Traffic Junky – „Desert Carnivale” [recenzja]
» » Traffic Junky – „Desert Carnivale” [recenzja]

Traffic Junky – „Desert Carnivale” [recenzja]

Kategoria: Recenzje | 0

Wydawałoby się, że w obliczu bardzo dużej popularności indie rocka, muzyki alternatywnej i elektronicznej, debiut, który stylistycznie odwołuje się do „klasyki rocka” nie ma szans na zaistnienie. Okazuje się jednak, że klasyczny rock może być równie atrakcyjny i pociągający jak najbardziej topowe gatunki muzyczne, czego dowodem jest debiutancka płyta olsztyńskiej grupy Traffic Junky „Desert Carnivale”.

Zespołowi stylistycznie najbliżej do stoner rocka, choć muzycy nie ograniczają się jedynie do tego gatunku, chętnie czerpiąc z hard rocka czy grunge. Płytę rozpoczyna piosenka „Man Behind The Sun”, która długim intro wprowadza w gęsty i ciężki klimat, w tle słychać mroczne odgłosy (pokrzykiwanie kruka, szum wiatru, bicie dzwonu), a następnie brzmienie gitary, która jakby rozgrzewa się przed tym, co będzie się działo na płycie. Pierwszy utwór rozwija się powoli, w kolejnych muzycy od pierwszych sekund podają solidną dawkę gitarowego brzmienia, wolą za to zwolnić tempa pod koniec utworu, albo jak w przypadku utworu „Dignity” w połowie, aby za chwilę ponownie zmienić tempo o 180 stopni. W kolejnych utworach muzycy niejednokrotnie zaskakują przejściami, gitarowymi solówkami czy zmianami klimatu. Spragnionych brzmienia rocka z pewnością zadowolą mocne, wyraźne brzmienie basu (świetnie wyeksponowany w piosence „Life After Life”), który buduje utwory, nadając mroczny i gęsty klimat. A kiedy wydaje się, że maksymalne tempo rockowego grania zostanie zaraz osiągnięte, zespół piosenką „In The City Of Lost Souls” niespodziewanie przechodzi do bluesa, dając słuchaczowi chwilę wytchnienia. Mimo że na płycie słychać wiele odniesień do klasyki rocka, muzycy nie rezygnują z nowoczesnego brzmienia, obecnego zwłaszcza w niebanalnych riffach, których na płycie pełno, dzięki czemu udaje się iim przykuć uwagę wymagającego słuchacza, spragnionego współczesnego, rockowego grania.

mat. prasowe

Po pierwszym przesłuchaniu płyty, ze względu na język w jakim śpiewa wokalista Darek Krasowski, można przeoczyć świetne dopasowanie muzyki do opowiadanych w tekstach historii. Dotyczą one śmierci, demonów, zabójstwa, także miłości, ale nie tej z gatunku „love story” („Becky”). Muzyka i teksty świetnie ze sobą korespondują, dzięki czemu płyta jest niezwykle plastyczna i wyraźnie widać, że muzycy przygotowując materiał, potraktowali na równi warstwę muzyczną i tekstową. Zmiany rytmu i kolejne riffy są spójne z opowiadanymi historiami, odwzorowują zwroty akcji opisane w tekstach, co można zaobserwować choćby w utworze „Hercules” – jednej z najbardziej „fabularnej” opowieści na płycie. Świat przedstawiony w tekstach jest mroczny i brutalny, ale niezwykle fascynujący, przywołujący na myśl powieści grozy i klasykę metalowych utworów. Płyta nie została jednak „przegadana”, teksty zostawiają muzyce dużo miejsca i są jej dopełnieniem.

Zespół określając swoją debiutancką płytę „powrotem do klasyki rocka” nie sprecyzował jak rozumianego rocka ma na myśli. Na płycie słychać zarówno wpływy Iron Maiden, Black Sabbath, Led Zeppelin, ale także Alice in Chains czy Soundgarden. Komponując płytę, muzycy zaczerpnęli z wyżej wymienionych zespołów to, co u każdego z nich najlepsze – długie, agresywne solówki gitar jak na płytach Black Sabbath czy Iron Maiden, melodyjność i umiejętności budowania nastroju jak Led Zeppelin, a wszystko to podkręcone tempem i surowym brzmieniem zespołów z Seattle. Swój muzyczny cel Traffic Junky określili jako „przywrócenie świetność klasycznej, rockowej muzyce. Tak jak było za dawnych czasów. Jednocześnie pozostając wiernym swoim wszechobecnym muzycznym inspiracjom”. Te trzy krótkie zdania idealnie podsumowują „Desert Carnivale”, które daje nadzieję na to, że elektronika nie tak łatwo wyprze rock.