Trasa Męskie Granie 2018 wystartowała! [relacja]
» » Trasa Męskie Granie 2018 wystartowała! [relacja]

Trasa Męskie Granie 2018 wystartowała! [relacja]

Za nami pierwszy przystanek na tegorocznej trasie Męskie Granie. Poznań był miejscem wielu fantastycznych koncertów i co najważniejsze, jako pierwszy usłyszał repertuar specjalnie przygotowany przez Orkiestrę z Krzysztofem Zalewskiem, Dawidem Podsiadło i Kortezem na czele.

W koncercie trasy Męskie Granie miałam przyjemność uczestniczyć po raz pierwszy. Od lat obserwując formę wydarzenia i opinie na jego temat, z tym większą nadzieją czekałam dnia, kiedy na własnej skórze przekonam się o ich słuszności. Kiedy zostały ogłoszone nazwiska, które zawładną scenami w tym roku, a tym bardziej, kiedy udostępniony został utwór promujący, wiedziałam, że w tym roku muszę to usłyszeć na żywo. Po kilku latach powstały singiel wzbudził moją ciekawość i zwyczajnie wpadł mi w ucho, skutecznie przełamując stylistykę kilku poprzednich lat. Okazało się, że męskie nie jest jedynie głośne i rockowe granie oraz, co ciekawasze, że da się stworzyć utwór łączący ze sobą wrażliwość Korteza, temperament Krzyśka Zalewskiego i przebojowość Dawida Podsiadły. Przyznaję, że najbardziej intrygującą od samego początku wydawała mi się obecność Korteza w tym gronie i to jak jego charakterystyczna stylistyka zostanie wpleciona w całą formułę koncertu. Zanim jednak efekt tejże intrygującej współpracy usłyszeliśmy, na scenie zaprezentowało się grono wspaniałych artystów ze swoim muzycznym materiałem.

 

Jako pierwszy na poznańskiej Cytadeli wystąpił zespół Pogodno. Nigdy wcześniej nie słyszałam go na żywo i przyznaję, że koncert zrobił na mnie świetne wrażenie. W moim odczuciu był bardzo naturalny – widać było, że panowie są po prostu na swoim miejscu – ze sceny płynęła czysta pasja i to muzyka była najważniejsza. Na scenie pojawili się także gościnnie Skubas i Krzysztof Zalewski, którego entuzjazm poniósł w publiczność i stamtąd zagrzewał wszystkie Boże dzieci do tańca. Jako kolejny na scenie zaprezentował się zespół Coma. Muzycy wykonali utwory ze swojego ostatniego albumu, które zgromadziły pod sceną rzesze entuzjastów. Jako gość specjalny podczas występu pojawił się Swiernalis, dopełniając wykonanie Za chwilę przestaniemy świecić oraz Patryk Pietrzak z zespołu Ted Nemeth. Kolejni scenę przejęli Fisz Emade Tworzywo, których kompozycje rozbujały zgromadzony tłum. Muzycy wykonali utwory z niedawno wydanej składanki Numer 1 oraz kilka przebojów z Dronów.

 

Następnym w kolejności był koncert projektu Zalewski śpiewa Niemena, który z każdym moim kolejnym uczestnictwem zdaje mi się brzmieć coraz lepiej i coraz bardziej podoba mi się w luźniejszej plenerowej formie. Podczas występu odbyła się także premiera teledysku do kolejnego singla promującego album – Jednego serca. Po muzycznej podróży w przeszłość w kolejną, tym razem w głąb świata swoich przeżyć i emocji wśród spokojniejszych brzmień zabrał nas Kortez. Artysta kolejny raz chwycił za serca i zupełnie oczarował publiczność. Jako przedostatni tego wieczora zaprezentował się Dawid Podsiadło, który zgromadził pokaźną rzeszę stęsknionych słuchaczy. Artysta zagrał utwory ze swoich dotychczasowych albumów w nowych wersjach, zapowiadających taneczny klimat kolejnego wydawnictwa, oraz przedpremierowy utwór. Coraz bardziej przyznaję wzrasta moja ciekawość brzmieniami, w których stronę podążył. Oprócz występów na scenie główniej pomiędzy nimi na mniejszej scenie odbywały się także krótkie koncerty, określonych przez Piotra Stelmacha, artystów aspirujących – Miro Kępińskiego, Huberta Tasa & The Small Circle, Limboskiego, Barbary Wrońskiej oraz Króla.

