The Dumplings – “Raj” [recenzja]
» » The Dumplings – “Raj” [recenzja]

The Dumplings – “Raj” [recenzja]

Kategoria: Recenzje | 0
Pierogi wracają! Tym razem prezentują swoje najnowsze dzieło, czyli album pod tytułem “Raj”. Materiał, który zrywa z dotychczasową stylistyką zespołu, zostawiając im przestrzeń potrzebną do ciągłego rozwoju. Już niedługo ruszą w trasę promującą swoje trzecie wydawnictwo, nim jednak zawitają do waszego miasta, zapoznajcie się z naszą recenzją tego krążka.

Duet The Dumplings pojawił się na polskiej scenie ledwie kilka lat temu, a ja mam wrażenie jakby gościli tutaj już drugą dekadę. Justyna jest głosem swojego pokolenia, Kuba to górna półka pośród polskich producentów. Razem są najbardziej jakościowym połączeniem na naszym rynku muzycznym. Wystartowali z wysokiego C, albumem definiującym naówczas rozwijający się w naszym kraju nurt electropopu. Swoją pozycję przypieczętowali wydanym rok później materiałem z płyty “Sea You Later”, dojrzalszym i bardziej dosadnym względem poprzedniczki. Ogromnym atutem okazały się również koncerty duetu, które z czasem wyewoluowały w wielkie przedsięwzięcia zrealizowane przy udziale orkiestry. Na nowe wydawnictwo przyszło nam czekać trzy lata. Nic więc dziwnego, że o jej premierze mówi się w kategoriach ważnego wydarzenia. Każdy z nas posiada lub dopiero marzy o tym by mieć swój “Raj”. Jak wygląda ten należący do Justyny i Kuby? Zapraszam do lektury.

Można powiedzieć, że “Raj” jest otwarciem kolejnego rozdziału w historii zespołu The Dumplings. Bo o ile “No Bad Days” i “Sea You Later” mają między sobą wiele wspólnych mianowników, tak nowy materiał stawia konkretną granicę między tym co było kiedyś, a tym co mamy teraz. Po pierwsze – warstwa liryczna. Wszystkie teksty utworów znajdujących się na płycie zostały napisane w języku polskim. To było zresztą do przewidzenia, gdyż dotychczas utwory w języku ojczystym spotykały się z największym entuzjazmem słuchaczy. Poza tym w znacznej większości to właśnie one były wybierane jako single. Odnoszę wrażenie, że umiejętności tekściarskie Justyny uległy znaczącej poprawie. Postanowiłem sprawdzić we wkładce czy ktoś z zewnątrz maczał w tym swoje palce, ale poza naturalną obecnością Kuby Karasia, nie widzę tutaj nikogo innego. Kubie również należą się ukłony za brzmienie tej płyty, specyficzną kreację dialogu między dźwiękami lat 80., a współczesnością. Nasz własny, polski Jamie xx.

 

Chodzicie do kina czy raczej preferujecie spontaniczne seanse w towarzystwie Netflixa? Dzisiaj każdy jest na bieżąco z filmowymi trendami. System jednak się nie zmienił, bo nadal najlepiej sprzedaje się kontrowersja. Wszystko co oburza, porusza, pozostawia po sobie ślad. Nadal jednak nie jesteśmy wrażliwi na cudzą krzywdę, na to że gdzieś tam po drugiej stronie globu, ktoś umiera z głodu. O tym opowiada Kino, na poziomie idei przypominający mi utwór “Kością” z ostatniego albumu Patricka The Pana. Następnie mamy tytułowy Raj, swoim klipem puszczający oko w stronę debiutanckiej powieści Williama Whartona pt. “Ptasiek”. Synthpopowy kawałek w klimatach około depeszowych, opowiadający o poszukiwaniu własnego miejsca we wszechświecie, tak jak ten Ptasiek, któremu najlepiej było przecież w gołębniku. Teksty na nowej płycie są bardzo plastyczne, przywołują na myśl konkretne obrazy. Dzięki temu każda z piosenek ma swój niepowtarzalny teledysk, który siłą wyobraźni może odtworzyć każdy z nas. Dobrym przykładem jest utwór Deszcz. Najlepsza zabawa czeka was wtedy, gdy zinterpretujecie go sobie sami. Wbrew tytułowi nie musi to być piosenka o najzwyklejszym w świecie deszczu. To zależy tylko od was. Podobnie jak w przypadku poprzednich płyt, Justyna swym głosem porusza w słuchaczu najgłębiej schowane emocje, wszystko to czego się wstydzimy, lecz na co dzień nie umiemy się do tego przyznać. Przychodzi czas na takie utwory jak Przykro mi czy Tam gdzie jest nudno, ale gdzie będziemy szczęśliwi, a ja siedzę jak zamurowany, bo zaczynam się z tymi historiami utożsamiać. Na koniec mój ulubiony utwór na płycie, czyli Frank. Lekki, taneczny kawałek kojarzący mi się z twórczością Moniki Brodki. Mam wrażenie, że słyszałem go już wcześniej w wykonaniu z orkiestrą, ale dopiero teraz w elektronicznym anturażu trafia do mnie jakoś bardziej. Urzeka mnie jego prostota, flashback zakończonych już niemal miesiąc temu wakacji. Oj tęskno mi, tęskno…

Miło patrzeć jak oni pięknie dorastają. Od młodych, niewinnych dzieciaków, które nagle pojawiły się w popularnym, internetowym show, do pełnowymiarowych artystów, będących w szczytowym okresie swojej twórczości. Wszystkie z czasem wprowadzane zmiany, ewolucje, wszystko to okazuje się być strzałem w dziesiątkę! Kolejna płyta, wobec której trudno przejść obojętnie. Porusza, jednocześnie dając słuchaczowi wiele satysfakcji oraz melodii, które na długo pozostają w pamięci.