Wrocławski przystanek trasy Męskiego Grania 2018 [relacja]
» » Wrocławski przystanek trasy Męskiego Grania 2018 [relacja]

Wrocławski przystanek trasy Męskiego Grania 2018 [relacja]

Kategoria: Relacje | 0
W zeszły weekend trasa Męskiego Grania zawitała w mieście stu mostów. Licznie zgromadzona na wrocławskiej pergoli publiczność uczestniczyła w koncertach czołowych artystów polskiej sceny muzycznej. Osiem godzin, jedenaście występów, w tym jeden niepowtarzalny koncert Orkiestry Męskiego Grania z Krzysztofem Zalewskim, Dawidem Podsiadło i Kortezem na czele. W wydarzeniu uczestniczyła reprezentacja naszego portalu, stąd przygotowana specjalnie dla was relacja z sobotniej imprezy.

Męskie Granie jak co roku wyrusza z pełną muzycznych atrakcji trasą koncertową. Tym razem wybraliśmy się do Wrocławia, by doświadczyć dawkę pozytywnych emocji, koncertowych wrażeń i niepowtarzalnych artystycznych doświadczeń (a tych tym razem było co niemiara). Pogoda jak na zamówienie oraz jedna z moich ulubionych koncertowych lokacji, wszak mówimy o pełnej uroku pergoli, znajdującej się nieopodal Hali Stulecia. Czy mogło być lepiej? Myślę, że tak, lecz przecież nie jest to wina organizatorów. Zaraz po przebudzeniu dotarła do mnie wiadomość o śmierci Kory, która bez wątpienia była jedną z ikon polskiej sceny muzycznej. Nie miałem nigdy okazji, by zamienić z nią chociaż kilka słów, a jednak strata była dla mnie bardzo bolesna. W końcu mowa o artystce, której piosenki są nieodłączną częścią ścieżki muzycznej mojego życia. Pomyślałem jednak, że przecież Kora była artystką, która stawiała na ucieczkę od sztywnych schematów, dlatego i ja powinienem uczcić jej pamięć w sposób niestandardowy. Zamiast popłakiwania nad płytami, wybrałem dobrą zabawę wśród ludzi, dla których poranna wiadomość była równie szokująca. Wiedziałem, że w taki sposób znacznie łatwiej będzie mi znieść tę niewątpliwie ogromną stratę.

Gdy na zegarku wybiła godz. 17.00, na scenie pojawił się Piotr Stelmach, który przywitał wszystkich zebranych. Oczywiście z tradycji stała się zadość, więc pierwszy koncert oglądało zaledwie kilkadziesiąt osób. To akurat już standard jeśli chodzi o Męskie Granie. Gdy przypomnę sobie zeszłoroczny koncert Kamp! to sytuacja była identyczna. Tym razem wrocławski przystanek otworzyła długo niewidziana przeze mnie grupa L.Stadt. Panowie zaprezentowali kilka premierowych kawałków zwiastujących ich nową, utrzymaną w rock n’ rollowym klimacie płytę (której już nie mogę się doczekać!), ale przede wszystkim był to set oparty na piosenkach z ich ostatniego albumu “L.Story”. Jak już wspominałem, dość długo nie uczestniczyłem w koncertach tego zespołu, więc było to moje pierwsze zetknięcie z tym materiałem w wersji live. Trzeba przyznać, że w porównaniu do płyty, utwory z “L.Story” nabierają ciekawego, eksperymentalnego wyrazu. Momentami przypominało mi to koncerty grupy Radiohead, podczas których dobrze znane piosenki, otrzymują zupełnie nowe oblicze dzięki improwizacjom Johnny’ego Greenwooda. Niespodzianką okazał się gościnny występ pana Andrzeja Zielińskiego, który wykonał z L.Stadt utwór “Oczy kamienic” oraz przebój swojej macierzystej grupy Skaldowie pt. “Od wschodu do zachodu słońca”. Wspaniała współpraca dwóch pokoleń polskiej muzyki rockowej.

