Pepe.: Siła muzyki polega na charakterze – na brzmieniu, które ma i na tym, co z niej wypływa [wywiad]
» » Pepe.: Siła muzyki polega na charakterze – na brzmieniu, które ma i na tym, co z niej wypływa [wywiad]

Pepe.: Siła muzyki polega na charakterze – na brzmieniu, które ma i na tym, co z niej wypływa [wywiad]

Kategoria: Wywiady | 0

Pepe., czyli Piotrek Rajski to młody producent pochodzący z Ostrowa Wielkopolskiego. Ma w swoim dorobku dwie EP-ki, na których prezentuje słuchaczom chwytliwe, elektroniczne melodie opatrzone jednocześnie dozą melancholii i muzycznej wrażliwości. Z artystą rozmawiamy w dniu jego koncertu w Warszawie, gdzie zadebiutował występem w formie live actu.  

 

Katarzyna Wróblewska, SO!MUSIC: Dzisiejszy koncert w Warszawie jest Twoim pierwszym występem w formie live actu. Czy zakładając ten projekt od początku miałeś wizję, że finalnie chciałbyś prezentować się właśnie w takiej odsłonie?

Pepe.: Pomysł jak to ma wyglądać, zrodził się kilka miesięcy temu. Podczas wakacji dostałem propozycję zagrania dzisiejszego live actu, więc to był moment, w którym zacząłem myśleć jak to powinno brzmieć. Początkowo nie miałem koncepcji, jak zaprezentować moją muzykę na żywo, ale chciałem spróbować.

 

Czego publiczność może się spodziewać po tych występach?

Na pewno tego, że będę bawił się konstrukcją utworów. Jest to live act, więc będę dogrywał i nakładał różne efekty. Nie ogranicza się to tylko do komputera, a aranżacje będą inne od tych, które można usłyszeć na nagraniach studyjnych.

 

Do tej pory grałeś sety DJ-skie. Czy występowanie na scenie przychodzi Ci naturalnie, czy wymaga to od Ciebie przełamywania pewnych barier?

Doświadczenie grania setów DJ-skich próbuję przełożyć na granie na żywo, ale bycie na scenie nadal nie jest dla mnie czymś naturalnym. Stresuję się występami. Czasami mam obawy, że ludziom nie spodoba się to, co zaprezentuję. Za bardzo się nakręcam, bo ostatecznie wszystko wychodzi dobrze. Najgorsza jest chwila tuż przed występem. Wszystko przechodzi, kiedy jestem na scenie. Gdy już zaczynam grać, to wiem, że jedyne co mogę zrobić, to zagrać najlepiej jak potrafię.

 

Skąd te obawy przed negatywnym odbiorem? Przyznam, że przeglądałam w internecie komentarze na temat Twojej muzyki i ciężko było znaleźć chociaż jedną negatywną opinię.

Odbiór muzyki wypuszczanej do sieci to jedna rzecz, a odbiór występu to druga rzecz. Fajnie, że moja muzyka się podoba, ale nie wiem czego ludzie się spodziewają, jakie wyobrażenia mają o tym, jak to brzmi na żywo.

 

Twoja muzyka zawiera duże pokłady emocji. Skąd się u Ciebie wzięło to „ucho do uczuć”? Wszystko dzięki wewnętrznej wrażliwości czy rolę odegrały też zewnętrzne bodźce?

Wrażliwość na pewno robi swoje, ale ważne jest też doświadczenie życiowe. To wygląda tak, że mam jakiś ładunek emocjonalny – negatywny bądź pozytywny – i przekładam go na muzykę. Nie chcę być postrzegany tylko jako produkt, ale jako ktoś, kto faktycznie mówi muzyką i porusza czyjąś wyobraźnię. To jest bardzo ważne, a o tym zapominamy w dzisiejszych czasach. Jest mnóstwo gwiazd, które są tak naprawdę kalkami zachodnich muzyków. Wtedy zastanawiam się, gdzie w tym wszystkim jest artysta, jego osobowość i doświadczenie życiowe. To są według mnie elementy, które budują wartość sztuki. Moje utwory nie brzmią zbyt wesoło, ponieważ jestem po takich, a nie innych wydarzeniach. Muszę przeżyć coś, co znajdzie swoje odzwierciedlenie w muzyce. Tym zawsze będę kierował się przy wydawaniu kolejnych kawałków.

 

Stawiasz sobie wysoko poprzeczkę.

Wiem, że to jest trudne. Robię muzykę instrumentalną, a o wiele łatwiej byłoby to wszystko ubrać w słowa. Niestety nie umiem śpiewać, ale staram się, żeby właśnie emocje było słychać w muzyce.

