Slowdive – 20 lat temu byliśmy od siebie bardzo zależni, praktycznie razem mieszkaliśmy. [wywiad]
» » Slowdive – 20 lat temu byliśmy od siebie bardzo zależni, praktycznie razem mieszkaliśmy. [wywiad]

Slowdive – 20 lat temu byliśmy od siebie bardzo zależni, praktycznie razem mieszkaliśmy. [wywiad]

Kategoria: Wywiady | 0
W ubiegłym tygodniu na deskach Warszawskiego klubu Palladium zagościła grupa Slowdive, prezentując zarówno nowe utwory, jak i te sprzed pamiętnych 22 lat. Udało się nam porozmawiać z Christianem i Nickiem, o przeszłości, przyszłości i godzeniu muzyki z życiem rodzinnym.

 

Weronika Ścierańska: Jak się czujecie po powrocie i wydaniu nowej płyty?

Nick: Przyzwyczailiśmy się, minęły już 3 lata od naszego „pierwszego” występu, wydaje mi się, że całkowicie przywykliśmy do grania na żywo, czuję, jakbyśmy nigdy nie przestali grać. Dobrze jest jednak wplatać nowe piosenki do repertuaru, bawić się świeżym materiałem i obserwować reakcję publiczności na stare i nowe utwory. Nigdy nie wiadomo, co się zdarzy.

Czy granie utworów po 20 latach przerwy było przeżyciem dziwnym, czy raczej czuliście, że czas stanął w miejscu?

Christian: Brzmimy dokładnie tak samo, za to wyglądamy bardzo kiepsko, staro i kiepsko.

Nick: Kiepsko wyglądaliśmy też wcześniej.

Christian: Prawda.

Nick: Oczywiście musieliśmy poświęcić trochę czasu na przypomnienie sobie wszystkiego, nie od razu Rzym zbudowano. Przebrnięcie przez listę utworów, które chcielibyśmy zagrać zabrało sporo czasu. Po wybraniu tych najbardziej znanych i prawdopodobnie najłatwiejszych, zabraliśmy się za te bardziej skomplikowane. Doszło też do nas, że z czasem zapomnieliśmy bardzo dużo, ale z graniem jest jak z jazdą na rowerze.

Dlatego musieliśmy czekać na nową płytę całe 3 lata?

Nick: Tak, najpierw musieliśmy uporać się z już istniejącym materiałem. Zajęło to dłużej niż planowaliśmy. Zagraliśmy także więcej koncertów, niż planowaliśmy, w międzyczasie wracaliśmy też do domów, do rodzin i dzieci. Mieliśmy tak napięte kalendarze, że wyprawa do studia nagrań musiała zwyczajnie poczekać.

Ciężko jest pogodzić karierę i rodzinę? Najczęściej rozpoczynający karierę muzycy są młodzi, nie mają zobowiązań, a w każdym porcie czekają inne kobiety.

Christian: 20 lat temu byliśmy od siebie bardzo zależni, praktycznie razem mieszkaliśmy. Teraz mieszkamy w różnych miastach, wszyscy mamy rodziny.

Nick: Oprócz rodzin mamy też piękny, wspólny kalendarz, w którym zaznaczamy czas zarezerwowany dla rodziny. Dzięki niemu możemy łatwiej wygospodarować na przykład 4 dni wolne, które poświęcić możemy promocji, czy próbom. Christian i ja mieszkamy relatywnie blisko. Simon mieszka w Cambridge, Neil i Rachel na południowym zachodzie kraju. Anglia nie należy do największych państw, nadal jednak jesteśmy oddaleni od siebie o 4 godziny. Neil ma dwójkę dzieci, tak jak ja i Christian. Z wiekiem wszystko wydaje się łatwiejsze do pogodzenia, kontakt ułatwia nam też technologia.

Dzieci są z was dumne?

Nick: Niedawno widziały nas na żywo. Twojemu synowi się podobało, prawda?

Christian: Tak, ma siedem lat, był zachwycony. Moja jedenastoletnia córka z kolei nie była pod wrażeniem.

Nick: Moje dzieci są trochę młodsze. Syn ma dziewięć lat, był trochę przytłoczony. Bał się tłumu, zaproponowałem, żeby podczas koncertu stał z boku sceny. Był przekonany, że wszyscy go zobaczą. Powiedziałem uwierz mi, nikt nawet nie patrzy na mnie. Wszyscy patrzą na Rachel! Moja sześcioletnia córka uznała cały koncert za przezabawny.

Christian: “Spójrz, jakie głupie miny robi tatuś” (śmiech)

Nick: Z jednej strony są dumne, z drugiej zażenowane. Kiedy na pytania ludzi o nasz zawód, odpowiadamy, że gramy w zespole, nikt nie bierze tego na serio. Musimy ich przekonywać, że naprawdę żyjemy z muzyki. Zdecydowana większość ludzi dopuszcza do siebie dwie skrajności: sława pokroju U2, albo granie w pubach do kotleta. To pewnie zasługa masowości programów pokroju X-Factor i kupowania płyt w supermarketach. Wizja utrzymania się z samej muzyki zwyczajnie ludzi przerasta.

