnym muzykiem, który popełni samobójstwo, jest to, że śpiewał o swojej depresji. Więc jego samobójstwo nie było do końca zaskoczeniem. Oczywiście śmierć zawsze jest zaskoczeniem. Czego jestem pewien, on nie jest pierwszym i nie będzie ostatnim.

Porzucenie muzyki także nie gwarantuje pozbycia się depresji, lęków i ataków paniki. Jestem tego przykładem. Dobrze, że mam pewną stabilność, ale z drugiej strony…

… nie robisz tego, co kochasz. W dzisiejszych czasach coraz ciężej jest wyżyć z muzyki. W latach 90tych i na początku stulecia ludzie kupowali płyty. Niektórzy mogli pozwolić sobie na to, żeby w trasy nie jeździć. Obecnie, jedynie trasa koncertowa przynosi dochody. Dlatego wyjeżdżam i mam nadzieję, że wyjdę z tego bez szwanku.

Wszystko zależy od tego, jak człowiek radzi sobie ze stresem.  

I od tego, w jakich kręgach się obracasz i jakich ludzi masz wokół siebie. Mam to szczęście, że chłopaki rozumieją moją sytuację. Zostawiają mnie w spokoju, nie zdając pytań i nie kwestionując moich dziwnych podróży. Poza tym wspierają mnie, kiedy ich potrzebuję. Takie wsparcie jest szczególnie potrzebne wśród mężczyzn.

Myślę, że największym problemem są stereotypy. Kobiety mogą otwarcie mówić o swoich problemach, za to mężczyźni myślą, że będą gorzej traktowani, jeśli pokażą słabość.

Coś w tym jest, chyba, że masz wokół siebie grupę świetnych i wyrozumiałych ludzi. To bardzo pomaga. Depresja i lęk są wszędzie, nie tylko w świecie muzyki, bo wszystko dzieje się bardzo szybko, jakby było przyspieszone. W pewnym momencie tracimy kontrolę i ciężko jest ją odzyskać. Do tego jesteśmy zasypywani smsami, mailami, wiadomościami na WhatsApp, Instagramie, Facebooku i temu podobnych. Dobrze nam się żyło bez tego wszystkiego. Teraz, jeśli nie masz konta na wszystkich możliwych portalach i aplikacjach, trochę przestajesz się liczyć. Kiedy nie jestem już w stanie wytrzymać, wyłączam telefon. Ciężko jest nadążyć, szczególnie będąc w trasie.

Poruszyliśmy ciężki temat.

Ciężki i bardzo ważny temat. Sam mówię otwarcie o swoich problemach i sądzę, że więcej muzyków powinno. Ale nie mówią, choć zmagają się z depresją. Im szybciej wyjdzie na jaw, że sobie nie radzą i chcieliby choć przez chwilę odetchnąć, cały zespół przestaje zarabiać. Spójrz na wszystkie gwiazdy pop. Przemielone przez maszynkę do mięsa, 365 dni w roku. Ciągłe bycie w świetle reflektorów to pewnie ich ambicja, skoro już im się udało, ale to właśnie najbardziej wpływa na zdrowie psychiczne. Nadal nikt o tym nie mówi. Dobrze wszystkim znane Sex, Drugs and Rock&Roll to jedna z metod radzenia sobie ze sławą. Fani widzą tylko to, jak wyglądamy na scenie, uśmiechnięci. A to tylko 1% całego dnia. Reszta jest strasznie nudna. Z dala od rodziny, w podróży w najbardziej depresyjnym okresie roku. To wcale nie podnosi na duchu (śmiech). Rozumiem, dlaczego ludzie sięgają po narkotyki i alkohol. A jeśli dodatkowo masz skłonności do nałogów, to przekichane. I powtórzę, nikt nie zatrzyma świata dla nikogo, jeśli w grę wchodzą pieniądze. To w końcu biznes i praca, którą trzeba wykonać. Nie zachęcam do bycia muzykiem, prawda? (śmiech)

To nienajlepsza reklama, ale już poprzednim razem rozmawialiśmy o zakładaniu zespołu w dzisiejszych czasach, prawda?

Masz rację, rozmawialiśmy. Nie mówię, że taki styl życia jest zły. Pozytywnym aspektem jest na pewno nagrywanie i bycie kreatywnym. Wszystko ma jednak swoje dobre i złe strony, w tym wypadku niepokój przed trasą koncertową. Dopóki nie pojedziesz i jej nie przeżyjesz, nie będziesz wiedzieć, jak się skończy. Jak ze wszystkim w życiu.