Taco Hemingway – “Cafe Belga” [recenzja]
» » Taco Hemingway – “Cafe Belga” [recenzja]

Taco Hemingway – “Cafe Belga” [recenzja]

Kategoria: Recenzje | 0
“Tylko że nie chcę szerokiej publiki, im więcej jest fanów, tym więcej sztyletów. Zadają ci ciosy, więc robisz uniki, a życie twe staje się serią piruetów” – to fragment tekstu pochodzącego z utworu “Od zera”, otwierającego wydaną w 2015 roku EP-kę Taco Hemingwaya, zatytułowaną “Umowa o dzieło”. Trzy lata później obawy rapera stały się już rzeczywistością, życie prywatne w stolicy stało się dla niego dość trudne, więc by zaznać trochę spokoju, wyjechał do Brukseli. W efekcie otrzymaliśmy drugi (nie licząc wydanej wspólnie z Quebonafide, płyty “Soma 0,5 mg”) album długogrający w karierze artysty, będący próbą rozliczenia się z ciemną stroną popularności. Przed wami recenzja albumu “Cafe Belga”.

Tym razem trudno mi powiedzieć, że stęskniłem się za twórczością warszawskiego rapera, wszak od wydanej w kwietniu płyty Taconafide minęły ledwie trzy miesiące, a tu już przychodzi mi zmierzyć się z kolejnym wydawnictwem artysty. Tym razem solowym i najbardziej osobistym w jego karierze. Czy w ciągu trzech miesięcy zmieniło się coś w życiu Filipa? Aby odpowiedzieć na to pytanie, musimy cofnąć się jeszcze do “Somy”, a konkretnie do pochodzącego z utworu “Visa” wersu – “Fifi jak świeże powietrze, coraz rzadziej na dworze”. Z dołączonego do fizycznego wydania płyty “Cafe Belga” wywiadu, możemy dowiedzieć się, że po kwietniowym boomie, życie prywatne rapera w polskiej stolicy stało się nie tyle trudne, co niemal niemożliwe. Każde wyjście z domu wiąże się z niezręcznym uczuciem bycia obserwowanym, niczym uczestnik jednego z programów telewizyjnych typu reality show. Głupie zakupy w supermarkecie czy też korzystanie z komunikacji miejskiej stają się problemem, gdyż za każdym razem znajdzie się ktoś, kto poprosi o wspólne zdjęcie czy autograf. Wydaje mi się, że problem jest dużo bardziej powszechny. W jednym z ostatnich wywiadów, Dawid Podsiadło przyznał, że możliwość występowania na scenie nadal sprawia mu wielką frajdę, ponieważ spełnił swoje największe życiowe marzenie, jednak sława sama w sobie jest przereklamowana i przyniosła mu więcej zawodu niż szczęścia. Gdy jest się osobą anonimową, znacznie łatwiej jest czerpać inspirację przebywając wśród ludzi, będąc aktywną tkanką miejskiego organizmu. Właśnie dlatego jednym z poruszanych tematów na przestrzeni dołączonego do płyty wywiadu jest chęć emigracji, gdyż trudno inspirować się Warszawą, kiedy żyje się zamkniętym pośród czterech ścian swojego mieszkania. Być może niedługo Taco opuści Polskę, niczym Gombrowicz, w poszukiwaniu nowych bodźców twórczych. Na razie jednak nagrał płytę, by zwrócić uwagę na niezdrową relację między nim, a fanami.

Album otwiera tytułowe Cafe Belga. Typowy dla Taco opener płyt koncepcyjnych, bo w pewnym sensie “Cafe Belga” tym konceptem jest. Jeżeli jesteście na bieżąco z portalami plotkarskimi, doszukacie się tutaj nawiązań do zmian w sprawach sercowych artysty. Jeżeli jednak macie to tak samo głęboko jak ja, zapewne zainteresuje was informacja, że w 2019 roku, raper (chyba) zrobi sobie przerwę. Niektórym nie podoba się śpiewany refren, jak dla mnie jest naprawdę w porządku. Zresztą nie od dziś wiadomo, że Taco “chce być drugą Nosowską”. Kolejny kawałek wita nas bitem, który przypomina trochę numery z “Somy”. ZTM to utwór o tęsknocie za byciem anonimowym. Za czasami kiedy jeżdżąc metrem to Filip obserwował ludzi, a nie odwrotnie. Szczególnie spodobał mi się wers “tyle żółci w tych żółtych busach, wszystko żółte jak Coldplay”, który bardzo trafnie odwołuje się do leciwego już kawałka tej brytyjskiej kapeli, pt. “Yellow”. Wydaje mi się jednak, że z tej samej płyty pochodzi dużo bardziej adekwatny sytuacyjnie kawałek, czyli “Don’t Panic”, w którym Chris Martin ironicznie wyśpiewywał, że świat, w którym przyszło nam żyć jest cudowny. Następnie jeden z dwóch najlepszych kawałków od czasów “Trójkąta warszawskiego”, tym razem Wszystko na niby. Jeżeli wyświetlenia na YouTube są jakimkolwiek wyznacznikiem popularności, to właśnie ten utwór zyskał sobie największą sympatię słuchaczy. W recenzji albumu Taconafide zastanawiały mnie, dość puste względem reszty materiału, słowa o odpowiedzialności wobec młodych słuchaczy i chęci przekazania im dobrych wartości. Wydaje mi się, że dopiero ten utwór wyjaśnił, o co tak naprawdę chodziło. Jeśli wierzyć wydarzeniom z tekstu (choć tytuł sugeruje, że raczej nie powinienem), to chodzi o dzieciaki, które piszą mu o swoich problemach, z nadzieją, że ten posłuży im jako drogowskaz i powie jak powinni żyć. Przy okazji raper odpowiada na zarzuty o komercjalizację, twierdząc, że nadal tworzy z czystej zajawki, a pieniądz jest dla niego wartością drugorzędną. Taco podkreśla, że nie ma także problemu z tym, iż słuchają go młodzi ludzie, pamiętając, że w wieku 11 lat, również był młodym fanem uczestniczącym w rapowych koncertach. Całość brzmi znakomicie, ale to przede wszystkim pełen ironii tekst jest główną siłą utworu.

