Leski – “Miłość. Strona B” [recenzja]
» » Leski – “Miłość. Strona B” [recenzja]

Leski – “Miłość. Strona B” [recenzja]

Kategoria: Recenzje | 0
Leski powraca po trzyletniej przerwie. Autor utworów takich jak “Kosmonauta” czy “Ulotny”, przygotował dawkę kolejnych muzycznych wspaniałości. Tym razem dużo poważniejszych, dosadnych w przekazie, mimo to bardziej przebojowych. Przed wami “Miłość. Strona B”.

W jednym z ostatnich wywiadów, Katarzyna Nosowska stwierdziła, że najpopularniejszą tematyką piosenek jest miłość, ponieważ nie wszystko o niej jeszcze zaśpiewano. Coś w tym jest, miłość różne ma oblicza i każdy może ją interpretować na swój sposób. To tak jak w tematach rozprawek z czasów licealnych. “Miłość – uczucie budujące czy niszczące? Odwołaj się do dodanego do zadania fragmentu oraz dwóch innych tekstów kultury”. Leski na swojej najnowszej płycie “Miłość. Strona B”, skłania się ku drugiej opcji, pokazując jak wygląda życie, gdy miłość zaczyna zjadać swój ogon.

Od premiery poprzedniej, debiutanckiej płyty Pawła pt. “Splot”, minęły w tym roku trzy lata. W tym czasie Leski trochę koncertował, zdobywał nowych słuchaczy, odebrał kilka ważnych nagród oraz pracował nad materiałem na nowy album. Zdobywał doświadczenie. “Miłość. Strona B” jest płytą dojrzalszą, stworzoną jakby z większą muzyczną świadomością. Mocną stroną “Splotu” były emocjonalne teksty, wypełnione romantycznymi metaforami. Nowy album jest jakby prostszy pod względem lirycznym, za to przekaz stał się dużo bardziej dosadny. Refreny zostają w pamięci na dłużej, są bardziej wyraziste względem debiutu. Dużo dzieje się również w warstwie brzmieniowej. Kompozycje nabrały trochę przestrzeni. Odnoszę wrażenie, że instrumentarium zostało rozbudowane o syntezatory i inne elektroniczne sprzęty, których nazw nie sposób spamiętać. A może po prostu ich brzmienie zostało tym razem lepiej wyeksponowane? Tak czy owak, coraz ciężej Leskiego jakoś zaszufladkować. Wcześniej można było go postawić na jednej półce z Sufjanem Stevensem, Skubasem i Kortezem. Dziś trudniej mi zdefiniować jego muzykę, by nie stanąć przy banale w postaci naklejki z napisem “indie pop do puszczania w Trójce”. Podobna zmiana, jaką przeszedł Bon Iver na swoim ostatnim długograju. Z romantycznego chłopca z gitarą, Leski wyrósł na świadomego swoich umiejętności muzyka.

Album otwiera utwór, z którym mieliśmy okazję zapoznać się już chwilę wcześniej. Mowa o piosence pt. Skąd ten wir. Nie wiedzieć czemu, kompozycja przypomina mi solowe dokonania Piotrka Roguckiego. Mimo elektronicznych momentów, Leski pozostaje wierny akustycznym brzmieniom gitary, charakterystycznym dla swojej poprzedniej płyty. W podobnym klimacie utrzymany jest jeden z kluczowych dla tej płyty utworów, a mianowicie Polaroid. Podobno z rodziną wychodzi się dobrze tylko na zdjęciach. Bohater utworu wspomina chwile, które uwiecznił analogowym aparatem marki Polaroid. Wydaje mi się, że to jeden z najważniejszych tematów poruszanych na przestrzeni płyty – rzeczy materialne. Żyjemy w czasach, w których muzyka, pieniądz i relacje międzyludzkie są w wielu przypadkach bytami nieuchwytnymi. Serwisy streamingowe, bankowość mobilna i portale społecznościowe, zastępują nam płyty, banknoty i spotkania towarzyskie. Czy taka jest kolej rzeczy? A może powinniśmy się temu sprzeciwić? Myślę, że Leski daje sygnał by wrócić do tego co fizyczne. Ciekawym pomysłem było wydanie pierwszych stu egzemplarzy promocyjnych albumu w formie kasetowej. Dzięki temu być może ludzie przypomną sobie, jak przyjemnie słucha się muzyki z nośnika fizycznego, o ile mają na czym tę kasetę odtworzyć.

Leski zaskakuje przebojowością nowych utworów. O ile “Splot” był ciągnięty przez “Kosmonautę”, tak “Miłość. Strona B” przynosi nam znacznie więcej piosenek, które z biegu trafiają do folderu o nazwie “Ulubione”. Przede wszystkim kolejny singiel promujący płytę, czyli Pocisk, jeden z moich ulubionych kawałków na płycie. Po pierwszym odsłuchu stwierdziłem, że Leskiemu jest teraz znacznie bliżej do Krzysztofa Zalewskiego, niż na przykład Korteza. Bardzo energiczny numer, prawdopodobnie mój osobisty hit nadchodzących wakacji. Jeżeli spodobał wam się Pocisk, z pewnością polubicie Humanitarnie. Kolejny utwór o przebojowym potencjale. Letni miłosny kawałek, o tym, że każdy z nas chce być kochany. W opozycji pojawia się tytułowa Miłość. Strona B, ukazująca wszystko to co w tej całej miłości najgorsze. Niewygodne sytuacje i wszelkiego rodzaju kryzysy. “Nigdy nie pomyślałbym, że miłość może zjeść swój ogon” – to prawdopodobnie kluczowy wers do zrozumienia tej płyty.

Na przestrzeni albumu pojawiło się też kilka, mniej lub bardziej świadomych, nawiązań do brzmienia innych twórców. Dla przykładu organy we wstępie do utworu Skóra, przypominające mi trochę początek utworu “Push the Sky Away” Nicka Cave’a and the Bad Seeds. Ciekawa jest też końcówka, przywołująca na myśl dokonania grupy Radiohead z czasów płyty “A Moon Shaped Pool”. Myślę, że Brytyjczycy mieli spory wpływ na Leskiego w okresie powstawania płyty, o czym może świadczyć kawałek pt. Bejrut. To jeden z tych momentów, w których zaczynam zdawać sobie sprawę z tego, że “Kid A” to najważniejsza płyta XXI wieku, a już na pewno najbardziej inspirująca. Utwór Skowyt przenosi nas za to na płytę Obywatela G.C – “Tak, tak”, z roku 1988. To nie jest już tak oczywiste porównanie, ale wokal Leskiego przypomina mi Grzegorza Ciechowskiego ze wspomnianego przeze mnie wydawnictwa.

“Miłość. Strona B” jest płytą, jakich w dzisiejszych czasach szczególnie potrzebujemy. Ludzie często zapominają o tym, co w życiu najważniejsze. O tym, że nie jesteśmy tylko chodzącym kodem, kolejnym z pośród czterdziestu milionów numerem PESEL. O tym, że miłość to nie tylko pluszowe misie i kwiaty, a temat dużo bardziej złożony. O tym, że warto było by po sobie coś zostawić. Nie mówię tu o pomnikach twardszych od spiżu. Cokolwiek, byle później nie okazało się, że nasz żywot był bezwartościowy. Leski nakłania do przemyśleń, nie proponuje rozwiązań, raczej rozrzuca na przemian wykrzykniki z pytajnikami. Kolejna świetna tegoroczna premiera na rodzimym rynku muzycznym.