 

Jak już wspominałem podczas pierwszych koncertów na Męskim Graniu przestrzeń pod sceną zwykle świeci pustkami. Tym razem byłem bliski zaskoczenia, gdy zauważyłem tak liczne zainteresowanie drugim koncertem. No, ale przecież mowa o koncercie duetu The Dumplings, który po raz przedostatni zaprezentował się w towarzystwie orkiestry. Bardzo dobrze pamiętam pierwszy koncert pierożków w takim wydaniu, tym bardziej jest mi przykro, że to już koniec orkiestrowego projektu. Podobnie jak w przypadku L.Stadt, zespół zaprezentował zajawkę muzyki, którą usłyszymy na zapowiedzianej na tę jesień płycie. Jak dla mnie bomba! The Dumplings bardzo się rozwinęli od czasów wydanej w 2015 roku płyty “Sea You Later”, co słychać zarówno w warstwie dźwiękowej, jak i lirycznej (przypominam, że nadchodząca płyta będzie w całości w języku polskim!). Mam nadzieję, że nowa płyta oderwie im w końcu uciążliwą łatkę “dzieciaków tworzących fajną muzykę”. Następnie scenę przejęła Natalia Przybysz, która zaprezentowała przekrój materiału ze swoich dwóch ostatnich płyt – “Światło nocne” i “Prąd”. Zdecydowaną rewelacją było wykonanie utworu “Dzieci malarzy”, który wokalistka zaśpiewała wraz ze swoimi rodzicami. Wspaniały familijny obrazek pełen miłości, spontaniczności i frajdy ze wspólnego grania. Przede wszystkim warto pochwalić zdolności wokalne pani Anny Przybysz! Teraz już wiem po kim Sistars odziedziczyły swój wielki talent. Nie zapominajmy jednak, że Natalia Przybysz zaprosiła na scenę jeszcze jednego gościa. Artystka wykonała utwór “Przeze mnie” w towarzystwie Wojciecha Waglewskiego, który nadał piosence charakterystycznej dla siebie wrażliwości.

 

O godz. 19.50 uruchomiono Scenę Ż, na której jako pierwszy zaprezentował się zespół Sonbird. Podczas dwudziestominutowego koncertu, chłopaki zaprezentowali piosenki ze swojej wydanej niedawno EP-ki oraz dwie premierowe kompozycje, które znajdą się na ich nadchodzącym długograju. Łącznie pięć piosenek, które idealnie oddają ducha współczesnej muzyki gitarowej. Zaraz po nich na głównej scenie zaprezentowali się ich bardziej doświadczeni koledzy z zespołu Lao Che. Trochę nie po drodze było mi z ich ostatnią płytą, jednak “Wiedza o społeczeństwie” w wersji live okazuje się nie takim strasznym materiałem. Kluczowym momentem koncertu było dla mnie wykonanie utworu “Govindam”, który po dzień dzisiejszy uważam za jeden z najlepszych kawałków w dyskografii zespołu, choć “Wojenka” z gościnnym udziałem Krzysztofa Zalewskiego również była niczego sobie.

 

Teraz nadszedł moment, w którym powinienem przenieść się na Scenę Ż, jednak nie widziałem możliwości, by się tam dostać. Koncertowi Baranovskiego przyglądałem się więc z daleka i mimo że nie przepadam za utworem “Dym” (dla odmiany tak chętnie katowanym przez polskie stacje radiowe), to pozostałe utwory wydawały mi się całkiem przyjemne. Zdecydowanie lepiej widziałem koncert Kultu, podczas którego mieliśmy okazję usłyszeć piosenki autorstwa ojca Kazika Staszewskiego – Stanisława. Przekrój przebojów z płyt “Tata Kazika” i “Tata 2” okazał się strzałem w dziesiątkę, bo chociaż ostatnie dokonania zespołu są raczej mierne, tak kompozycje pochodzące z tych płyt są nomen omen kultowe. Wystarczyło zresztą popatrzeć na publiczność, wyśpiewującą każde słowo niczym tekst hymnu narodowego. Jestem ciekaw koncertu Kultu podczas OFF Festivalu, wszak na tę okoliczność zespół przygotował materiał ze swojego opus magnum, płyty “Spokojnie”.

