Krzysztof Zalewski w łódzkim klubie Wytwórnia [relacja]
» » Krzysztof Zalewski w łódzkim klubie Wytwórnia [relacja]

Krzysztof Zalewski w łódzkim klubie Wytwórnia [relacja]

Kategoria: Relacje | 0
Krzysztof Zalewski jest właśnie w trakcie drugiej części trasy koncertowej promującej album „Złoto”. 4 listopada miałam ogromną przyjemność być świadkiem jego występu w Łodzi w klubie Wytwórnia. Jeśli nawet nie jeszcze większą niż ogromną.

„Mam 17 lat i w ogóle nie chcę, i nie chcę mieć więcej” – takiej nowej przyśpiewki artysta uczył tego wieczoru łódzką publiczność. I coś w tym chyba jest, bo energii na scenie miał ze trzy razy tyle co siedemnastolatek. Przyznaję, że nie był to mój pierwszy koncert Krzyśka, ale ten był najbardziej intensywny spośród tych, w których uczestniczyłam. Intensywny to było pierwsze słowo, które przyszło mi do głowy po jego zakończeniu i myślę, że najbardziej trafne.

Można powiedzieć, że koncert zaczął się już z grubej rury, co było przyjemną niespodzianką. Setlista została ułożona w nowy sposób, dozując emocje i ładunek energii zawarty w poszczególnych utworach. Z bardziej energetycznych utworów artysta przeszedł do tych spokojniejszych, a potem klimat zmieniał się już częściej. Jako pierwsze wybrzmiały między innymi „Na drugi brzeg”, „Folyn”, przy którym rozpoczęła się taneczna zabawa, „Ry55”, a potem ku mojej ogromnej radości – „Rzek”. Osobiście niezmiernie cieszy mnie fakt, że ten utwór dołączył do setlisty, bo mimo mojej do niego sympatii, nie było mi dane usłyszeć go wcześniej na żywo. Z chórkami Macieja Starnawskiego i Andrzeja Markowskiego wybrzmiał naprawdę świetnie. Następnie po „Ósemko” i moich najukochańszych „Zbożach” nastąpiło moje osobiste objawienie tego wieczoru – niepozorny być może utwór „Zimowy”. Artysta wykonał go grając jednocześnie na ksylofonie. Jakaś doskonała harmonia dźwięków, świateł i przychylność wszechświata sprawiły, że zadziała się jakaś magia. To było jedno z najpiękniejszych wykonań jakie słyszałam i widziałam. Przyznam, że trafiło mi tak, że pociekło kilka łez. Kto by pomyślał.

Potem pomiędzy „Jak dobrze”, „Miłość miłość”, a kończącą „Polsko” znalazła się kolejna niespodzianka – „What I am”. Żywiołowe wykonanie zdecydowanie porwało publiczność. Oczywiście publiczność nie wypuściła artysty tak łatwo. Jako pierwszy bis wybrzmiały „Luka” i „Jaśniej” zaintonowane na ksylofonie. Dodanie ksylofonu do instrumentarium było moim zdaniem strzałem w dziesiątkę. Ogromnie mi się podobały wszelkie wstawki np. w „Zbożach” albo właśnie w „Jaśniej”. Choć pewnie podczas „Jaśniej” jeszcze większą atrakcją było wskoczenie artysty w tłum publiczności i śpiewanie stamtąd. Jako drugi i niestety ostatni bis zagrał cover „Kiss” i „Otu”. I w tym klimacie koncert dobiegł końca.

Przez cały czas nie mogłam się nadziwić pokładom energii Krzyśka tego wieczora. Momentami nie mogłam objąć wzrokiem wszystkich jego ruchów i gestów, i choreografii, i wszystkiego co robi. Charyzmy artyście nigdy nie można było odmówić, ale to zdecydowanie przewyższało wszelkie pokłady energii, jakie u niego wcześniej widziałam. Do tej pory jestem w jakimś stadium szoku. Ale najprzyjemniejsze jest zawsze to, kiedy widać, że artysta po prostu genialnie się na scenie bawi. I właśnie to porywa do zabawy tłumy.

A sam Krzysiek jak zwykle niezawodny, jak zwykle zaskakujący, jak zwykle obłędnie dobry.

Byle do następnego.