METZ – „Zdecydowaliśmy, że [„Strange Peace”] zasługuje na nową oprawę, nie chcieliśmy wrzucać go do tego samego worka co nasze poprzednie płyty.” [wywiad]
» » METZ – „Zdecydowaliśmy, że [„Strange Peace”] zasługuje na nową oprawę, nie chcieliśmy wrzucać go do tego samego worka co nasze poprzednie płyty.” [wywiad]

METZ – „Zdecydowaliśmy, że [„Strange Peace”] zasługuje na nową oprawę, nie chcieliśmy wrzucać go do tego samego worka co nasze poprzednie płyty.” [wywiad]

Kategoria: Wywiady | 0
Przy okazji koncertu zespołu METZ w Warszawskiej Hydrozagadce, miałam przyjemność spotkać Chrisa Sloracha (basistę) i Haydena Menziesa (perkusistę) kanadyjskiej grupy punk-rockowej i porozmawiać o koncertach, najnowszej płycie i dziwnych nawykach przed występami.

 

Weronika Scieranska: Wczoraj graliście we Wrocławiu, dziś w Warszawie. Podczas trasy koncertowej w 2013 roku odwiedziliście te same polskie miasta, co ciekawe, także ten sam klub, w którym właśnie się znajdujemy. Macie deja vu?

Chris: Zdecydowanie. Przede wszystkim dlatego, że gramy w tym samym miejscu.

Hayden: Wczoraj graliśmy w innym Wrocławskim klubie, niż ten, który odwiedziliśmy w 2013 roku. Szczerze mówiąc, deja vu zdarza nam się bardzo często, wystarczy zobaczyć graffiti, budowle, czy miejsca, które przywołują wspomnienia i emocje.

Pojawiliście się także na OFF Festival. Czujecie się lepiej grając regularne koncerty, czy występując na festiwalach?

Hayden: Myślę, że na wszystko jest czas i miejsce. Czasem dobrze jest zagrać na dużej scenie dla tysięcy ludzi, obejrzeć występy artystów, których zawsze chcieliśmy zobaczyć, spotkać za kulisami zespoły, z którymi wcześniej graliśmy, przyjaźnimy się lub znamy przez wspólnych znajomych. To bardzo przyjazne środowisko, ale nie pozwala na bliskość z fanami, której doświadczamy na regularnych koncertach.

Co sądzicie o polskiej widowni?

Chris: Wracając do zjawiska deja vu, z ostatniego koncertu w Warszawie pamiętam obłęd i szaleństwo, dzikość fanów. Było super. Naprawdę dobrze wspominam ten koncert.

Niedawno wydaliście swój trzeci album studyjny. Dlaczego zdecydowaliście się nazwać go Strange peace (eng. Dziwny spokój)? Wasza pierwsza płyta to METZ, druga zaś II. Nie myśleliście o pójściu o krok dalej i nazwaniu kolejnej płyty chronologicznie?

Hayden: Niespecjalnie. II nie było nazwą, którą planowaliśmy od powstania METZ. Nie staraliśmy się, aby druga płyta była kontynuacją pierwszej, choć można doszukać się podobieństw. Nie będę się też rozwodził nad głębokim znaczeniem Strange Peace, wszyscy troje zdecydowaliśmy się na ten właśnie tytuł i dla każdego z nas znaczy on coś innego. Zdecydowaliśmy, że trzeci album zasługuje na nową oprawę, nie chcieliśmy wrzucać go do tego samego worka co nasze poprzednie płyty.

Wikipedia mówi, że to właśnie Ty zaprojektowałeś okładkę płyty, zgadza się?

Hayden: Nie, zaprojektował ją nasz znajomy, Jonathan Bauerle, artysta specjalizujący się w kolażach. Natknęliśmy się na jego prace, spodobały nam się i zdecydowaliśmy, że dobrze byłoby usiąść i zobaczyć, co możemy razem stworzyć.

Tak samo było z teledyskiem do Drained Lake?

Chris: Nigdy nie byliśmy zainteresowani byciem aktorami, ani występowaniem w naszych teledyskach. Bardziej skupiamy się na znalezieniu artystów, którzy chcą odzwierciedlić swoje wizje poprzez naszą muzykę. Dlatego zdecydowaliśmy się po raz drugi na współpracę z Shaynem Ehmanem, który ma tendencję do wysyłania wiadomości „miałem wczoraj sen” i opisywania wizji wieloletniego ćpuna. Tak właśnie powstał teledysk do Cellophane. Tym razem Shayn przeszedł samego siebie, Drained Lake to zupełnie inny poziom popieprzenia.

Która piosenka jest waszą ulubioną?

Chris: Nie jestem w stanie zdecydować. Na początku bardzo lubiłem Sink, potem Caterpillar. Szczerze mówiąc, jestem bardzo dumny z całego albumu, ciężko nad nim pracowaliśmy, ale jest wart każdej kropli potu.

Nie zdarzyło się jeszcze, że usłyszałam jeden konkretny tytuł piosenki, kiedy zadałam to pytanie. Wbrew obiegowej opinii zdaje się, że nie ma tak zwanego ulubionego dziecka.

Hayden: Ciężko jest wybrać jeden konkretny utwór. Czasem jest to bardziej osobiste, czasem po prostu podoba nam się, jak dany utwór brzmi na żywo, eksperymentujemy, zaczynając lżej, stopniowo dodając dynamiki. Osobiście nie jestem w stanie zdecydować. Nie każ mi wybierać.

Dobrze, nie będę naciskać. Który utwór jest najcięższy do zagrania na żywo?

Chris: Zdecydowanie Sink, to jedyny utwór, którego jeszcze nie zagraliśmy.

Hayden: Zgadzam się, Sink jest bardzo wymagającym utworem, ale świetnie brzmi na płycie.

Ostatnie pytanie, czy macie jakieś dziwne nawyki przed koncertem? Jak wypicie dwóch piw, czy złoty papier toaletowy, jak Beyonce?

Chris: Powiedz, że ten papier to prawda!

Hayden: Jeśli to prawda, to musi być bardzo niepraktyczny.

(śmiech)

Chris: Kiedyś rozciągałem się przed każdym koncertem, ale nie przynosiło to żadnego rezultatu. Bez ćwiczeń czuję się lepiej, ale bardzo denerwuję się przed każdym koncertem. Żeby zająć czym głowę, skupiam się na bardzo podstawowych i często głupich zadaniach, chodzę z pomieszczenia do pomieszczenia, aż do wyjścia na scenę.

Hayden: Ja skupiam się na krzyżówkach. Nie zrozum nas źle. Każdy koncert to dla nas niesamowite przeżycie, ale kiedy w głowie zaczynają się przewijać wszystkie możliwe scenariusze danego wieczoru, może to skutkować tylko atakiem paniki.

Wielkie dzięki za rozmowę i do zobaczenia niedługo!