 

Najbardziej wyczekiwanym koncertem sobotniego wieczoru był dla mnie występ Dawida Podsiadło, który powrócił na scenę po niemal roku nieobecności. Wokalista udowodnił, że nadal jest pełen energii, by działać na ludzi swoją muzyką. I chociaż większą część koncertu stanowiły dobrze nam znane przeboje, były one utrzymane w zupełnie nowych, tanecznych aranżacjach. Uwaga, czas na kontrowersyjne pytanie – czy były one lepsze od oryginałów? Uwaga, czas na dyplomatyczną odpowiedź – z pewnością były potrzebne. Niektóre utwory zestarzały się już nieco w warstwie brzmieniowej, więc lekkie odświeżenie zrobiło im na dobre. Weźmy na przykład “Nieznajomego”, po którego w oryginalnej wersji nie sięgam już tak chętnie, jak zwykłem to robić pięć lat temu. W nowej wersji znów mógłbym go zapętlać. Warto wspomnieć o premierowym wykonaniu utworu o roboczym tytule “Twój najnowszy klip”, który zapowiada jesienną płytę artysty. W przeciwieństwie do “Małomiasteczkowego”, który był sporą nowością, tym razem jest to piosenka przypominająca wcześniejsze dokonania artysty. Nostalgiczna, niosąca emocjonalny ciężar charakterystyczny dla albumu “Annoyance and Disappointment”, mimo to nie mogę się doczekać, by usłyszeć ją w wersji studyjnej. Stęskniłem się za koncertami Dawida, tym bardziej występ uważam za bardzo udany.

 

Punktem kulminacyjnym był standardowo koncert Orkiestry Męskiego Grania w składzie: Marcin Macuk, Patryk Stawiński, Kuba Staruszkiewicz, Olek Świerkot, Andrzej Markowski oraz trzech tenorów – Krzysztof Zalewski, Dawid Podsiadło i Kortez. Panowie przenieśli nas w pełną wrażeń podróż przez klasyki polskiej muzyki rozrywkowej. Ciekawostką jest, że w porównaniu do poprzednich edycji, większość utworów wykonywanych przez tegoroczną orkiestrę powstało w XXI wieku, stąd obecność piosenek Skubasa, Jamala, Łony czy Marii Peszek. O ile Zalewski i Podsiadło niejednokrotnie bawili się już w MGO, tak dla Korteza był to zupełny debiut. Debiut nie tylko pod względem uczestnictwa w orkiestrze, ale debiut jeśli chodzi w ogóle o coverowanie. Powiem wam, że byłem ciekaw jak mu pójdzie i jestem pełen podziwu. Z pewnością jest to zasługa piosenek jakie przyszło mu wykonywać – “Ostatni” Edyty Bartosiewicz i “Nie mam dla ciebie miłości” wspomnianego wcześniej Skubasa wybrzmiały fenomenalnie. Podobnie jak podczas poprzednich koncertów, tym razem również nie mogło zabraknąć gości specjalnych. Na scenie pojawiły się dwie legendy polskiej muzyki rockowej – Kazik Staszewski, który wykonał utwór “Andrzej Gołota” z repertuaru macierzystej grupy KNŻ oraz Tomasz Budzyński z piosenką “Niezwyciężony” swojej Armii. Zdecydowanie najbardziej magicznym punktem koncertu było wykonanie utworu “Szare miraże” z repertuaru grupy Maanam, oczywiście w pełni zadedykowane Korze. Jak się pewnie domyślacie odbiór piosenki był niesamowity. Do teraz ciężko ubrać mi w słowa tę całą paletę emocji, która towarzyszyła mi podczas tego wykonania.

Na sam koniec organizatorzy postanowili uczcić pamięć Kory, wyświetlając na telebimach teledysk Organka do utworu “Czarna Madonna”. Dla tych, którzy są nie w temacie przypomnę, że w rolę tytułowej czarnej madonny wcieliła się oczywiście Kora. Pamiętam, że gdy pierwszy raz zobaczyłem teledysk autorstwa Jerzego Skolimowskiego, skrytykowałem jego minimalizm, zupełnie nie rozumiałem zachwytów innych ludzi nad przybliżającą się przez niemal siedem minut sylwetką głównej bohaterki. Teraz wpatrywałem się w niego jak w obraz, wszak dzisiaj ten klip nabrał zupełnie innego, symbolicznego znaczenia. Dlatego uwielbiam uczestniczyć w wydarzeniach Męskiego Grania. Za niespotykane nigdzie indziej emocje, doświadczenia, no i przede wszystkim wspaniałe koncerty. Za momenty, które zostaną ze mną już na zawsze.