MEW – “Sztuka polega na byciu unikalnym, nie na brzmieniu jak ktoś inny.” [wywiad]
» » MEW – “Sztuka polega na byciu unikalnym, nie na brzmieniu jak ktoś inny.” [wywiad]

MEW – “Sztuka polega na byciu unikalnym, nie na brzmieniu jak ktoś inny.” [wywiad]

Kategoria: Wywiady | 0
MEW wielu kojarzy się jedynie z popularnym pokemonem. MEW to także nazwa Duńskiego zespółu, tworzącego od 22 lat. Dzięki swojej najnowszej płytcie Visuals Duńczycy odeszli od rockowych brzmień, czerpiąc inspirację z muzyki popowej lat 80tych.

Udało się nam spotkać z Johanem Wohlertem, basistą i jednym z założycieli zespołu i porozmawiać o Visuals, zmianach w składzie MEW i problemach, z jakimi borykają się artyści w dzisiejszych czasach.

 

Weronika Scieranska: To nie jest Wasz pierwszy raz w Polsce, prawda? O ile się nie mylę, wystąpiliście na Off Festival w 2010 roku.

Johan:Zgadza się. Nie byłem wtedy członkiem zespołu, więc nie miałem jeszcze okazji tu zagrać, ale odwiedziłem Polskę razem z Jonasem, kiedy byliśmy jeszcze dziećmi. Odwiedziliśmy Kraków i Auschwitz w ramach wycieczki szkolnej. Pamiętam, że obaj byliśmy bardzo podekscytowani, głównie dlatego, że był to nasz pierwszy „poważny” wyjazd bez rodziców.

Jak się czujesz przed tym pierwszym występem?

Poddenerwowany, nie bardzo wiem, czego mogę się spodziewać. Występ w kraju takim jak Polska to dla nas duża szansa. Nie często mamy okazję odwiedzić Europę Wschodnią, a przecież to tylko godzina samolotem z Danii. Mam nadzieję, że to jeden z wielu występów w Warszawie. Nie mieliśmy wiele czasu na zwiedzanie, ale bardzo mi się tu podoba. Uważam, że jednym z najbardziej interesujących aspektów bycia członkiem zespołu jest poznawanie kultur, ludzi, miast, kuchni.

Spróbowałeś już pierogów?

Niestety nie. Miałem wielką nadzieję i ochotę na tradycyjny polski posiłek, uwielbiam kapustę i kiełbasę w każdej postaci. Zaserwowano nam jednak jedzenie hawajskie, które oczywiście było smaczne, ale nie na to liczyłem.

Jutro zagracie w Gdańsku, jest nadzieja na tradycyjną polską kuchnię. Porozmawiajmy o Waszej najnowszej płycie „Visuals”. W jednym z wywiadów przyznałeś, że ten konkretny krążek udało się Wam stworzyć w o wiele krótszym czasie, niż poprzednie płyty. “Visuals” to z mojego punktu widzenia jedna z lepszych płyt tego roku. Sądzisz, że krótszy proces tworzenia albumu jest lepszy? Czy może lepiej przemyśleć i zaplanować wszystko od a do z, spędzić tyle czasu, ile potrzeba?

Dobre pytanie. Wszystko zależy od płyty, którą tworzysz. Wiele zespołów stworzyło swoje dzieła w krótkim czasie, m.in. The Beatles czy Led Zeppelin. Jeśli ma się dziesięć świetnych piosenek, nie widzę powodu, dla którego trzeba by było odkładać ich wydanie. Z punktu widzenia członka MEW, muszę powiedzieć, że nasza muzyka jest bardziej złożona, wielowarstwowa. Dlatego potrzebujemy więcej czasu, aby złożyć wszystkie elementy w spójną całość, nie dlatego, że się obijamy i odkładamy rozpoczęcie pracy w nieskończoność. Myślę, że mieliśmy potrzebę udowodnienia sobie samym, że jesteśmy w stanie stworzyć coś fajnego w krótkim czasie. Udało nam się i bardzo się z tego cieszę, choć przyznam, że lubię ten spokój ducha, kiedy mogę siedzieć w studio tyle czasu, ile dusza zapragnie.

