Tęskno – “Mi” [recenzja]
» » Tęskno – “Mi” [recenzja]

Tęskno – “Mi” [recenzja]

Kategoria: Recenzje | 0
Dwanaście utworów o tęsknocie za tym czego już nie ma, a może nigdy nie było. Brzmi jak zapowiedź najlepszej płyty tej jesieni. Tęskno, czyli nowy muzyczny projekt Hani Raniszewskiej i Joanny Longić, prezentuje swój debiutancki album pt. „Mi”.

Nie jestem stały w uczuciach. Czerpię przyjemność z krótkich, lecz intensywnych zauroczeń. Takiego problemu nie mają za to polscy słuchacze. Ci nadal kupują płyty tych samych wykonawców, mimo że ich ostatnie dokonania są delikatnie mówiąc – beznadziejne. Nie będę zagłębiał się w szczegóły. Popatrzcie kto w ostatnim czasie odnosi sukcesy na OLiS, a wszystko stanie się jasne. Mam wrażenie, że po kilkuletnim, dobrym okresie w polskiej muzyce popularnej, powraca pojęcie „niewybrednego odbiorcy”, któremu sprzedaje się produkt czekoladopodobny w ładnym opakowaniu. Że też ludzie się na to nabierają… nie wypada jednak pozostawiać problemu, bez próby jego rozwiązania. Mam dla was płytę, po której przesłuchaniu będziecie musieli wystawić płyty tych pożal się Boże „artystów” na olx’ie. Co to takiego? Oczywiście świeżutki, wydany nakładem PIAS’a, debiutancki album grupy Tęskno pt. „Mi”.

Jeżeli oczekujecie wielkiej megaprodukcji wypełnionej hitami jesieni to już teraz możecie kliknąć czerwony krzyżyk po prawej stronie ekranu (chyba, że czytacie to na smartfonie, wtedy musicie poradzić sobie inaczej). „Mi” to rzecz z pozoru prosta, jednak nie łatwa. Na pewno nie dla wszystkich. To emocjonalny materiał, bez grama ściemy. Czysty przekaz płynący prosto z serca. Tęskno to dwie cudowne istoty – Hania Rani, którą z pewnością kojarzycie ze wspólnego projektu z Dobrawą Czocher, poświęconego twórczości Grzegorza Ciechowskiego oraz Joanna Longić, znana niektórym jako Bemine, artystka której kibicuję już od kilku ładnych lat, jednak dopiero teraz kompletnie powaliła mnie na łopatki… ale o tym za chwilę. Ponadto dziewczyny wspiera kwintet smyczkowy w składzie Kornelia Grądzka, Paulina Kusa, Mateusz Wasiucionek, Zuzanna Stradowska i Staszek Czyżewski. Wypadałoby powiedzieć jak radzą sobie podczas koncertów, ale nie miałem jeszcze okazji tego sprawdzić. To znaczy okazja była podczas tegorocznego OFF Festivalu w Katowicach, jednak ostatecznie występ się nie odbył, bo Hania się rozchorowała. Ale znam szczęściarzy, którzy sprawdzili już Tęskno w wydaniu live i znaczna większość z nich jest raczej zachwycona. Także trzeba sprawdzić, ale póki co posłuchajmy płyty.

 

Zacznijmy od początku. Ile z zaplanowanych na dzisiaj czynności udało się wam już wykonać? Ja dla przykładu nie zrobiłem absolutnie nic poza napisaniem tej recenzji. Człowiek pracuje cały tydzień, należy mu się chyba chwila wolnego… guzik! Mógłbym w tym czasie pójść na ostatni w tym roku spacer przed zamknięciem sezonu górskiego, albo przynajmniej coś poczytać, dowiedzieć się czegoś ciekawego o świecie. O tym właśnie jest „Wymówka”, wszak odwlekając obowiązki na plan dalszy wcale nie będziemy bliżej sukcesu. Także kochani, bierzemy się w garść! Dużo na tej płycie hipnotyzujących melodii, za co wielkie brawa należą się przede wszystkim Hani. Dobrym przykładem jest motyw z utworu „Łeb”, dla którego według mojego Lasta, zapętlałem ten kawałek już 37 razy. To samo dotyczy utworu „Mapa”, takiego hymnu marzycieli co to lubią wymykać się utartym schematom i podążają własnymi ścieżkami. Bez mapy, bez wskazówek, za to z fantazją. Urzeka mnie singlowe, pełne przestrzeni  „Razem”. Duża w tym zasługa Duita, z którym mam od dłuższego czasu pewien problem. Nie trafia do mnie znakomita część jego twórczości, jednak koleś ma na koncie kilka wgniatających w fotel perełek. „Razem” jest zdecydowanie jedną z nich. Dużo zdziałała tu  również Asia, która jeszcze jako Bemine udowadniała, że sztukę serwowania słuchaczom emocji za pomocą strun głosowych ma opanowaną do perfekcji. Ale to co zrobiła w tym kawałku przechodzi ludzkie pojęcie. I to w najbardziej pochlebnym tego zwrotu znaczeniu. Tym, którzy tęsknią za naturalnością brzmienia Domowych Melodii polecam piosenkę „Uszy”. Świadomy minimalizm w czystej formie. Nic dodać, nic ująć. Tylko się rozkoszować. Moim faworytem z całego zestawu jest chyba „Mięsień”. Jedna z tych piosenek, gdzie tekst perfekcyjnie klei się z melodią i płynie… a to co dzieje się w okolicach minuty 2:42 uważam za jeden z najpiękniejszych muzycznych momentów w tym roku. Na koniec idealne zwieńczenie w postaci „Układu sił”, który wbrew tytułowi nie ma wiele wspólnego z wydanym w 1983 roku singlem Republiki. No może poza tym, że to też genialny kawałek.

 

Żeby nie było tak mdliście słodko, na przestrzeni albumu jest kilka potknięć. Nie jestem fanem „Kombinacji”, które nie trafiają do mnie ani pod względem melodycznym, ani tekstowym. Ot nudna, ciągnąca się przez niemal cztery i pół minuty kompozycja. Poza tym jest tu kilka kawałków, o które można by spokojnie skrócić tę płytę. Mam na myśli „Z chaosu”, „Zwyczajną” i „Lawinę”, bo te zdają się pełnić rolę zwykłych wypełniaczy czasu. Poza tym brak bardziej konkretnych zastrzeżeń, choć i te są bardzo subiektywne.

Podoba mi się ten projekt. Nie mam poczucia, że ktoś chce mi sprzedać coś wbrew swoim przekonaniom, bo jest to rzecz, która najwięcej radochy sprawia samym twórcom. I tak powinno być. Bo o ile publiczność jest ważna, to jednak świadomość, że robi się coś dobrego powinna być najważniejsza. Poza tym to muzyka, która nie idzie z prądem. Wręcz przeciwnie i to jest jej największy atut. Za rok, dwa czy nawet dziesięć lat będzie brzmiała równie dobrze, bo nie jest napiętnowana przez obecne trendy. Wydaje mi się, że to dobry początek. Otwarcie pięknej historii na kartach opowieści o polskiej muzyce alternatywnej. Nie pozostaje więc nic innego jak trzymać kciuki za jej ciąg dalszy.