 

O północy przyszedł czas na wydarzenie tego wieczoru – koncert tegorocznego składu Męskie Granie Orkiestry. Koncertu, podczas którego pierwszy raz wybrzmiał na żywo Początek. Wyjątkowości dodawała także słodka świadomość nieznajomości przegotowanego przez zespół repertuaru i poznania go jako pierwsi. Występ rozpoczęło oczywiście odegranie singla, któremu wtórował entuzjastyczny śpiew publiczności. Później przyszedł czas na rozwiewanie niepewności i zdradzanie kolejnych tytułów. Artyści sięgnęli po utwory pochodzące z przedziału czasowego od lat 80. do dokładnie 2016 roku, z którego pochodził najnowszy zagrany cover, i są to zdaje się najnowsze utwory, które w ramach festiwalu artyści brali na warsztat. Wybór tych zupełnie niedawno wydanych przysparzał wielu zaskoczeń, kiedy było się w stanie rozpoznać przeboje po kilku pierwszych dźwiękach. Od początku, kiedy zespół zagrał utwór Chłopcy Myslovitz nie obyło się bez wokalnego wsparcia ze strony publiczności. I tak już pozostało do końca. Wspaniale wybrzmiało wykonanie Peronu Jamala, którego refren wokaliści śpiewali wspólnie, a trzeba przyznać, że ich wokale wspaniale ze sobą współbrzmiały. Uwagę przykuło mocne wykonanie przez Krzyśka Sorry Polsko Marii Peszek. Zupełnie w innym już klimacie Nie mam dla ciebie miłości Skubasa wykonał Kortez. Utwór doskonale dopasowany do stylu artysty z jego głosem wywoływał ciarki na skórze. No i ponownie te przepiękne wielogłosowe refreny. Z wykonań Korteza najbardziej poruszył mnie jednak Ostatni Edyty Bartosiewicz, podczas którego wytworzyła się jakaś magia i sama z wzruszenia uroniłam łzę. Jednym z moich ulubieńców koncertu były także Co tak wyje? Łony i Webbera w wersji Dawida i Krzyśka oraz Keskese Nosowskiej wykonane przez Dawida. Podczas koncertu nie zabrakło gości specjalnych – Grandę Brodki wykonała Katarzyna Groniec a Szare miraże Maanamu wraz z Krzyśkiem Maciej Maleńczuk – i to kolejne z moich ulubionych wykonań tego wieczora.

 

Oprócz strony wokalnej należy zwrócić uwagę na stronę instrumentalną, za którą odpowiadali Marcin Macuk, Patryk Stawiński, Kuba Staruszkiewicz, Olek Świerkot i Andrzej Markowski, a ponad to usłyszeliśmy także Korteza na gitarze, puzonie i pianinie oraz Krzyśka na gitarze i perkusji. Podczas całego występu widać było wspaniałą wymianę energii pomiędzy muzykami i wysłyszeć dało się włożone w wykonania serce i pracę. Każdy utwór był odpowiednio dobrany do jego wykonawcy, który przekładał go na swoją muzyczną wrażliwość – dało się wyraźnie odnaleźć temperamenty każdego z wykonawców. Covery były różnorodne, artyści lawirowali pomiędzy spokojniejszymi brzmieniami oraz bardziej energetycznymi i głośniejszymi dźwiękami, ale mimo to całość ze względu na pierwiastek wspólnych wykonawców nie sprawiała wrażenia braku spójności. Mnie ten szeroki zakres stylistyk bardzo się podobał, a wybór utwórów wydał się naturalny – wykonania były efektem przekładania oryginałów na swoje brzmienia, a nie dopasowywania się do jakichś założonych stylistyk. Tym sposobem okazało się, że Kortez którego obecność najbardziej mnie ciekawiła, doskonale odnalazł się w formule koncertu. Materiał sprawiał wrażenie bardzo dobrze przygotowanego i ogranego, co sprzyjało także swobodnej atmosferze na scenie, a tym samym i pod sceną. Koncert wyglądał jakby był po prostu efektem bardzo dobrej współpracy pomiędzy muzykami.

Najmocniejszym elementem i wspaniałym zwińczeniem okazał się być oczywiście Początek zagrany ponownie na bis, który za drugim razem wybrzmiał bardziej energetycznie. Cały wieczór w moim odczuciu podsumował Krzysiek, który powiedział, że chciałby żeby to był jeden z tych momentów dla każdego z nas, kiedy wszystko jest tak jak trzeba, do których można będzie wrócić z myślą, że dla takich chwil warto żyć. I to jest to. W takich koncertach warto uczestniczyć, warto przeżywać, warto ściskać się w tłumie, warto śpiewać głośno jak tylko się da, warto zarywać nocki na podróże i warto odsypiać je potem przez kilka kolejnych dni. A wszystko to dla muzyki.