 

Sam nie śpiewasz, ale zapraszasz do współpracy przy warstwie wokalnej innych artystów – masz na swoim koncie kolaborację z Patrickiem the Panem. Jak wyznaczasz granice swojej autonomii jako producent? Co się dzieje, gdy spotkają się dwie mocne osobowości?

Mogę odpowiedzieć na podstawie doświadczenia współpracy z Piotrkiem. Nie narzucałem mu swojej wizji na wokal. Nie jestem typem producenta, który mówi „masz mi zaśpiewać to w ten sposób i koniec”. Trzeba zostawić wokaliście pole do popisu, żeby mógł pokazać to, co jest dla niego charakterystyczne. Nie mam wielkiego doświadczenia, bo nie pracowałem z wieloma osobami, ale uważam, że najważniejsze to nie narzucać na siłę swojej wizji i zostawiać przestrzeń.

 

 

Słyszałam, że planujesz kolaboracje z innymi artystami.

Tak, niedługo ukaże się piosenka, którą nagrałem z pewną znaną polską wokalistką. Póki co, nie mogę zdradzić z kim. W sumie mogę, ale nie wiem jak wytwórnia by na to zareagowała (śmiech). Więc wszystko w swoim czasie.

 

Właśnie, jak Ci się układa współpraca z wytwórnią? Nie musiałeś trochę ustąpić ze swojej swobody jako twórca?

Mam swoją swobodę. Chłopaki z Flirtini bardzo mi pomagają. Nie jest tak, że oni wydają wszystko w ciemno – zawsze mam od nich feedback, że to jest fajne, a to jeszcze można poprawić. Współpraca jest udana, nie czuję się w żaden sposób ograniczany. Mam też wrażenie, że muzyka, którą prezentuję, wpisuje się w ich charakter, a może nawet pokazuje Flirtini od innej strony, niekoniecznie tej imprezowej.

 

Wróćmy jeszcze do tematu kolaboracji – masz wymarzonych artystów, z którymi chciałbyś współpracować?

Jeśli chodzi o takich naprawdę wymarzonych, to James Blake, Erykah Badu, Kevin Parker.

 

Są to osoby, które stanowią dla Ciebie wzór artysty, czy wybierając muzyków do współpracy zwracasz uwagę na coś innego?

Lubię, gdy dany wokalista reprezentuje inny nurt muzyczny, wtedy wiem, że ze współpracy może wyniknąć coś ciekawego. Z Piotrkiem tak było, on raczej tworzy muzykę gitarową, akustyczną, a ja elektroniczną. Myślę, że właśnie ten eklektyzm jest głównym powodem, dla którego decyduję się na konkretnych artystów.

 

Przykładasz dużą uwagę do oprawy wizualnej – przed wypuszczeniem do sieci nowego utworu publikujesz teasery. Skąd taki pomysł na promocję?

Przede wszystkim bardzo lubię taką formę, jest to swego rodzaju dopełnienie. Ludzie czasami myślą, że jest to zapowiedź jakiejś większej rzeczy, na przykład klipu, a potem okazuje się, że na tych kilkunastu sekundach wideo się kończy. To dobry sposób na promocję, może zainteresować odbiorcę. Wrzucenie okładki zapowiadającej utwór jest w porządku, ale filmik wydaje się ciekawszy. Myślę w muzyce obrazami, więc teasery pokazują, co może siedzieć w mojej głowie.

 

Skoro myślisz obrazem w muzyce, to czy na Twoich koncertach można spodziewać się wizualizacji?

Tak, będą wizualizacje. Przygotował je mój serdeczny kolega Jordan. Do każdego utworu jest zrobiona osobna wizualizacja, więc myślę, że jest to dobre urozmaicenie.

 

Wizualizacjami są właśnie te obrazy, które widzisz słuchając danego utworu, czy będą to abstrakcyjne wzory dające słuchaczowi swobodę interpretacji?

Są to bardzo abstrakcyjne wzory. Dałem wolną rękę koledze. Odbywaliśmy razem próby, ale z racji tego, że byłem zajęty graniem, to nie wiem jak prezentuje się całość (śmiech). Myślę jednak, że będzie to fajnie uzupełnienie mojego live-actu.

 

pepe

 

W kwietniu wydałeś swoją drugą EP-kę „Places without things”. O jakich podróżach tam opowiadasz?

