OFF Festival 2018 [relacja]
» » OFF Festival 2018 [relacja]

OFF Festival 2018 [relacja]

Kategoria: Relacje | 0
Za nami trzynasta edycja OFF Festivalu, najważniejszej polskiej imprezy promującej szeroko pojętą muzykę niezależną. W ciągu trzech dni na terenie katowickiej Doliny Trzech Stawów wystąpili najznakomitsi artyści ze świata alternatywy. Oczywiście nie mogło nas tam zabraknąć, a wszystko to by przedstawić wam esencję tego wydarzenia.

Od kilku dobrych lat uczestniczę w letnich festiwalach muzycznych. Można więc powiedzieć, że w przypadku niektórych z nich jestem już stałym bywalcem. Istnieje jednak spora lista wydarzeń, których nie miałem jeszcze okazji doświadczyć. Do tej pory na liście widniał OFF Festival, w chwili obecnej chyba najważniejsza polska impreza dla wielbicieli muzyki niezależnej. Gdyby nie cudowny zbieg okoliczności to z całą pewnością byłby to kolejny rok bez wrażeń przywiezionych z katowickiego festiwalu. Życie jednak lubi płatać figle i daje czasem zielone światło na odrobinę szaleństwa. Przytrafiło mi się kilka dni wolnego, no a poza tym nie miałem większego problemu ze znalezieniem towarzyszki doli i niedoli. Nic więc nie stało na przeszkodzie, by wreszcie wybrać się na tego wyidealizowanego przez wielu moich znajomych i nieznajomych Offa. Ważnym argumentem był przede wszystkim line up, wszak gdyby muzyka grała drugorzędną rolę, to wybrałbym się na w pełni darmowego Pol’and’Rocka czy inny Autodrajwer (kto ma wiedzieć, ten wie). Szczęśliwie OFF Festival słynie ze znakomitej selekcji artystów, w tym roku serwując nam między innymi wyczekiwane przeze mnie od dłuższego czasu koncerty Mosesa Sumneya, Aurory czy Ariela Pinka.

Jak już wspominałem czynnikiem decydującym o tym czy wybiorę się na dany festiwal jest line up. I choć w przypadku tego akurat wydarzenia brzmi to dość przewrotnie, to zawsze muszę mieć jakiś punkt odniesienia. Tych kilku wykonawców, którzy sprawiają, że podczas słuchania ich utworów myślę sobie “muszę zobaczyć to na żywo”. Jak pewnie znakomita większość uczestników festiwalu, poświęciłem sporo czasu na zaznajomienie się z muzyką artystów, którzy zostali zapowiedzeni na ten rok. Choć muszę przyznać, że niektórzy wykonawcy jak Moses Sumney, Ariel Pink czy Aurora byli przeze mnie wyczekiwani od dłuższego czasu. Jest jednak dość spora grupa artystów, których twórczość poznałem odsłuchując piosenki w internecie. Dobrym przykładem jest zespół The Como Mamas, chociaż do ich występu byłem średnio przekonany. Czarnoskóre, starsze panie w wieku mojej babci, poruszające się w estetyce gospel. Nie brzmi jak najlepsza rekomendacja, ale musicie uwierzyć mi na słowo, że był to jeden z najlepszych koncertów na przestrzeni festiwalu! A już z pewnością najlepszy koncert pierwszego dnia. Energiczny, szalony, pełen spontaniczności występ. Zupełne przeciwieństwo tego co wydarzyło się dwie godziny później na Scenie Miasta Muzyki. Od razu chciałbym przeprosić tych, którzy za namową mojego przeglądu najciekawszych artystów OFF Festival 2018, wybrali się na M.I.A., wszak był to najbardziej rozczarowujący punkt tegorocznej edycji imprezy. Występ, w który wierzyłem bezgranicznie, choć wielu mówiło, że każdy z poprzednich przyjazdów artystki do kraju nad Wisłą, kończył się fiaskiem. Koncert M.I.A. był widowiskowy, tego jej odmówić nie można. Specjalnie przygotowana na okoliczność występu scena, przepiękne kreacje sceniczne, tancerki rozrzucające kwiaty, ciekawa choreografia… ale co z tego, skoro muzycznie była to porażka na całej lini. Tak, zauważyłem, że artystka miała problem z odsłuchem, ale jeśli był to problem na tyle poważny, że przeszkadzał jej w prawidłowym prowadzeniu koncertu, można było zrobić krótką przerwę techniczną. Dwie-trzy minuty nie zrobiłyby większej różnicy, a może odbiór koncertu byłby znacznie lepszy. Jednak przybliżam się do opinii, że M.I.A. po prostu nie umie w występy na żywo. Zetknąłem się z opinią, że według niektórych koncert Ariela Pinka był równie nieudany, a już z pewnością jego DJ Set na Scenie Experymentalnej, zakończony po ledwie kilkunastu minutach. DJ Set mnie ominął, lecz musi tu być coś na rzeczy, sam koncert zaliczam jednak do bardzo udanych. Niedyspozycja artysty była widoczna gołym okiem, Ariel wyglądał jak w poniedziałek po bardzo udanym weekendzie (czytaj: jakby zabalował), mimo to wystąpił. O dziwo sam Ariel Pink nie był najjaśniejszym punktem tego koncertu. Słowa uznania należą się gitarzyście z jego zespołu – Donowi Bollesowi. Połączenie Alice’a Coopera i Jana Borysewicza, rasowa gwiazda rocka, pierwszorzędny hypeman odwracający uwagę od pozbawionego formy lidera. I o ile wizualnie odurzony Ariel Pink raczej rozczarowywał, tak muzycznie nie jestem w stanie mu nic zarzucić. Pod tym względem dał z siebie 150%, zresztą rozmawiamy o jednej z najważniejszych postaci światowej muzyki niezależnej.

