Editors – VIOLENCE [recenzja]
» » Editors – VIOLENCE [recenzja]

Editors – VIOLENCE [recenzja]

Kategoria: Recenzje | 0
Już w ten piątek, 9 marca ukaże się szósty album brytyjskiej grupy Editors pt. “VIOLENCE”. Zanim jednak wybierzecie się do przysłowiowych “dobrych sklepów muzycznych” w celu nabycia własnych egzemplarzy albumu, przygotowaliśmy dla was przedpremierową recenzję płyty, aby co nieco podgrzać atmosferę oczekiwania, ale przede wszystkim chcemy uchylić rąbka tajemnicy, czego tym razem możecie spodziewać się po muzyce zawartej na nowym krążku Anglików.

Trudno uwierzyć, że to już szósty album zespołu, jednak wyodrębniona na okładce rzymska szóstka nie może być dziełem przypadku. Bardzo dobrze pamiętam swoje pierwsze zetknięcie z muzyką Editors, a było to niemal dziesięć lat temu. Grupa była chwilę po premierze w mojej opinii dość dobrego “In This Light and On This Evening”, promowanego utworem “Papillon”, który po dzień dzisiejszy jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych kawałków grupy. To były piękne czasy, ale wspomnienia zostawmy sobie na później. Brytyjczycy przygotowali dla nas płytę, której sam tytuł sugeruje, że lekko nie będzie. Do tego dodajmy wypowiedź Toma Smitha, wokalisty zespołu, twierdzącego, że to najbardziej brutalna z dotychczasowych pozycji w dyskografii Editors. Brzmi przekonująco?

Editors nigdy nie bali się eksperymentować ze swoim brzmieniem, inspirując się różnorodnymi nurtami muzycznymi, często sięgając po brzmienia z przed lat lub wręcz przeciwnie, wprowadzając nowatorskie rozwiązania kompozycyjne. Nie inaczej jest tym razem. Do pracy nad płytą zespół zaprosił Benjamina Johna Powera, twórcę muzyki klubowej, ukrywającego się pod pseudonimem Blanck Mass. Power nadał brzmieniu grupy wspominanej przez Toma brutalności, stawiając na ścianę dźwięku i niebanalne kompozycje. Poza tym to najbardziej elektroniczna z dotychczasowych pozycji w dyskografii zespołu, przy czym to gitary zostają nadal czynnikiem definiującym brzmienie grupy.

Od samego początku wieje specyficznym chłodem i myślę, że nie przez przypadek utwór otwierający album nosi tytuł Cold. Głos Toma jest jakby pozbawiony jakichkolwiek emocji, co wpływa na klimat piosenki. Jest ponuro, lekko sentymentalnie, ale dzięki takim zabiegom możliwe jest podkreślenie przekazu, który zresztą na “VIOLENCE” jest bardzo istotny. Dużo bardziej wyrazisty jest następny w kolejce utwór, czyli Hallelujah (So low). Od razu słychać, że w tym utworze swoje palce maczał Blanck Mass. Elektroniczny wstęp, ściana dźwięku następująca po odśpiewanym przez Toma refrenie – prosty schemat, który w przypadku Editorsów sprawdza się znakomicie. Tytułowy Violence to zdecydowanie mój ulubiony utwór z całego zestawu. Wyróżnia się nie tylko na tle płyty, lecz także biorąc pod uwagę poprzednie dokonania grupy. Bardzo elektroniczna, dość schematyczna kompozycja, która powinna idealnie sprawdzić się podczas koncertów zespołu, ze względu na hymniczny charakter refrenu. Całkiem niedawno odświeżyłem sobie płytę Davida Bowiego pt. “Scary Monsters (and Super Creeps)”. Słuchając “VIOLENCE”, kilkukrotnie nasuwały mi się skojarzenia z tym wydanym w 1980 roku albumem. Może to podobne spojrzenie na formę utworów? Dla przykładu taki utwór jak Darkness At The Door. Gdyby historia potoczyła się trochę inaczej, David Bowie by nadal żył i postanowił nagrać swój “Scary Monsters” w 2018 roku, to możliwe, że brzmiałby on dość podobnie do utworów z szóstego długograja Editors. Magazine powstał podczas sesji nagraniowej do płyty “The Weight of Your Love”, jednak dopiero teraz przybrał swoją odpowiednią formę i trafił na “VIOLENCE”. Jak już mówiłem, najważniejszy jest tutaj przekaz. Utwór jest sprzeciwem wobec korposzczurów i ludzi posiadających władzę, przede wszystkim polityków i wszelkiego rodzaju biznesmenów. Wszystkich, dla których rzeczy materialne są jedyną wartością, dla której egzystują. Pamiętacie “Zmierzch”, taki film o wampirach? Editors nagrali kiedyś utwór, który znalazł się na ścieżce dźwiękowej filmu. Kawałek nosi tytuł No Sound, But The Wind i pojawił się na płycie w nowej, moim zdaniem dużo ciekawszej aranżacji. “Welcome home” to słowa zamykające płytę i muszę przyznać, że w moim przypadku są one dość trafne. Mimo, że nie jest to muzyka, której słucham na co dzień, dobrze jest wrócić do korzeni, do dawno nieodwiedzanego domu rodzinnego.

“VIOLENCE” to płyta, która utwierdza mnie w przekonaniu, że Editors jest zespołem, który może się równać z grupami pokroju U2 czy Depeche Mode. Patrząc jednak na ostatnie dokonania obu składów, Editors zdecydowanie zostawia ich daleko w tyle. Brytyjczycy prochu nie wymyślili, nic z tych rzeczy. Po prostu udało im się nagrać solidną, rockową płytę, będącą wizytówką gitarowego brzmienia roku 2018. Moim zdaniem najlepsza od kilku lat pozycja w dyskografii zespołu.