Peter J. Birch – Inner Anxiety [recenzja]
» » Peter J. Birch – Inner Anxiety [recenzja]

Peter J. Birch – Inner Anxiety [recenzja]

Kategoria: Recenzje | 0
Piotr Jan Brzeziński, od lat ukrywający się pod pseudonimem Peter J. Birch, powraca ze swoim najnowszym, czwartym z kolei, albumem studyjnym. “Inner Anxiety” to płyta o podróży w celu odnalezienia samego siebie. O podroży w celu zwalczenia wewnętrznego niepokoju.

Dziesięć lat temu na ekrany kin trafił film Seana Penna “Wszystko za życie”, który dla wielu ludzi, w tym także dla mnie, jest jednym z najpiękniejszych obrazów długiej i pięknej historii kinematografii. Lecz ten film to nie tylko wspaniała historia Chrisa McCandlessa, oparta na książce Jona Krakauera o tym samym tytule. “Wszystko za życie” to także wspaniały soundtrack autorstwa Eddiego Veddera, lidera grupy Pearl Jam. Czasami zastanawiam się, jakby wyglądał ten film w naszych polskich realiach? Zmęczony swoim dotychczasowym życiem, Janusz postanawia rzucić wszystko i pojechać w Bieszczady. Brzmi dobrze, nie mam tylko pomysłu, kto mógłby to wyreżyserować, ale wiem jedno. Ścieżką dźwiękową powinien zostać najnowszy album Petera J. Bircha pt. “Inner Anxiety”.

Kiedy piszę ten tekst mamy pierwszy ładny dzień tego roku. Bezchmurne niebo i unoszące się gdzieś ponad piękne słońce. Natura budzi się do życia, ptaki zaczynają wyśpiewywać swoją pieśń… jednym słowem – przedwiośnie. Nareszcie! To jest ten dzień, na który czekałem od dawna. Mam tylko nadzieję, że szybko nie ulegnie to zmianie i (odpukać!) następnego dnia nie spadnie kolejna warstwa białego puchu. Tak cudowna pogoda idealnie łączy się z nowymi kompozycjami, zaproponowanymi przez Petera. Czwarta płyta w dorobku Brzezińskiego to podróż przez skrajne emocje i style. Podróż jakiej pragnąłem od dawna.

Album otwiera tajemniczy i dość nietypowy jak na Bircha utwór The Magical Rope. Wspaniała kompozycja z charakterystycznym “one, two, three, one, two, three, one…” wyliczanym przez Piotra. Z pozoru ładny i dość niewinny kawałek, ale tak naprawdę to piosenka o samobójcy. Następny w kolejce jest Under The Willow, który z marszu zyskał moją sympatię. Piękny utwór o miłosnej przygodzie, o wierzbie i o deszczu. Kto by pomyślał, że za tym wszystkim stoi jeden człowiek z talentem do pisania niezwykłych piosenek. Melinda to utwór promujący wydawnictwo. Rzecz, która mocno oddziałuje na moją wyobraźnie. Wsłuchuję się w tekst, a w myślach znajduję się na opisywanej przez autora wyspie, tańcząc pijany z kobietą w niebieskim szalu. Peter słynie z charakterystycznego dla siebie amerykańskiego stylu, czego świetnym przykładem jest utwór Charmless Bacterium. Pamiętam, że kilka lat temu porównywano Piotrka z Bonem Iverem. Z biegiem czasu nie jest to dla mnie już tak wyraźne podobieństwo, ale pewne echa twórczości pana Vernona znajdziecie w Tango Bilbao. Historia z utworu pt. Quarantine, mogłaby posłużyć scenarzystom serialu “Black Mirror” jako inspiracja do jednego z odcinków. Ucieczka przed ludożercami, dookoła krew, a ponad tym wszystkim kwasowa tęcza – ja bym oglądał! Moim ulubionym utworem na płycie jest zdecydowanie Unlovable Man, czego przyczyną jest z pewnością ten piękny, ale bardzo smutny refren. Dla kontrastu, utworem wieńczącym dzieło jest prześmiewczy His Life Was Stuck Inside Her Butt. “He just drowned in her butt, she was fat, dirty slut” – i wszystko staje się jasne.

Muszę się przyznać, że nigdy nie byłem wielbicielem twórczości Petera J. Bircha. Lubiłem pojedyncze tracki, lecz albumy jako całość były dla mnie zbyt schematyczne i często miałem problem z rozróżnieniem poszczególnych utworów. “Inner Anxiety” przynosi zmianę, każdy numer jest charakterystyczny, każdy kolejny ciekawszy od poprzedniego. Album powinien się sprawdzić jako ścieżka dźwiękowa wieczornego odpoczynku, ja natomiast upodobałem sobie odsłuch tej płyty w czasie podróży. Doszły mnie słuchy, że podczas zmywania naczyń materiał wypada równie znakomicie, jednak jeszcze tego nie sprawdziłem. Wszystko przede mną, bo czuję, że ta płyta zostanie ze mną na długo.