Możesz przybliżyć mi koncepcję okładki “Visuals”? Przypomina maskę do celebracji meksykańskiego dnia zmarłych.

Tak, jest trochę dziwna. Powstała przypadkowo. Jonas zajmuje się tworzeniem wizualizacji, które pokazujemy na naszych koncertach. Wpadł na pomysł cyfrowego ułożenia kół kalejdoskopu na kształt ludzkiej twarzy. Całkiem przypadkowo powstały twór przypominał maskę, którą za pomocą projektora dopasowaliśmy do naszych twarzy i sfotografowaliśmy. Nie sądziliśmy, że będzie wyglądać tak dobrze. Zupełnie przypadkowo potrzebowaliśmy także okładki dla “Visuals”. Nasze poprzednie płyty oprawione były pracami znanych nam artystów. Tym razem, postanowiliśmy, że to właśnie Jonas zajmie się oprawą graficzną. Dlatego też, kiedy po raz pierwszy zobaczyliśmy, jak kalejdoskopowa maska wygląda na naszych twarzach, wiedzieliśmy, że to właśnie to. Efekt jest powalający, piękny, dziwny i naturalny. Z jednej strony widać ludzką twarz, z drugiej nienaturalny efekt komputerowy. Idąc za ciosem stworzyliśmy teledysk, używając tej samej techniki „ubraliśmy” Jonasa w kolorowy kalejdoskop. Myślę, że tak prosty efekt jest idealnym odzwierciedleniem MEW.
Ciekawe jest, że wiele osób ma swoją interpretację naszej okładki, doszukując się elementów kulturowych swoich krajów. W Danii nie nadaliśmy maskom żadnego konkretnego znaczenia.

Jest prosta, ale też na swój sposób skomplikowana. Bardzo wiele dzieje się na bardzo małej przestrzeni, nie mogłam oderwać od niej wzroku.

Bardzo podoba mi się wyraz twarzy Jonasa, wydaje się przerażony, a kiedy się przyjrzeć, można dostrzec, że ma zamknięte oczy. Ta okładka to mój zdecydowany faworyt. Niczego nie ujmując pracom, które stworzyli dla nas inni artyści, ale chciałbym powiesić sobie to właśnie zdjęcie na ścianie. To po prostu dzieło sztuki.

“Visuals” to album bardziej popowy, w porównaniu z Waszymi poprzednimi krążkami. W życiu każdego zespołu nastaje moment rozwoju, ewolucji artystycznej. Przykładem może być choćby twórczość Linkin Park, którzy mocne brzmienie zastąpili mieszanką popu i elektroniki. Fani nie byli zadowoleni z tej zmiany, a smutnego końca tej historii nie musimy przytaczać. Baliście się tego, jak fani i krytycy zareagują na “Visuals”?

Mogę zapewnić, że nigdy nie posunęlibyśmy się do tak drastycznych rozwiązań, co Linkin Park. Musieli być trochę zdesperowani, nie ufając swoim umiejętnościom pozwolili producentowi popowemu stworzyć piosenki w stylu zupełnie im obcym i podpisali się pod nimi. Wierzę, że każdy artysta powinien się rozwijać, próbować rzeczy, których nie próbował wcześniej. Ale wszystko powinno dobrze ze sobą współgrać, stworzony materiał powinien być rozpoznawalny nawet w drobnych szczegółach cechujących danego artystę. Jeśli stworzylibyśmy płytę jazzową, czysto instrumentalną, nigdy nie wydalibyśmy jej pod nazwą MEW. Jako MEW zawsze będziemy poruszać się w obszarze, który jest nam bliski. Kiedy straciliśmy gitarzystę, wiedzieliśmy, że tworząc będziemy skupiać się na linii basowej i perkusyjnej. Najlepszą taktyką było skrócenie utworów i stworzenie dobrych refrenów. Visuals posiada elementy popu lat 80tych, na którym się wychowaliśmy, od Kate Bush po Eurhytmics. Ci świetni artyści i zespoły są naszą największą inspiracją. Nagrywając “Visuals” czułem, jakbyśmy tworzyli płytę Talk Talk, na której gitara tworzy tło odjechanemu połączeniu basu, perkusji i klawiszy. I choć taka oldschoolowa popowa płyta brzmi bombowo, od czasu do czasu brakuje mi mocnych riffów.

