SO!MUSIC

NOWA STRONA MUZYKI

Recenzje

Mikromusic – “Matka i żony” [recenzja]

mikromusic
Mikro muzyka – tylko w nazwie. Przeczytajcie naszą recenzję najnowszego albumu Mikromusic – “Matka i żony”.

Pracowitość to znak rozpoznawczy sekstetu z Wrocławia. Od momentu debiutu w 2006 roku cały czas utrzymują ciągłość wydawniczą przeplataną kolejnymi udanymi trasami koncertowymi. 9 lat i siedem wydawnictw to wynik, którego pozazdrościć może nie jeden zespół. Zwłaszcza, jeśli każda z tych płyt nie schodzi poniżej ustalonego w pewnym momencie dobrego poziomu. Płyta studyjna poprzedzająca krążek którego dotyczy ta recenzja, “Piękny koniec” wydana została w 2013 roku. W tym czasie oczywiście nie zabrakło miejsca na trasę koncertową i wydanie ubiegłorocznego koncertowego CD/DVD “Mikromusic w Capitolu” – zapisu niezwykłego występu ze specjalnie przygotowanymi aranżacjami. Połączenie gitar akustycznych, fortepianu i septetu smyczkowego pod przewodnictwem Adama Lepki dało niebywały efekt (kto jeszcze nie słyszał niech nadrabia zaległości).

Jednak nie o tym miała być mowa. “Matka i żony” to materiał świeży i jak na Mikromusic przystało bardzo dobry. Jedenaście kompozycji, ponad 40 minut materiału i cudowne muzyczne doznania. Znany nam już przed premierą singiel “Krystyno” otwierający płytę pokazuje, że członkowie grupy cały czas są w formie i nie popadli w twórczą stagnację. Utwór ten nie jest rewolucyjny, zespół nie zmienia diametralnie obranego przez siebie kierunku, gra klasycznie ale cały czas oryginalnie. Na pierwszy plan wybija się mocna linia basu, uwagę słuchacza zwraca również solo klawiszowe. Następną pozycją wrocławianie nieco zaskakują słuchacza serwując mu “Zakopolo“. Utwór z nieco marszowym rytmem, bardzo ciekawymi rwanymi riffami gitarowymi wyróżnia się nieco spośród nie tylko tej płyty ale i całej twórczości jako numer najmocniejszy brzmieniowo w repertuarze grupy.

 

[kad_youtube url=”https://www.youtube.com/watch?v=-AYxAE5Sd3E” width=900 height=450 ]

 

O kolejnym, singlowym “Bezwładnie” z gościnnym wokalem Skubasa rozpisywać się nie trzeba. Świetnie współbrzmiące głosy Natalii i Radka w połączeniu ze schematyczną (co nie znaczy, że nie dobrą) melodią od pierwszych dźwięków czarują nasze uszy. Dalej w kolejce mamy znany z akcji promocyjnej “W rytmie natury” marki Dilmah utwór “Lato 1996“. Rozciągnięte gitarowe riffy niczym letnie, gorące popołudnia wraz z klawiszami tworzą idealny klimat do opowiadanej historii. Należąca do soundtracku filmu “Chemia” (jedna z czterech na płycie) piosenka “Dom” ujmuje nas swoją prostotą na początku, po czym rozkręca się i rozrasta instrumentalnie by finiszować z piękną wokalizą. “Kostucha” podobnie jak poprzednik startuje wolno, skromnie (jedynie klawisze), by w drugiej części rozbrzmieć mnogością instrumentów niczym orkiestra prowadząca orszak z tytułową kostuchą na czele.

 

[kad_youtube url=”https://www.youtube.com/watch?v=HSyCtsQo1vM” width=900 height=450 ]

 

Zespół, chyba zmęczony tempem niczym drużyna z ligi angielskiej w końcówce sezonu, nieco obniża loty w “Pocałuj, pochowaj“. Kompozycja, pomimo iż nadal na przyzwoitym poziomie, nieco odstaje od współtowarzyszy na płycie, co jednak jej nie przekreśla. Może potrzeba czasu by odkryć jej zalety?

Po, nazwijmy to, małej wpadce mamy kawałek, który jest jednym z moich faworytów albumu. “Piękny chłop” zaczyna się od oklasków, by w zwrotkach (szczególnie drugiej!) rozbrzmieć niczym utwór żywcem wyjęty ze ścieżki dźwiękowej filmu Emira Kusturicy! Nie tracące mocy, aczkolwiek w nieco łagodniejszym klimacie refreny utrzymują w twierdzeniu, że jest to jedna z ciekawszych kompozycji na krążku. Znowu spokojniej robi się później, kiedy słucham “Po co ja tu jestem?“. Ukulele akompaniując wokalowi Natalii rozpoczyna kilka chwil rozmyślań w radosnym jak na ten instrument i tytuł piosenki przystało klimacie. Przedostatnia “Matka Teresa” nieco przyspiesza tempo. Jest jednak jednym ze słabszych (co nie znaczy, że kiepskim) numerem na płycie. Cały krążek kończy kompozycja “Nie umrę” (ostatnia należąca do soundtracku wspomnianego wcześniej filmu), bardzo spokojna, nieco podniosła. Mikromusic w klasycznym wydaniu. Oprócz opisanej już warstwy muzycznej na pochwałę zasługuje też wokalistka. Przemyślane, niebanalne i inteligentne teksty opowiadają tylko z pozoru zwykłe historie (“Krystyno“, “Lato 1996“, “Piękny chłop“) jak i wprawiają słuchacza w chwile zadumy i przemyśleń (“Dom“, “Po co ja tu jestem?“, “Nie umrę“). Dodatkowym atutem są wtrącane w większości utworów wokalizy, które dodają uroku i charakteru.

W ogólnym rozrachunku “Matka i żony” jest krążkiem bardzo udanym. Mamy tu kilka elementów, które odbiegają nieco od trip hopu i acid jazzu (sztandarowych nurtów z pierwszych płyt) czyniąc ten album nieco żywszym i mocniejszym brzmieniowo, jednak nadal jest to Mikromusic który znamy i – nie bójmy się tego słowa – kochamy. Płyta nie nudzi nas nawet na chwilę i z pewnością zagości na dłużej w odtwarzaczach nie tylko zagorzałych fanów zespołu.

 

 

Oddychasz muzyką? Szukasz nowych brzmień?
Bądź na bieżąco! Polub nasz profil facebook!