SO!MUSIC

NOWA STRONA MUZYKI

Recenzje

Swiernalis – “Drauma” [recenzja]

Dekadencja, przygnębienie i mnóstwo innych dołujących doznań. Nie jest mi do końca po drodze z taką stylistyką. Tak jak każdy w niektórych momentach odrzucam komedie romantyczne na rzecz depresyjnych filmów, jednak staram się nie otaczać melancholią na co dzień. Biorąc pod uwagę takie nastawienie, debiutancką płytę Swiernalisa powinienem po pierwszym odsłuchu spalić albo przynajmniej zakopać na tęczowym cmentarzu. Stało się jednak całkiem inaczej – reprezentant wytwórni Kayaxu nie pokrzepia co prawda na duchu, ale w jego premierowych piosenkach czuć próbę rozliczenia się z grzechami przeszłości połączoną z nadziejami na przyszłość.

To, co odróżnia mieszkajacego obecnie w Warszawie wokalistę od kolegów z branży, trudno nazwać typową zaletą, jednak właśnie przez prawdziwość smutku dziesięć premierowych piosenek brzmi tak oryginalnie. Nie korzystając z pomocy ghostwriterów mogących zrobić królowę ciemności nawet z Mandaryny, Paweł zawarł na płycie dużo autobiograficznych odniesień. Zabiegi mniej (gry słowne albo subtelności) lub bardziej (bo o kim może być Chłopiec z papierosem?) widoczne budują autentyczność, dzięki czemu krążek staje się koncepcyjną i spójną historią. Warto dodać, że bynajmniej nie taką z typu leniwie się ciągnących: utwory są nierówne i sporo w nich zaskoczeń: nie tylko w warstwie tekstowej.

Muzycznie Swiernalis umiejscawia się w nurcie nieco psychodelicznego  singer-songwritingu. Klasyczna gitara wraz z basem uzupełnione są o brzmieniowe niespodzianki: chórki, folkowe przeszkadzajki czy oldschoolowe syntezatory. Gdzieś wkradają się post-rockowe sample (Ptak), w innym momencie na saksofonie przygrywa Zabrocki, a  finalnie tempo osiąga nawet rejestry charakterystyczne dla rock n’ rolla (chyba mój ulubiony kawałek na płycie, czyli ateistyczna L.U.C.A). Mariaż takich rozwiązań nie jest łatwy do opisania jednym gatunkiem, jednak skwitować można krótko – fani mroku Nicka Cave’a i tajemnicy spod rockowego znaku Toma Waitsa będą Draumą zauroczeni. Nie opuszcza mnie też skojarzenie z prekursorami groteski oraz czarnego humoru – The Tiger Lillies. Artysta co prawda nie gra jak londyńczycy na zabawkowych instrumentach, ale bije od niego podobna, nieco teatralizowana poświata. Początkowo do takiej maniery trudno się przyzwyczaić, jednak w konsekwencji autora Sierści łatwiej polubić niż miałkich, indie-popowych grajków.

Meritum nie kryje się jednak w melodiach. Na krążku warto zwrócić uwagę przede wszystkim na lirykę. Wersy bywają kąśliwe, trudne do wyduszenia, nierzadko gorzkie. Jak już wcześniej wspominałem, od piosenkarza bije naturalizmem, który częściowo przemienia się nawet w turpizm. Paweł nie przebiera w półśrodkach, ale dobitnie (i celnie, warto dodać) komentuje otaczającą go rzeczywistość. Rozliczając się z tym, co już przeminęło, wyciąga trafne wnioski (Ewolucja skrzydeł), a między słowami, potyczkami językowymi i licznymi środkami stylistycznymi kryją się jego osobiste refleksje dotyczące fundamentalnych spraw. Sporo tu o kobietach (Dzikie palmy), alkoholu stanowiącym substytut nocnych imprez czy wreszcie odnajdywaniu swojego miejsca na ziemi. Niektóre zwrotki mogą na pierwszy rzut oka wydawać się nieco przebrzmiałe (jak choćby singlowa Sierść), lecz wyśpiewane przez operującego znakomitą dykcją wokalisty nabierają blasku i sekretnej mocy.

Podsumowanie debiutu dwudziestosiedmiolatka mogłoby być zamknąć się w krótkiej puencie: do eksperymentów Swiernalisa trzeba się przyzwyczaić, co wymaga odrobinę czasu, a przede wszystkim samozaparcia. Warto jednak wsłuchać się w Draumę,  gdyż na polskiej scenie alternatywnej nie ma wiele takich indywidualności. Materiał być może za pierwszym razem nie będzie zachwycający, ale przy odpowiednim nastroju (bądź trunku) istnieje spora szansa, że stanie się uzależnieniem. Słowem – pozycja wskazana dla miłośników jesiennych premier.