Obecnie gracie jako trio. Nie mieliście w planach zrekrutowania nowego członka zespołu?

Mads, który jest naszym gitarzystą na koncertach, dograł także partie gitarowe do Visuals. To zaskakujące, z jaką lekkością gitara dopasowała się do już powstałych utworów, bazujących na basie, perkusji i klawiszach. W latach 2006-2013, kiedy opuściłem MEW ze względów rodzinnych, Jonas, Silas i Bo tworzyli jako trio. Brak czwartego członka zespołu jest z jednej strony zbawienny, z drugiej jest przekleństwem. Mogę sobie wyobrazić, że następny album będziemy nagrywać w większym składzie, może z Madsem lub kimś innym. Tym razem czuliśmy się dobrze we trzech, bez zbędnych wybujałych kłótni o różnice artystyczne. Prędzej byśmy umarli, niż stworzyli kolejną płytę tak, jak tworzyliśmy “+-“. Złożenie tego albumu zajęło wieczność i wiele nas kosztowało. “Visuals” jest pierwszą płytą, którą wyprodukowaliśmy sami. Nie zmuszaliśmy siebie nawzajem do zmian, byliśmy także bardzo dobrze przygotowani do każdej sesji nagraniowej. Poszło, jak po maśle.

Jesteście jednym z zespołów skupiających się przede wszystkim na swoim oryginalnym brzmieniu, nie płyniecie z prądem, można wręcz powiedzieć, że unikacie tego, co akurat bardzo modne. Dobrym stwierdzeniem jest, że nie posunęlibyście się tak daleko dla sławy, aby wydać niezbyt górnolotny moim zdaniem hit pokroju “Despacito”, “Anaconda” Nicky Minaj, czy cokolwiek króluje teraz na listach przebojów. Dlaczego, Twoim zdaniem te właśnie piosenki zdobywają tak ogromną popularność?

Zadajesz ciężkie pytania. Nie wiem, czy chcę znać na nie odpowiedź. Myślę, że muzyka, którą można usłyszeć na co dzień w radiu jest dyktowana przez media i wielkie wytwórnie muzyczne. To tak naprawdę jedna i ta sama piosenka. Za każdym razem, kiedy ktoś zdobędzie czymś popularność, setka innych to coś skopiuje. Żyjemy w czasach, w których tak niesamowicie straszne jest podjęcie artystycznego ryzyka, bo można stracić fanów na Instagramie, albo nie będzie można z tego wyżyć. Dlatego wszyscy brzmią tak samo. Osobiście nie jestem w stanie słuchać radia. Większości utworów nie nazwałbym nawet muzyką, to zlepek znośnej melodii i podkręconego komputerowo wokalu. Nie można nawet odróżnić dużych nazwisk od pozerów. To jest bardzo duży problem, niezależnie od czasów, w których akurat żyjesz. Sztuka polega na byciu unikalnym, nie na brzmieniu jak ktoś inny. Dlaczego ktoś chciałby brzmieć jak Justin Bieber, jeśli mógłby brzmieć jak on sam? Nie mam nic przeciwko Bieberowi, to pewnie spoko koleś, ale nie jestem w stanie zrozumieć fenomenu kopiowania. Dzięki technologii staliśmy się leniwi, przestaliśmy chcieć odkrywać. To także dotyczy muzyki. Na długo straciłem w nią wiarę. Przeszedłem wtedy duży kryzys, muzyka była dla mnie zawsze jedną z najważniejszych rzeczy w życiu. Nie mogłem uwierzyć, że ktoś chce słuchać tej popowej sieczki. Uratował mnie powrót do albumów, na których się wychowałem. Nie bez powodu miały na mnie tak duży wpływ, kiedy miałem czternaście lat. Bo są pełna strachu, życia, nerwów, niedociągnięć, wad, są po prostu ludzkie. Wszyscy mieli swój oryginalny styl i rozpoznawalny dźwięk. Czego nie mogę powiedzieć o większości dzisiejszych gwiazd.

