Kortez – “Mój dom” [recenzja]
» » Kortez – “Mój dom” [recenzja]

Kortez – “Mój dom” [recenzja]

Kategoria: Recenzje | 0
Jego “Bumerang” był dla mnie albumem przełomowym, prawdopodobnie jedna z najważniejszych płyt jakie dane mi było słuchać w przeciągu ostatnich kilku lat. Tym razem Kortez powraca ze swoim drugim albumem studyjnym pt. “Mój dom”, na którym opowiada historię pewnego związku…

Bardzo dobrze pamiętam moje pierwsze zetknięcie z tą postacią, a było to trochę ponad dwa lata temu. Lokalne radio emitowało wtedy reklamę zapowiadającą wspólny występ niejakiego Korteza oraz grupy Bisquit. Najbardziej zapadła mi w pamięć dość charakterystyczna zbitka epitetów – minimalistyczny, świeży i szczery. W tle leciał utwór pod tytułem “Zostań”. Taki był początek. Na koncie dwie EP-ki, dwa utwory na Liście Przebojów Trójki, później premiera “Bumerangu”, magiczny koncert na zeszłorocznej 3-majówce, znakomity występ podczas wrocławskiego przystanku na tegorocznej trasie Męskiego Grania… Teraz przyszedł czas na kolejny rozdział tej pięknej historii, którą śledzę praktycznie od początku. Kortez jest dla mnie fenomenem. Nie posiada ogromnego warsztatu artystycznego, jednak unika banałów. Nie stoi za nim ogromna wytwórnia muzyczna, a mimo to jest artystą rozpoznawalnym, którego koncerty wyprzedają się w kilka dni od momentu ich ogłoszenia. Poprzeczka została postawiona naprawdę wysoko, lecz teraz rodzi się pytanie czy udało mu się ją przeskoczyć?

 

 

Jak mówi sam Kortez – “Mój dom” to obrazowa, osadzona w czterech ścianach i dziewięciu aktach historia rozpadu związku. Jak pewnie się domyślacie, nie jest zbyt wesoło. Zresztą, czego innego można by oczekiwać po autorze jednej z najsmutniejszych płyt tej dekady? Na pierwszy ogień poszła “Pierwsza“, która pełni funkcję wprowadzenia do historii. Historii jakich wiele, więc coraz trudniej zachować w tym oryginalność. Kilka lat temu podobną próbę podjął zespół Coldplay wydając album “Ghost Stories”, zresztą moim zdaniem całkiem niezły, może poza całkowicie zniszczonym zakończeniem w postaci utworu “A Sky Full Of Stars”. Cukierkowy happy end… nie tego oczekiwaliśmy Panie Martin. Wróćmy jednak do Korteza. Głównym bohaterem opowieści jest mężczyzna, który w mojej głowie jakimś dziwnym trafem ma twarz Korteza. Szablon jest jednak na tyle uniwersalny, że nie jeden facet byłby w stanie postawić się na jego miejscu. Nasz bohater wiedzie sobie całkiem spokojne życie. Żona, dziecko, dom… i kochanka, której osobę ukrywa przed swoją rodziną. Tak już jest, za grzechy trzeba płacić.

 

 

Dobrze, że Cię mam” ma w sobie wszystko za co uwielbiam Korteza. Przede wszystkim ten rzadko spotykany wśród muzyków luz. Słuchając tego utworu mam wrażenie, że Kortez siedzi sobie gdzieś koło mnie, gra, śpiewa, pogwizduje i kontynuuje swoją opowieść. Wydawać by się mogło, że sprawa jest prosta – albo żona, albo kochanka. A jednak naszego bohatera cała ta sytuacja zaczyna przerastać. Jedną kocha, do drugiej czuje się przywiązany. Nie lubi zmian, ale nie daje sobie rady z tymi ciągłymi kłótniami. Kolejne argumenty przynoszą następne dwa utwory – “We dwoje” i “Film przed snem“. Między nim a żoną powstał schematyczny świat, w którym sobie żyją, oglądają te same stare filmy i słuchają tych samych starych płyt. Wiecie jak to jest, czasami najlepsza na świecie piosenka odsłuchana odpowiednią ilość razy, może nas do siebie stale zrazić.

 

 

Pora na singiel, a mianowicie utwór “Dobry moment“. Wyobraźcie sobie tę sytuację – jedziecie samochodem, prawdopodobnie na zakupy i nagle zbiera wam się na odrobinę szczerości. “Wiesz co kochanie, tak naprawdę to nic już do ciebie nie czuję. Znajdź sobie kogoś innego, nie zasługuję na ciebie…”. Lepiej późno niż wcale, w końcu i tak wszystko wyjdzie na jaw. Co prawda, samochód nie jest najlepszym miejscem na takie rozmowy, domyślam się jednak, że w tym przypadku, aby zrobiło się lżej na duszy, można wiele poświęcić. Myślę jednak, że nie ma sensu magazynować tego typu spraw przez długą ilość czasu, bo późniejsze efekty mogą przybrać okropne skutki. Teraz pozostaje pożegnać się, utulić dziecko do snu, założyć czapkę i rzec “Nic tu po mnie“.

 

 

Zapomniałbym o poczuciu winy, które męczy naszego bohatera nawet podczas snu – “Znowu mam ten dziwny sen, nasze łóżko i nasz dom”. Nie jest dobrze, zaczyna do niego docierać jak wiele stracił, jednak gdyby cofnął czas to zapewne zrobiłby to samo. Musi wstać z kolan, strzepać brud z koszuli i ruszyć przed siebie. Otworzyć nowy rozdział w swoim życiu. W tym momencie pojawia się, moim subiektywnym zdaniem, najpiękniejszy utwór z całego zestawu, wieńczący historię – “Wyjdź ze mną na deszcz“. Muszę się przyznać, że odkryłem ostatnio terapeutyczną moc tego utworu. Nie będę zagłębiał się w szczegóły, bo przekaz jest prosty – “Podnieś głowę, nie bój się”. Gdy jest ci źle, odpalasz ten kawałek i nagle zdajesz sobie sprawę, że Michael Jackson miał rację – nie jesteś sam. Każdy z nas ma pod górkę, takie jest życie.

Porównywanie “Mojego domu” z “Bumerangiem” moim zdaniem kompletnie mija się z celem. Są to dwie różne płyty, każda z nich powstała na zupełnie innym etapie kariery, z zupełnie odmiennymi zamysłami. Każda jest na swój sposób znakomita, a Kortez udowodnił, że ciągle potrafi wzruszyć i dać do myślenia. Uważam, że wykonał kawał dobrej roboty i być może stworzył klasyk na miarę płyty, do której nawiązuje na okładce… ale o tym czy album zniósł presję czasu, porozmawiamy dopiero za parę ładnych lat.