SO!MUSIC

NOWA STRONA MUZYKI

Rozmowy

J. Bernardt: Nie gonię marzeń, właściwie to teraz mam luz. [wywiad]

J. Bernardt, a właściwie Jinte Deprez, to jeden z wokalistów uwielbianej w Polsce grupy Balthazar. Artysta w tym roku wydał debiutancki album “Running Days”. Zaczął eksperymentować z różnymi gatunkami muzycznymi, w związku z czym jego solowy projekt odbiega nieco od muzyki Balthazar. Przeczytajcie wywiad z artystą, z którym udało się porozmawiać podczas jego pierwszego koncertu w Warszawie.

 

Jan Król: Twoja muzyka kojarzy się z latem, słońcem, ciepłymi wieczorami, ale też wschodnim, orientalnym klimatem. Dlaczego?

J. Bernardt: Dlaczego? Dobre pytanie, sam nie wiem, nie znam odpowiedzi. Chciałem po prostu stworzyć coś innego, poza zespołem Balthazar. Zacząłem więc grzebać, szukać w tym, czego sam obecnie słucham, a to bardziej klimaty rnb i hip-hopu. Tak naprawdę, tworzyłem już w życiu każdy rodzaj muzyki, więc to poniekąd mieszanka tego wszystkiego. Do końca nie wiedziałem czego się spodziewać, efekt końcowy był niespodzianką także dla mnie. Kiedy zaczynasz pracować nad samplami, często kończysz z bardzo dziwnymi instrumentami.

 

Twoja muzyka i teksty są przepełnione nostalgią i pewną tęsknotą. Za czym tęsknisz?

To niekoniecznie tęsknota. To raczej kwestia tego, że niedawno skończyłem trzydzieści lat i uderzył mnie mój pierwszy kryzys wieku średniego (śmiech). Piosenki są zawsze pewnym sposobem znalezienia odpowiedzi na pytanie o co w życiu chodzi, o sens życia, ale nigdy nie znajdujesz tych odpowiedzi i to jest chyba właśnie cel tych pytań. Śpiewam też nieco o poprzednim roku, który w moim życiu był nieco nerwowy i chaotyczny… Ale również o dorastaniu. Raczej nie tęsknię, bardziej zastanawiam się nad tym, co się dzieje dookoła. Ale zachowując spokój ducha, akceptując brak odpowiedzi na te pytania… Stary, nie wiem. Moje piosenki tłumaczą się lepiej niż ja (śmiech).

 

Czy przez ten kryzys wieku średniego kupiłeś szybki samochód, motor i masz nową dziewczynę, albo coś w tym stylu?

Fakt, muszę kupić sobie samochód, nadal na niego odkładam. Całą kasę wydaję na trasie (śmiech).

 

Czyli gonisz teraz swoje marzenia? Solowo?

Niezupełnie. Koncertowałem z Balthazarem przez ponad sześć lat. Ten projekt to też przerwa od tego. Wszyscy chcieliśmy zrobić sobie małą przerwę i… I znowu jestem w trasie… (śmiech). Z pobocznym projektem, który nawet mnie zaskoczył. Nie gonię marzeń, właściwie to teraz mam luz. Z zespołem osiągaliśmy coraz więcej, byliśmy coraz bardziej znani. Tak szczerze, to nie lubię koncertów w dużych arenach, chciałem wrócić do małych klubów i poniekąd wrócić na początek tej drogi.

 

Balthazar, w którym grasz na co dzień to zespół rockowy, J. Bernardt to zupełnie inny typ muzyki.

Tak, ale ostatecznie to nie ma znaczenia, gdy jesteś w trasie. Na przykład dzisiaj jestem w Warszawie, z tym projektem, i tym razem gram w Klubie Hydrozagadka, ale to nadal życie w trasie. Być może to nieco inny rodzaj muzyki, także nieco inna publiczność. Bardzo podoba mi się fakt, że można dotrzeć do innych ludzi… Ale gdyby wszystko było takie samo, byłoby nudne. Myślę, że szukanie czegoś nowego było kolejnym celem tego projektu.

 

[kad_youtube url=”https://www.youtube.com/watch?v=QySCwpStnLs” width=”900″ height=”450″]

 

To jak ci się teraz żyje w trasie?

Dosyć ciężko… Co wieczór impreza (śmiech) Koncertowanie i trasy są dla mnie wyjątkowe. Przez długi czas pracujesz nad albumem, to często samotna praca, nie wychodzisz do ludzi, siedzisz nad muzyką, odcięty od świata, a potem jedziesz w trasę i świętujesz to, że stworzyłeś coś… I jeszcze okazuje się, że są ludzie, którym się to podoba – a tego nigdy nie możesz być pewnym. A oni jednak kupują bilety, przychodzą, świętują razem z tobą wydanie albumu. Więc świętujemy hardkorowo (śmiech).