 

Najlepszym koncertem tegorocznej edycji był zdecydowanie sobotni występ Aurory. To chyba najbardziej urocza osoba jaką miałem okazję widzieć na żywo. Między piosenkami – niewinna, lekko wystraszona kobitka o piskliwym głosie siedmiolatki. W trakcie wykonywania utworu – pełnowymiarowa artystka, najpiękniej lśniąca gwiazda układu słonecznego, obdarzona olbrzymim talentem – magicznym i potężnym wokalem. Oglądałem jej koncert tak jakbym był pod wpływem hipnozy, niesamowite przeżycie. Wpatrywałem się w jej postać, niczym dziecko przylepiające wzrok do baletnicy poruszającej się dzięki nakręcanej pozytwce. Nie mogę doczekać się styczniowego koncertu w stolicy, podczas którego powinniśmy usłyszeć kilka nowych piosenek, wszak artystka pracuje nad swoją drugą płytą. Drugie miejsce na podium należy do Mosesa Sumneya, którego karierę śledzę odkąd w internecie pojawił się klip do utworu “Lonely World”, który nieco później ukazał się na jego pierwszym długograju, zatytułowanym “Aromanticism”. Tym milej było uczestniczyć w jego pierwszym koncercie w naszym kraju. Polska publika nie zawiodła i widać było, że Moses był zadowolony z odbioru jego twórczości. Moment, w którym artysta postanowił wyjść bliżej publiczności zapamiętam już chyba do końca moich dni, w końcu byłem jednym ze szczęśliwców, których Moses złapał za rękę. Wiadomo, że nie jest to jeszcze poziom dyrygowania słuchaczem na poziomie Nicka Cave’a, ale było równie sympatycznie. Nie mogę się doczekać jego powrotu do Polski. Trzymam za niego kciuki, bo widać tu predyspozycje na wielkiego artystę. Jeśli chodzi o koncerty rodzimych wykonawców, najlepiej bawiłem się na Hańbie. Jak dotąd styczność z ich muzyką miałem jedynie za pomocą internetu, jednak największą siłą tego składu są koncerty. Narracja typu “Jesteśmy w roku 1935, faszyści powoli dochodzą do władzy…” pomaga w zrozumieniu sedna utworów. Poza tym koncerty Hańby to świetna zabawa, możemy wyobrazić sobie, że punk rock tak naprawdę powstał w przedwojennej Polsce na początku lat 30., a podstawowymi instrumentami wiodącymi w tej muzyce są cyja, patelenka, patyk i basidło. Polecam wszystkim, lubującym się w nietypowych projektach promujących naszą polską tradycję.

