Sonbird – “Sonbird EP” [recenzja]
» » Sonbird – “Sonbird EP” [recenzja]

Sonbird – “Sonbird EP” [recenzja]

Kategoria: Recenzje | 0
Chciałoby się powiedzieć nareszcie, lecz to przecież tylko przedsmak tego, co czeka nas już niebawem. Pochodzący z Żywca zespół Sonbird, wypuścił swoją pierwszą EP-kę, zwiastującą nadchodzący, debiutancki album studyjny. Jeżeli wszystko pójdzie dobrze, a tak zakłada plan, usłyszymy go jeszcze w tym roku! Nim jednak na stole pojawi się danie główne, przyjrzyjmy się wyglądającej naprawdę apetycznie przystawce.

W ostatnim czasie wśród polskich twórców pojawiła się moda na EP-ki. O ile wśród wykonawców ze środowiska hip-hopowego ten typ wydawnictw miał i ma się całkiem nieźle, tak w szeroko pojętej muzyce popularnej, dopiero staje się czymś bardziej powszechnym. Nie mówię tu o artystach wydających muzykę własnym sumptem, wszak ci w znacznej większości upodobali sobie krótsze formy wyrazu. Chodzi mi raczej o tych, których krążki wydawane są nakładami wytwórni. Na ten moment liderem wśród labeli, które praktykują ten styl promocji swoich podopiecznych, jest z całą pewnością Jazzboy Records, który już od kilku lat zapowiada pełnowymiarowe wydawnictwa, EP-kami mającymi za zadanie zachęcić słuchaczy do zapoznania się z muzyką prezentowaną przez danych wykonawców. Jazzboy posiada w swoim katalogu takowe nagrania autorstwa Korteza, Ani Dąbrowskiej czy Maxa Fiszera. Tym razem przyszła pora na Sonbird, czyli nowy nabytek warszawskiej wytwórni, odświeżający nieco jej dotychczasowe oblicze.

Jak dotąd Jazzboy kojarzył się przede wszystkim z artystami budującymi klimat, wzbudzającymi w słuchaczach charakterystyczny rodzaj emocji, balansujący gdzieś na pograniczu nostalgii i melancholii. Tym razem otrzymujemy materiał znacznie wyróżniający się na tle innych projektów. Sonbird to zespół rockowy, grający muzykę skoczną i energiczną, czego być może nie odzwierciedla pierwszy utwór na płycie, więc na ten moment musicie uwierzyć mi na słowo lub przejść do dwóch następnych tracków. Ja jednak zostanę jeszcze chwilę przy tej piosence. Ląd to najstarszy ze wszystkich kawałków wchodzących w skład EP-ki. Rzecz bardzo emocjonalna, przywołująca na myśl dokonania grup takich jak Coldplay (mam na myśli album “Ghost Stories”), Kings Of Leon (minimalizm brzmieniowy, przypominający mi materiał z płyty “Come Around Sundown”) czy nawet nasz rodzimy Myslovitz (tu raczej bez konkretnego skojarzenia, chodzi o klimat). Podoba mi się sposób w jaki został poprowadzony tekst utworu. To jeden z tych przypadków kiedy słuchając piosenki, siłą wyobraźni powstaje coś na miarę teledysku, który tylko ty jesteś w stanie zobaczyć i choć powstał do tego utworu bardzo ładny klip autorstwa Łukasza Łatanika, chyba zostanę przy swojej indywidualnej wersji.

 

Następny w kolejce mamy utwór pt. Głodny. Kawałek, na który czekałem co najmniej od czasów muchowego “Terroromansu”. Chwytliwy riff, przystępne dla ucha brzmienie, no i przede wszystkim niebanalny tekst. Skoro już padło to porównanie do Much, będę brnął dalej – Wiraszko nie powstydziłby się takiej kompozycji. Jeżeli “Najważniejszy dzień” był symbolem polskiego indie rocka pierwszej dekady XXI wieku, tak “Głodny” jest symbolem tego co teraz dzieje się na scenie polskiego rocka alternatywnego. Czasami mam wrażenie, że Sonbird to zespół wyjęty z zupełnie innej bajki. Mamy rok 2018, schyłek dominacji electropopu w głównym nurcie, a tu pojawia się garstka chłopaków, która chce namieszać na scenie grając muzykę gitarową. I najlepsze, że wychodzi im to jak do tej pory znakomicie. Ich siłą jest to, że wyróżniają się pośród grupy wzajemnie kopiujących się klonów, idąc wytyczoną wyłącznie przez siebie drogą.

Trzecią propozycją jest Hel, czyli idealny przebój trwających właśnie wakacji. Ostatnio dość często zdarza mi się podróżować. A to przytrafi się jakiś wyjazd festiwalowy, a to wypadnie coś w sprawie prywatnej. Ogólnie długie godziny spędzone w wagonie pociągu. Umilam sobie czas różną muzyką, jednak moim numerem jeden jest w tej chwili “Hel”. Idealny utwór z serii “A może by tak to wszystko rzucić i pojechać… nad morze!”. Nie ma tu skomplikowanych progresji akordów, nietypowej skali… najprostszy na świecie kawałek, a mimo to urzekający. Z drugiej strony czy to właśnie te z pozoru najbardziej banalne piosenki nie zostają z nami na lata, niczym nigdy nie skalane kurzem piosenki grupy The Beatles?

 

Na koniec zostały nam jeszcze dwa bonusy. Pierwszy z nich to wykonanie “Lądu” pochodzące z tegorocznej OFF Sesji. Moim zdaniem jeszcze lepsze niż oryginał! W ogóle Sonbird to jeden z tych zespołów, które na żywo brzmią jeszcze lepiej niż na płycie. Zdecydowanie warto doświadczyć ich muzykę w takim wydaniu, no ale jeżeli niewystarczająco was przekonałem, to może przekona was fakt, że podczas koncertów grają kawałki, które ukażą się dopiero na ich debiutanckim długograju i będziecie mogli się pochwalić znajomym, że wy to już znacie te utwory na pamięć. Wróćmy jednak do płyty i do zamykającego ją remixu “Głodnego”. Gdyby kogoś z was dopadła rozkmina jak mógłby brzmieć kawałek Sonbirda, gdyby wykonał go duet The Dumplings, myślę, że brzmiałoby to mniej więcej tak. Zostaję jednak przy wersji podstawowej, choć pewnie się nie znam i znając życie taka wersja podbije europejskie kluby nocne.

Tak prezentuje się zawartość najnowszego wydawnictwa od Sonbird. Czy mój apetyt na pełnowymiarowy album został podsycony? Odpowiedź brzmi: – tak! Nie mogę się już doczekać, aż znajdzie się on w moim posiadaniu. Podobno najstarsi Indianie nie wiedzą, kiedy spodziewać się premiery tego krążka. Miejmy nadzieję, że wydarzy się to już niebawem, a tymczasem pozostaje nam wybrać się na któryś z ich letnich koncertów. Na szczęście zespół występuje w tym roku podczas kilku ważnych muzycznych wydarzeń, więc prawdopodobnie gdzieś przypadkiem na nich natraficie i przypomnicie sobie, że bardzo ich w tym wydaniu polecam.