SO!MUSIC

NOWA STRONA MUZYKI

Relacje

Daniel Bloom wystąpił w Poznaniu [relacja]

daniel bloom

Syntezatorowy sznyt, czyli rozpoczęcie trasy koncertowej w najlepszym wydaniu.

Kiedy pojawiły się pierwsze informacje dotyczące nowego projektu Daniela Blooma, odrobinę się zdziwiłem. Oto  multiinstrumentalista, który wcześniej maczał palce przy raczej offowych i kompozytorskich przedsięwzięciach, prezentuje swoje nieco bardziej mainstreamowe oblicze. Do współpracy zaprosił nie tylko artystę po wizerunkowej metamorfozie, czyli Tomasza Makowieckiego, lecz także Melę Koteluk, Gabę Kulkę czy wokalną połowę Rebeki – Iwonę Skwarek. Połączenie tak rozpoznawalnych wokali i elektronicznego brzmienia mogło się nie udać, lecz wszystko skończyło się dobrze. Odbiorcy szybko zaaprobowali kolejny mariaż gatunkowy na polskiej scenie alternatywnej, czego naturalna konsekwencja mogła być tylko jedna – trasa koncertowa. Tournee rozpoczęło się w miniony czwartek w poznańskim Blue Note.

Na potrzeby podróży po Polsce Daniel uformował specjalny zespół, dzięki któremu kompozycje znajdujące się na Lovely Fear mogą nabrać swoistego kolorytu. Oprócz wspomnianego już Makowieckiego – udzielającego się jako wokalista i klawiszowiec – skład koncertowy uzupełnia Marsija Loco z zespołu Loco Star oraz perkusista Gniewomir Tomczyk – na co dzień współpracujący z Liroyem czy duetem XXANAXX. Sam dobór współpracowników zasługuje na aprobatę – wymienione nazwiska to postacie znane miłośnikom elektroniki, dzięki czemu od razu mogli odnaleźć się w syntezatorowej stylistyce sugerowanej przez Blooma.

Już od początku wieczoru czuć było, że muzycy znakomicie się ze sobą dogadują, a godziny spędzone na intensywnych przygotowaniach nie spełzły na niczym. Mimo że to był pierwszy koncert na trasie i można było spodziewać się technicznych niedociągnięć, podczas setu wszystko grało jak w szwajcarskim zegarku. Głosy piosenkarzy znakomicie współgrały z feerią syntetycznych brzmień serwowanych przez gwiazdę wieczoru. Widać było, że kompozytor doskonale czuje się w roli frontmana nietypowej formacji: swobodnie krążył wśród plątaniny kabli, urządzeń i instrumentów. Oprócz tego, że śmiało igrał z konsoletami, tworząc wielowątkowe i zakrawające o improwizację pasaże, samemu sięgnął po mikrofon i udzielał się wokalnie. Być może jest to porównanie na wyrost, ale myślę, że nad Wisłą nie znajdziemy kogoś tak przypominającego Jean Michel-Jarre’a.

Goście również spisali się na medal. Najciekawiej wypadł wspomniany już Makowiecki, dla którego nie było to pierwsze spotkanie z Bloomem. Panowie wcześniej współpracowali przy koncept albumie Moizm. Wydawnictwo odsłaniające nowe, odrobinę bardziej alternatywne oblicze wokalisty, obnażyło syntezatorową fascynację gdynianina. Nic dziwnego, że musiał pojawić się zarówno na krążku, jak i na koncertach kompozytora. Nie ma co ukrywać – dobrze było go zobaczyć po dłuższej nieobecności na scenie. Stoi za tym nie tylko moja czysta sympatia do ostatnich dokonań muzyka, ale też fenomenalne wykonanie Heartbreakers czy rozbudowanego Addicted. Ta druga piosenka zapada w pamięci wyjątkowo głęboko i otwiera szufladkę, w której znajdują się skojarzenia przywołujące na myśl chociażby Jamesa Blake’a.

Interesujące były też partie wokalne Marsiji, dla której koncerty Blooma są także powrotem na scenę w towarzystwie reflektorów. Tak jak Makowiecki trafił na elektroniczne poletko po przeprawie z miałkim, gitarowym pop-rockiem, tak ona od początku flirtowała z syntezatorami, współpracując z Loco Star, Smolikiem czy Pink Freud. Jej swobodne poruszanie się w tej stylistyce jest zauważalne od razu i smakuje wyjątkowo wybornie. To już nie ten poziom, gdy zastanawiamy się, czy to playback. Istotną zagwozdką jest jedynie, czy piosenkarka bardziej przypomina Novikę czy też australijską Kylie Minogue.

Trochę zawiódł mnie za to bodaj najbardziej oklaskiwany gość wieczoru, czyli Mela Koteluk. Autorka świetnie przyjętych Migracji zaśpiewała w singlowej Katarakcie, która od dobrych kilku tygodni święci triumfy na Trójkowej liście przebojów. W porównaniu do tego, co zaprezentowała dzień później na Międzynarodowych Targach Poznańskich, wokalistka w Blue Note wypadła dla mnie mało przekonująco. Może to nie był jej dzień albo pozostali członkowie grupy po prostu spisali się lepiej.

Już na sam koniec warto wspomnieć, że w czwartek poznaniacy nie usłyszeli wyłącznie kompozycji z Lovely Fear. Bloom w świetnym stylu przypomniał o swoich wcześniejszych dokonaniach. Odświeżając nieco zapomniane piosenki, jakie nagrywał z grupą Physical Love, udowodnił mi jedno. Jego nazwisko było, jest i z pewnością będzie ważnym elementem polskiej sceny alternatywnej. Jeśli jeszcze nie jesteście tego pewni, czym prędzej udajcie się na koncert.