 

W tym roku mija pięćdziesiąt lat od premiery filmu “2001: Odyseja Kosmiczna” autorstwa Stanleya Kubricka. Z tej okazji reżyser jest często przypominany, zresztą słusznie, bo mimo lat, jego filmy nadal robią ogromne wrażenie (przynajmniej na mnie). Do reżysera i jego twórczości postanowił odwołać się także Taco Hemingway w utworze pt. Reżyseria: Kubrick, w którym to raper opowiada, że czasem czuje się jak bohater filmów Amerykanina. Następny w kolejności jest utwór, który od razu skradł moje serce, czyli 2031, będący alternatywną wizją przyszłości, w której Taco traci swoją popularność i, żeby jakoś funkcjonować, łamie swoje zasady światopoglądowe. To ciekawe spojrzenie, będące potwierdzeniem dla teorii, jakoby tylko krowa nie zmieniała swoich poglądów. Gdy przyjdą gorsze czasy to Filip wódeczkę zareklamuje, a to u Wojewódzkiego się pojawi… na razie jednak, póki może sobie pozwolić na niezależność, to z tego korzysta. Podoba mi się klimat tego utworu, no i powrót storytellingu, który znamy choćby z “Marmuru” czy “Trójkąta”, jest w tym przypadku jak najbardziej atutem. Warto zauważyć, że album jak dotychczas, nie jest promowany żadnym singlem, jeżeli jednak miałbym wytypować, który utwór odniesie sukces w Esce, to stawiam na Fiji. Bo to prosty kawałek, o tym jak go wkurwia, kiedy ona nie odbiera. Wszystko. Cenzura w refrenie i mamy hit sezonu. Jest to jednocześnie piosenka, którą ze wszystkich lubię najmniej, ale znając życie, spodoba się ona słuchaczom wyżej wspomnianej stacji radiowej. W ogóle druga część płyty jest słabsza względem pierwszych pięciu utworów. Na wyróżnienie zasługuje szprycerowy Modigliani oraz pierwszy anglojęzyczny kawałek od czasów EP-ki “Young Hems” – 4 AM in Girona. Wersja fizyczna zawiera jeszcze dodatkowy mini album “Flagey EP”, ale podobnie jak w przypadku mixtape’u “Soma 0,25 mg”, nie ma na niej nic specjalnego, poza kilkoma odrzutami. Mam tylko nadzieję, że nie jest to ten trzeci z zapowiadanych na ten rok projektów i że jesienią usłyszymy coś bardziej na poziomie dwóch poprzedniczek.

“Cafe Belga” to album, który nie wszystkim przypadnie do gustu. Jest to rzecz dla tych, którzy doceniali twórczość Taco Hemingwaya przed “Szprycerem”, choć w warstwie dźwiękowej jest on zdecydowanie bliższy dwóm ostatnim płytom. Z pewnością krążek nie osiągnie tak wspaniałych sukcesów jak projekt Taconafide, lecz dla mnie osobiście jest to najlepszy album rapera od czasów płyty “Marmur” z 2016 roku. Marzy mi się wreszcie fabularny projekt na miarę “Trójkąta” (oczywiście nie mówię tutaj o kontynuacji), opowieść widziana oczami nie autora, a fikcyjnej postaci, z którą znacznie łatwiej będzie mi się utożsamić. Lecz jeśli mam wierzyć wywiadowi, marne na to szanse. Pozostaje więc tylko trzymać kciuki, że Filip znowu zaskoczy nas czymś jakościowym.