 

OFF Festival to miejsce, które uświadomiło mi, że lubię tańczyć. Oczywiście przywołam występ, który podobał się chyba wszystkim, choć ciężko traktować go jako koncert sensu stricto. Big Freedia wyszedł/wyszła poza wszelkie schematy muzycznego spotkania. To była jedna wielka impreza! Cała publiczność zebrana na Scenie Leśnej poruszała się do utworów powstałych na samplach takich artystów jak Rihanna, Beyonce, Michael Jackson czy Adele. I choć w sporej mierze występ pod względem muzycznym przypominał imprezę karaoke, to nie ten aspekt był najważniejszy. Najważniejsza była energia, którą Big Freedia oddawał/oddawała ze sceny. Drag Queen i jego/jej tancerze wręcz wymuszali w człowieku chęć do tańca. Znakomitą zabawę zapewnili nam również Bass Astral x Igo ze swoim stałym, energetycznym setem koncertowym z autorską wersją klasycznego “Would” na czele. Ludzie pod sceną jak zwykle w transie i choć godzina była bardzo młoda, nikomu to zbytnio nie przeszkadzało. Igor Walaszek posiada wrodzony talent do rozkręcania swojej publiki. Łapie ich w sidła i zaprasza na najlepszą imprezę życia. Podobnych odczuć oczekiwałem od koncertu Min T, który ostatecznie był bardzo poprawny, jednak nie jest to odpowiednia muzyka na godzinę 15:30. Zamiast nabrać energii na kolejne koncerty, poszedłem posiedzieć w Kawiarni Literackiej nad kawałkiem bardzo dobrego ciasta. Jak zwykle OFF jest bardzo atrakcyjną imprezą dla fanów wyszukanej muzyki gitarowej. Pytanie na jakim innym festiwalu występują jednocześnie takie kultowe kapele jak OXBOW, Unsane czy Trail of Dead? Na ten moment nie widzę konkurencji. Wychowała mnie kultura punkowa, więc jestem z tej grupy ludzi co raczej skacze podczas koncertów. A najlepiej skakało mi się podczas występu Japończyków z Bo Ningen. Wspaniałe show, które najtrafniej opisują słowa mojej redakcyjnej koleżanki Kasi Wróblewskiej – “idealny pod każdym względem występ”. Zawiodłem się za to na naszych rodzimych reprezentantach sceny black metalowej – grupie Furia, której utwory brzmiały jak covery wczesnych przebojów zespołu Genesis, odegranych w odpowiednio zmniejszonej prędkości. Chyba drugie największe rozczarowanie zaraz po M.I.A., bo człowiek liczy na mocne uderzenie, a tu całkiem przyjemny materiał, jak kompakty z kosza po 9,99 zł stojącego na stacji benzynowej. Zakończmy jednak pozytywnym akcentem, na scenie wyglądali zdecydowanie lepiej niż Genesis w połowie lat siedemdziesiątych. Zastanowiłbym się jednak nad zmianą repertuaru na Kiss czy może nasze rodzime Turbo, bo na ten moment niezbyt mnie to przekonuje.

W ogólnym rozrachunku z Katowic przywiozłem tylko dobre wspomnienia, bo wreszcie odkryłem swoje miejsce we wszechświecie. Od mojego powrotu z Offa minął właśnie równy tydzień, a ja nadal zastanawiam się jak tu żyć. Wstaję rano i nie budzi mnie gorąc płonącego od słońca namiotu, do prysznica nie ma kolejki ludzi, z którymi mogłem wymienić opinie na temat wczorajszych koncertów, a oferta gastronomiczna pobliskich jadłodajni prezentuje się bardzo biednie w obliczu festiwalowych food trucków. Pociesza mnie tylko perspektywa, że już za rok będę mógł powrócić tam w celu kolejnych muzycznych odkryć i przeżycia kilku wspaniałych chwil wśród ludzi, którzy czują podobnie jak ja.