Snowman – „Gwiazdozbiór” [recenzja]
» » Snowman – „Gwiazdozbiór” [recenzja]

Snowman – „Gwiazdozbiór” [recenzja]

Kategoria: Recenzje | 0

W ciągu ostatnich lat o Snowmanie najczęściej słyszeliśmy w kontekście grupy Myslovitz. Medialny szum wokół Michała Kowalonka na szczęście ustał, a Snowman w końcu o sobie przypomniał. Po 6 latach wydawniczej przerwy poznański zespół wraca w nowej, dużo bardziej piosenkowej odsłonie.

Od czasów wydania „The Best It Yet To Come” sporo się zmieniło. Na poprzednich płytach dało się odczuć wyraźny brak spójności. Być może przez muzyczną różnorodność członków zespołu, którzy starali się wypracować jakiś wspólny język. Mocno było słychać, że grupa wciąż poszukuję swojego stylu. Sięgali po różne gatunki, wplatali niekiedy polskojęzyczne piosenki między anglojęzyczne numery. W efekcie otrzymywaliśmy przyjemny dla ucha muzyczny misz-masz. Teraz widać, że Snowman obrał konkretny kierunek. Na nowej płycie wszystko się zgadza. Dźwięki i teksty zostały poukładane i tworzą spójną, uporządkowaną całość w postaci albumu „Gwiazdozbiór”.

 

 

Zespół od długich, transowych kompozycji tak charakterystycznych dla początków Snowmana poprzez bardziej przystępne utwory na „The Best Is Yet To Come” przeszedł do krótkich, piosenkowych form. Gwiazdozbiór prawie w całości składa się z przebojowych, energetycznych utworów, pełnych chwytliwych refrenów. Duża część piosnek ma mocny radiowy potencjał i z powodzeniem sprawdziłaby się jako singiel. Największą perełką tego albumu jest tytułowy „Gwiazdozbiór Strzelca”, który jest pewnego rodzaju pomostem między „starym” i „nowym” Snowmanem. Prawie 7-minutowy utwór przypomina klimatem jeszcze starsze czasy, a wyjątkowo zgrabny tekst po polsku wpisuje się już ładnie w ramy nowego albumu.

Gwiazdozbiór przemawia do słuchaczy prostym językiem przez co teksty są bardzo uniwersalne i trafią do odbiorców w różnym wieku. Zespół postawił po raz pierwszy w całości na język polski. Ale to nie jedyna zmiana. W międzyczasie doszło także do pewnych roszad w składzie. Odszedł Adam Brzozowski, a w zespole pojawiła się świeża energia, jaką wniósł Marcin Szczęsny. Zazwyczaj fani czują się trochę nieswojo wobec takich zmian, tutaj jednak się tego nie odczuwa. Szczęsny sprawia wrażenie jakby grał z nimi od zawsze. Świetną chemie między nim, a zespołem można było zobaczyć już na kilku koncertach, a efekty tej współpracy można usłyszeć na płycie.

Chociaż trochę się tęskni za dawnymi, długimi i nastrojowymi kompozycjami to mimo dynamizmu i szybkiego tempa, na nowej płycie wciąż możemy odnaleźć to, co w Snowmanie najlepsze, czyli garść szczerych emocji, trochę nostalgii i świetnie brzmiących gitar.