Obróbka cyfrowa jest na tyle widoczna, że wokal staje się bardzo plastikowy, wręcz nienaturalny. Brzmi to strasznie tandetnie.

Pop jest świetnym gatunkiem, jeśli jest nagrany dobrze. Niestety tworzeniem zajmują się „chłopaczki z laptopami”, siedząc w domu i myśląc, że to świetna kariera. Dla mnie, w tworzeniu muzyki na zamówienie dla innych nie ma nic pociągającego. Nigdy nie zobaczysz mnie w tej roli. Ale z punktu widzenia muzyka, który poświęcił sztuce swoje życie, bolesnym jest fakt, że owa sztuka stała się tak tępa i bez sensu. Czekam na zespół, który poderwie mnie z krzesła i skopie wszystkim tyłki. Kolejny Rage against the Machine.

Rozzłościłam Cię tym pytaniem.

Zasmuciłaś.

Przepraszam.

Nie ma za co. Myślę, że to bardzo interesujący temat z punktu widzenia popkulturowego. Lubię obejrzeć dobry dokument na HBO, czy sprawdzić wynik meczu na telefonie. Także poddaję się rozleniwieniu, mając wszystko na wyciągnięcie ręki. Ale zdaję sobie z tego sprawę i staram się z tym rozleniwieniem walczyć. Pamiętam czasy, kiedy jednej płyty słuchało się tygodniami, poznając jej każdy szczegół, przeżywając każdy dźwięk. Wtedy nie można było wybrać tylko tego popularnego utworu jednym kliknięciem. Byliśmy zmuszeni przesłuchać wszystkie „niepopularne” piosenki, które często okazywały się tymi najlepszymi. Dzisiaj nikt nie chce zmarnować godziny na przesłuchanie ośmiu utworów, które nie były promowane. Nasi fani są na tyle oddani, że uwielbiają wszystkie nasze piosenki. Nie wybierają sobie konkretnych utworów, a nasza twórczość to dla naszych fanów jedna wielka całość. Bardzo nas to cieszy. Nie każdy artysta może powiedzieć, że całe dziesięć utworów, które akurat tworzy, jest tak samo ważne. Często tworzy się płytę z dwoma hitami, a reszta to zapchajdziury. Każdy przechodzi fazę kształtowania gustu muzycznego, najczęściej między piętnastym a dwudziestym rokiem życia. Wtedy właśnie odkrywamy gatunki i zespoły, które zostają z nami do końca życia. Wyobraź sobie teraz, że lansowana jest ta sama sieczka. Masz przekichane.

Cieszę się, że urodziłam się na początku lat 90tych.

Naprawdę? Czego słuchałaś?

Zaczęłam od Marylina Mansona i Linkin Park, potem przeszłam przez fazę emo.

My Chemical Romance?

No pewnie! Poza tym Fall Out Boy, Panic at the Disco, 30 Seconds to Mars i wielu innych. Uwielbiałam te zespoły i nadal je uwielbiam.

Uwielbiam płytę „Mechanical Animals”! Wyprodukował ją Michael Beinhorn, z którym także dwukrotnie pracowaliśmy. Uważam, że to jego majstersztyk. Bardzo podoba mi się połączenie głosu Mansona z glam rockiem. Całość brzmi po prostu idealnie. Za każdym razem, kiedy zdarza mi się być djem, zawsze puszczam „I don’t like the drugs, but the drugs like me”. To taka klawa piosenka!

Wielkie dzięki za rozmowę!