Justin Timberlake “Man of the Woods” – [recenzja]
» » Justin Timberlake “Man of the Woods” – [recenzja]

Justin Timberlake “Man of the Woods” – [recenzja]

Kategoria: Recenzje, Uncategorized | 0
Co u Justina Timberlake’a? Jego nowa płyta wskazuje na zawirowania. W pasującym do Justina twórczości szaleństwie zachowany jest delikatny umiar, jednak z dźwięków prezentowanych na płycie nieustannie wydobywa się energiczny miszmasz.

“Man of the Woods” to kilkanaście kawałków nadających się na imprezę taneczną. W klimat płyty wprowadza nas “Filthy”. To bardzo neutralny kawałek, który ani nie zniechęca, ani nie zachęca. Ciekawość z kolei wzbudza jego następca – “Midnight Summer Jam”. Mimo łagodnego wprowadzenia sprawia, że w dalszej części utworu nogi same się poruszają. Na płycie dużo jest sprzeczności. Z jednej strony dźwięki są dzikie, z drugiej poukładane. Pełne radości, ale i bijącego z wewnątrz smutku.

Nie zawsze tytułowy numer skrada serce. W przypadku tegorocznej płyty Timberlake’a tytułowy kawałek okazał się być strzałem w dziesiątkę. Jako jeden z nielicznych daje się zapamiętać po pierwszych dźwiękach, których później domaga się ucho. Jest bardzo rytmiczny i radosny. Czuć zachowany w ozdobnikach umiar.

 

 

Przez niejednoznaczność płyty niektórzy mogą być nią zawiedzeni. Ja jestem. Zupełnie nie pasuje mi połączenie klimatu z przeszłości z tym, którym Justin wybił się na prowadzenie w najważniejszych rozgłośniach radiowych. Choć mieszanka różnych stylów, a co za tym idzie – emocji, powinna wzbudzać pozytywne odczucia, tutaj rzecz ma się zupełnie inaczej. Gdy ucho przyzwyczaja się do łagodnych dźwięków, nagle stworzoną aurę psuje wybuch entuzjazmu. Brakuje ukierunkowanej muzyki, jak np. “Cry Me A River” z albumu “Justified” wydanego w 2002 roku. Timberlake chciał zrobić zbyt dużo za jednym zamachem.

 

 

Na krążku “Man of the Woods” za uwagę zasługują goście. Alicia Keys oraz Chris Stapleton wystąpili w numerach znajdujących się w drugiej części płyty. Jest ona zdecydowanie lepsza, bardziej poukładana. Przykładem zachowania porządku jest “Montana”, gdzie charakterystyczny dla Justina głos przebija się przez skomplikowane i nawarstwiające się dźwięki. W numerze “Flannel” są one delikatne, przez co numer kwalifikuje się do ballady. Nie jest to coś, w czym wokalista czuje się jak ryba w wodzie, jednak nie można powiedzieć, że zaprezentował się źle.

 

 

Mimo wielkich starań płynących ze strony Justina, płyta “Man of the Woods” nie jest dobrym następcą “The 20/20 Experience”. Tętni w niej życie, ale jej serce bije nierówno. Jest barwna, ale trudno skupić się na odbiorze kolorów, bo zmieniają się zbyt szybko. Żaden kawałek z nowej płyty wokalisty nie pokona “Mirrors”, który to numer zawładną moją duszą. Nie poddaję się. Czekam na kolejny album.