 

Samplowanie i zapętlanie to istotny aspekt twojej muzyki i koncertów. Taki był zamysł, czy to wyszło przez przypadek?

Taki był zamysł. Na początku tego projektu uznałem, że jeśli chcę wykonywać to na żywo, chcę zrobić to sam. Potem zorientowałem się, że nie mam czterech rąk ani czterech nóg. Teraz mam perkusistę i klawiszowca i tyle, nie chciałem dużego zespołu, nie chciałem też być przywiązany do instrumentów przez cały czas. Dlatego też, od samego początku, od etapu komponowania tworzyłem piosenki oparte na pętlach i samplach. To także dało mi zupełnie inne brzmienie, na przykład wpływy hip-hopowe. Przecież hip-hop jest oparty na zapętlaniu i zaczynasz tworzyć zupełnie inaczej. Właściwie to było dla mnie wyzwanie, nie było łatwo stworzyć kawałek w taki sposób, aby był interesujący. Na szczęście wszystko zadziałało, podczas koncertów po prostu zapętlam gitarę czy wokal i nie muszę już się tym przejmować, mogę zacząć grać kolejną melodię. I to był zamysł od początku.

 

Teraz coś z zupełnie innej beczki. Dlaczego J. Bernardt?

O! Właściwie… To moje imię. Mam na imię Jinte, ale nikt nie potrafi tego wymówić, więc uprościłem i skróciłem do samego J. A Bernardt to moje czwarte imię, bo mam cztery imiona. Jinte Marc Lucas Bernardt Deprez. Lucasa zachowam może na projekt z muzyką metalową (śmiech).

 

Wykonujesz na tej trasie utwór spoza albumu, “Lapse of reason”. Czy to rodzaj hołdu dla Pink Floyd, czy przypadek?

Zupełny przypadek (śmiech) Właściwie gramy kilka nowych kawałków na tej trasie. Z czasem zaczynasz nudzić się tym samym materiałem i zaczynasz wykonywać nowe, premierowe kawałki. Dzisiaj zagramy dwa. Poza tym, mój album jest dość krótki, około czterdziestu minut, musimy grać go w rozbudowanej wersji i dołożyć coś nowego.

 

Czyli zakładam, że J. Bernardt to nie jest jednorazowy wyskok, tylko planujesz przyszłość dla tego projektu, nowy album, następną trasę?

W sumie… Nie wiem. Teraz nie robię już zbyt wielu planów. Ale wiem też, że ta historia jeszcze nie jest skończona. Chciałem zrobić pierwszy solowy album naprawdę sam, bo do tej pory zawsze nagrywałem w grupie, z zespołem Balthazar. Samotna praca była czymś nowym. Teraz, gdy ten album już jest, słucham go i dochodzę do wniosku, że mogę z tym projektem wejść w różne kolaboracje, duety, ale to przyszłość. Pierwsza rzecz, którą planuję na teraz, to nowy album z Balthazarem, a potem zobaczymy (śmiech).

 

Jesteś teraz szczęśliwy? Jako muzyk i jako człowiek?

Jestem całkiem szczęśliwy, dzięki! Naprawdę nie mogłem doczekać się tej solowej trasy, bo jako Balthazar potrzebowaliśmy wszyscy odmiany i przerwy. Potrzebowaliśmy też wszyscy złapać dystans do szołbiznesu i całego tego muzycznego cyrku. Dobrze jest czuć się zrelaksowanym, robić to co zawsze, ale na mniejszą skalę, dla innych ludzi, bez stresu. Ta trasa to dla mnie wielka zabawa. Miło widzieć, że ten projekt podczas koncertów ewoluuje w coś większego, zyskuje. Gram dla nieco mniejszej publiczności, ale mam z nimi super kontakt, więc nie mógłbym być bardziej szczęśliwy. To ostatni koncert tej trasy, za kilka tygodni mamy jeszcze pojedyncze występy w Luksemburgu i Holandii… I koniec. Szczerze mówiąc, trochę stresuję się powrotem do domu, nie wiem czy będę potrafił normalnie funkcjonować (śmiech).

 

Ostatnie pytanie. Co robisz, że masz tak piękną brodę? Chciałbym taką mieć!

(śmiech) Każdego ranka… Nie robię z nią absolutnie nic. Ze dwa miesiące temu zupełnie ją zgoliłem i nie mogłem się poznać, to był dramat, czułem się jak Britney Spears, która ogoliła kiedyś głowę. Zapuściłem więc brodę od nowa. Mój tata ma piękną brodę, więc odziedziczyłem to chyba po nim.

 

Czy to twój znak rozpoznawczy, część ciebie?

Dokładnie. Dla J. Bernardta tak. Musisz mieć brodę, gdy nazywasz się Bernardt (śmiech).

 

[kad_youtube url=”https://www.youtube.com/watch?v=1zDrLYXRcRQ” width=”900″ height=”450″]

 

Wywiad przeprowadził Jan Król (Scena Rozmaitości, Radiofonia 100,5 FM).