Rosalie. – Flashback [recenzja]
» » Rosalie. – Flashback [recenzja]

Rosalie. – Flashback [recenzja]

Kategoria: Recenzje | 0
“Flashback” to długo oczekiwany, debiutancki album Rosalie. Poznańska wokalistka prezentuje nurt alternatywnego R&B, czyli muzykę jakiej jeszcze w tym kraju nie grano.

Dobrze się dzieje w polskiej alternatywie. Co chwilę na rynku pojawia się jakaś postać, która prezentuje coś zupełnie nowego, tworzy swoją własną, charakterystyczną stylistykę i podbija scenę. Młodzi mają pomysł na siebie. Minęły czasy żartów pokroju “- Wiesz po czym odróżnić muzyka z nurtu alternatywnego od reszty twórców? – Nie – Ma tłuste włosy, czapkę z daszkiem i koszulkę z logo Joy Division”. Dzisiaj w cenie jest oryginalność, bo naśladownictwo jest zgubne, przynajmniej na dłuższą metę. Nie mówię, że czerpanie inspiracji od innych jest złe, wręcz przeciwnie. Podobno w muzyce wymyślono już wszystko (podobno, lecz ja jestem innego zdania), pozostaje kwestia przełożenia tego co cudze, na swój własny, unikalny język. Doskonałym przykładem tego, że wreszcie nadeszła upragniona muzyczna rewolucja, jest najnowsza płyta Rosalie. pt. “Flashback”.

O Rosalie. zrobiło się głośno już jakiś czas temu, gdy jej twórczością zainteresowała się warszawska Alkopoligamia. Dla wytwórni Tego Typa Mesa, współpracującej dotychczas z artystami funkcjonującymi na scenie hip-hopowej, kontrakt z artystką z kręgów alternatywnego R&B był czymś zupełnie nowym. Mes trafił na odpowiedni moment, bo nowoczesne podejście do R&B na polskim podwórku to wciąż jeszcze nisza. Oczywiście, u innych artystów takich jak Smolasty czy Holak pojawiały się już nawiązania do tej estetyki, jednak dla przeciętnego zjadacza chleba są to nadal obce brzmienia. Miejmy nadzieję, że “Flashback” zmieni mentalność słuchaczy, a pani z Empika pytająca mnie jaki gatunek muzyki wykonuje Rosalie., na moją odpowiedź “alternatywne R&B” nie będzie robiła już takiego dziwnego wyrazu twarzy z charakterystycznym wytrzeszczem gałek ocznych (wybaczam, mimo wszystko).

Podoba mi się wydanie tej płyty, za którego projekt odpowiedzialny jest Filip Popik (szerzej znany jako Rybskie). O wracającej modzie na VHS-y pisałem w ramach recenzji “Tamagotchi” Coalsów. Gdy spoglądam na okładkę “Flashback” przypominam sobie komputerowe wizualizacje z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Lubię gdy twórcy przykładają uwagę do wartości estetycznej swoich wydawnictw, bo to takie małe dzieła sztuki za 39,99 zł. Lepsza od okładki jest już tylko równie barwna muzyka.

Uwaga! Informuję, że przerywany dźwięk na początku płyty to zabieg artystyczny, z waszym egzemplarzem jest wszystko w porządku. Album otwiera znakomity U.N.D.E.R.S.T.A.N.D., za którego produkcję odpowiada Maciek Wojcieszkiewicz ukrywający się pod pseudonimem Lasy. O tym, że “Flashback” to album na światowym poziomie, chyba nikogo przekonywać nie trzeba. Wsłuchajcie się w głębie tego brzmienia, aranżacje przestrzeni dźwiękowej, refreny, które momentalnie zapadają w pamięć, dla przykładu w utwory takie jak Holding back czy A pamiętasz?. Na krążku pojawia się cała masa uznanych polskich producentów. Oprócz wspomnianych wcześniej Lasów, mamy tutaj między innymi Jordaha, 1988, Hatti Vatti, Chloe Martini czy Bitaminę, która zresztą pojawia się aż w dwóch kawałkach. Zostając chwilę przy Bitaminie, warto wspomnieć, że w utworze Po co?, Rosalie. jest wokalnie wspomagana przez Vito. Nie wiem czy to ze względu na ten specyficzny wokal, ale numer nabrał charakterystycznego dla grupy klimatu. Moim zdaniem śmiało mógłby zasilić ich set listę koncertową. Mam wrażenie, że kawałki w języku polskim wypadają minimalnie lepiej, ale skoro jest to tylko drobny szczegół, a język angielski to jednak furtka by zaistnieć także poza granicami kraju, to nie traktowałbym tego jako zarzut. Ciężko wybrać mi jeden ulubiony utwór, bo tak naprawdę za każdym razem moją uwagę skupiałem na różnych piosenkach. Na pewno podoba mi się Królowa, na pewno znakomity, zamykający płytę Enuff, z całą pewnością Holding Back i A pamiętasz, ale jeżeli już musiałbym wybrać ten jeden, to na ten moment wybieram Spokojnie. Ten utwór jest jak powolnie wypalający się papieros przy porannej kawie. Życie płynie swoim tempem, przed nami cała lista obowiązków, ale trzeba umieć znaleźć czas na tę chwilę przyjemności.

To nie jest płyta dla ludzi, którzy są przywiązani do jednego konkretnego brzmienia, raczej dla tych, którzy uwielbiają odkrywać nowe dźwięki. Mimo, że nie ma tutaj typowych evergreenów, przebojów lata, pokolenia i tego typu rzeczy, to jestem przekonany, że o tej płycie usłyszycie jeszcze niejednokrotnie. Jest to muzyka, której owszem trzeba poświęcić trochę czasu, myślę jednak, że warto. To coś czego w naszym kraju jeszcze nie było, więc nie umiem powiedzieć czy typowy odbiorca muzyki w Polsce, wybierający takie płyty, które znajdują się na szczytach notowań OLISu, jest na to gotowy. Wyznaję zasadę, jeżeli nie spróbujesz, to się nie przekonasz – a mam taką nadzieję, że akurat Tobie się spodoba.