Ta EP-ka ma dwa wymiary. Pierwszy wymiar opowiada o podróży, zmianie miejsc, wyjazdach i powrotach. O drugim znaczeniu do tej pory głośnio nie mówiłem, bo nie chciałem robić z niego leitmotivu. Historia jest taka, że miała to być muzyka, która pomoże pewnemu komuś uporać się ze stratą bliskiej osoby. Znając ten kontekst można inaczej spojrzeć na tytuły piosenek. Na przykład „Better Place” sugeruje, że ta osoba jest już w lepszym miejscu. Dlatego należy na to patrzeć dwojako. Umieranie i życie też jest formą podróży.

 

Film dokumentalny, do którego stworzyłeś muzykę, również dotykał poważnych kwestii.

Tak, film nazywa się „Głowa do góry” i opowiada o życiu w podpoznańskim ośrodku dla chorych na Alzheimera. Dokument porusza ważną kwestię opiekowania się osobami starszymi. Często nie mają one kogoś, kto mógłby się nimi zająć, więc trafiają do takich ośrodków, co jest niesamowicie smutne. Jestem zadowolony z efektu końcowego, muzyka okazała się dobrym dopełnieniem całości.

 

Jak Ci się pracowało przy takiej formule? Zawsze wydawało mi się, że tworzenie muzyki do filmu wymaga od artysty pewnego rodzaju pokory, bo to jednak nie jego kompozycja będzie w tym momencie najważniejsza.

Osoba, która poprosiła o wykorzystanie mojego utworu w filmie, usłyszała go wcześniej w spektaklu. Ale tworzyłem też muzykę do programów rozrywkowych – to z pewnością było doświadczenie, gdzie to nie muzyka była najważniejsza. W takiej sytuacji istotna jest dla mnie niezależność. Swoboda, bym mógł opowiedzieć swoją muzyką przedstawiany obraz w sposób, w jaki ja go widzę. Wtedy tworzenie jest wyzwaniem dla twórcy. Jest cienka granica między tym, że coś się staje twoim obowiązkiem, a tym, że coś ci sprawia frajdę. Z muzyką jest tak, że jeśli jest jakiś przymus – a tak traktuję to, że coś trzeba zrobić pod czyjeś widzimisię – wtedy jest to tworzenie niedające przyjemności.

 

Jesteś już na etapie traktowania muzyki jako pracy?

Fajnie by było, gdyby to się zamieniło w pracę, ale nie wiem czy w Polsce jest miejsce na zarobek muzyką elektroniczną w takim wydaniu. Tak naprawdę jest niewiele zespołów reprezentujących ten nurt, które mogą na tym zarabiać. Jest Rebeka, Kamp!, Xxanaxx i kilka innych zespołów. Ale tam formuła jest trochę inna. Są to duety w postaci: pani na wokalu i pan na syntezatorach. Jeśli zmieni się to, co jest teraz modne, to może kiedyś mi się uda. Tak czy inaczej związałem już swoje życie z muzyką. Dla mnie najważniejsza jest przyjemność płynąca z tego, że tworzę, i że to co robię podoba się ludziom

 

Nigdy nie myślałeś, żeby stworzyć taki właśnie zespół?

W sumie fajnie byłoby kiedyś stworzyć projekt wokalno-instrumentalny. Tylko to nie może być droga na skróty – wezmę dziewczynę, która ładnie śpiewa i będę udawał, że robię coś nowego. Mamy trochę duetów elektronicznych w Polsce i uważam, że jest przesyt taką formą.

 

Mówisz o przesycie w muzyce. Masz wrażenie, że tak wiele już zostało powiedziane, że trudno pokazać coś nowego?

Zastanawiam się co to znaczy „pokazać coś nowego”. Pierwsi znajdziemy jakieś brzmienie, którego nie ma na Zachodzie? Zazwyczaj to się sprowadza właśnie do tej kalki z Zachodu. Mam wrażenie, że cały czas pojawia się coś nowego, czego jeszcze nie słyszałem, ale z drugiej strony komuś innemu może to się już z czymś kojarzyć. Zdaję sobie sprawę, że dla kogoś moja muzyka może nie być wybitnie odkrywcza, ale wydaje mi się, że jej siła polega na charakterze – na brzmieniu, które ma i na tym, co z niej wypływa.

 

Na koniec chciałabym Cię spytać o Twoje muzyczne guilty pleasures, masz takie?

Ostatnio słuchałem dużo FatBoy Slima. Ale czy jest coś więcej… Czasami gdy coś robię w domu, na przykład sprzątam, to śpiewam stare polskie utwory. „Widziałam orła cień”, „Dziewczyna Szamana” – takie klimaty. Każdy to zna. Mój współlokator też zna te teksy, więc często śpiewamy w duecie (śmiech).