Kiedy zdecydowaliście się rozwiązać zespół miałam zaledwie 4 lata.

Nick: W 1995 mentalnie mieliśmy pewnie 4 lata. (śmiech)

Musiałam trochę poszperać i okazało się, że w tamtym czasie byliście bardzo krytykowani. Jak wiadomo, lata 90-te to głównie rock, później zastąpiony popem. Myślicie, że waszą muzyką wyprzedziliście trendy?

Christian: Nie szczególnie, przez cały czas po prostu tworzyliśmy to, w co wierzyliśmy. Niektóre zespoły lawirowały wśród trendów, dopasowując się do tego, co akurat było chwytliwe. Jak myślisz?

Nick: Dokładnie. Nawet kiedy zaczynaliśmy, a krytycy byli dla nas mili, zawsze trzymaliśmy się konkretnej wizji. Nie byliśmy także pierwsi, czerpaliśmy z zespołów, które grały podobnie do nas. Jak Christian wspomniał, niektórzy woleli dopasować się do trendów, wykorzystując na przykład funkowe beaty i partie perkusyjne. My nie chcieliśmy iść w tym kierunku, oddalając się od nich jak tylko mogliśmy. Niektórzy lubili naszą muzykę, inni uważali, że jest idiotyczna.

Czy ta krytyka nie odcisnęła na was piętna?

Nick:: Nie, reporterzy pytają nas, czy powrót to nasza prywatna vendetta, żeby pokazać innym co potrafimy, że mogą się gonić! Zawsze odpowiadamy nie, szczerze nigdy o tym nie myśleliśmy, ci krytycy wykonywali tylko swoją pracę. Musieli sprzedać gazety, dlatego mieszali zespoły z błotem, wyśmiewali, czytelnicy uważali to za przezabawne. Ta praktyka umarła jakiś czas temu. Szczerze mówiąc, jeśli ponowna kariera muzyczna by nie wypaliła, wrócilibyśmy do pracy w firmie komputerowej.

Pracowaliście w firmie komputerowej?

Nick: Tak, razem z Christianem pracowaliśmy w tym samym biurze. Dostaliśmy tę pracę, bo firma zatrudnia ludzi, którzy o komputerach wiedzą tyle, co nic.

Pitchfork stworzył listę “50 najlepszych albumów Shoegaze”, a wasze dotychczasowe płyty znalazły się w pierwszej dziesiątce. Czy uważacie, że w dobie internetu, w którym wieści rozchodzą się w ułamku sekundy po całym świecie, muzycy mają większe pole do popisu? Czy działa to na ich korzyść?

Nick: W tej sytuacji można powiedzieć, że kij ma dwa końce. Z jednej strony w sieci jest tyle nowej muzyki, ciężko jest trafić do pożądanej publiczności. Z drugiej jednak każdy ma szansę zaistnieć, nawet bez podpisywania kontraktów w wytwórniach muzycznych. Grunt, to znaleźć odpowiednie środki przekazu. Nam było zdecydowanie łatwiej, mieliśmy już wyrobione imię, które ludzie od razu rozpoznali. Kiedy wróciliśmy, mogliśmy wydać płytę i nie martwić się rozpoczynaniem od nowa.

A jak znosicie bycie w świetle reflektorów, z nową publicznością i dużą ilością fanów na Instagramie, śledzących wasz każdy krok?

Nick: Łatwo jest się do tego przyzwyczaić, Rachel jest najlepsza w tym całym zgiełku social media. Osobiście nie mam nic przeciwko, image internetowy to w dzisiejszych czasach podstawa.

Jest coś, czego nie bylibyście w stanie zaakceptować?

Christian: Szczerze, nie jesteśmy proszeni o selfie, czy autografy praktycznie w ogóle. Możemy wmieszać się w publiczność zaraz po koncercie i nikt nas nie zaczepia. W przeciwieństwie do Rachel.

Nick: Nie tak od razu w ogóle. (śmiech) Każdy zespół przez to przechodzi. Kiedy zdecydowaliśmy się wrócić, podjęliśmy decyzję, że wrócimy tylko w oryginalnym składzie. Jeśli jedno z nas zdecydowałoby inaczej, nie wrócilibyśmy. W zespole jesteśmy równi, ale to Neil pisze, a Rachel jest kobiecym elementem, na dobre i na złe. Wszystkie media skupiają się zawsze na kobiecie. Rachel za tym zainteresowaniem nie przepada, my już dawno pogodziliśmy się z tym faktem. Podczas każdego koncertu robione są zdjęcia, nie mamy wpływu na ich publikację, za to wiemy, że na wszystkich będzie Rachel. (śmiech)

Wielkie dzięki za rozmowę i do zobaczenia na sali!

Zdjęcia: Go Ahead