Jedyny taki festiwal – Colours of Ostrava! [relacja]
» » Jedyny taki festiwal – Colours of Ostrava! [relacja]

Jedyny taki festiwal – Colours of Ostrava! [relacja]



 Autor: K.O. 

Colours of Ostrava to wyjątkowy festiwal. Na dowód tego, w tym roku mamy dla Was nie jedną, a kilka relacji! 









Colours of Ostrava to jeden z tych festiwali, który na dlugo pozostaje w pamięci. Polecam go zawsze i wszystkim, dając za wzór organizację, wyjątkowe miejsce i niezwykły klimat, którego nie zaznasz na żadnej z polskich imprez masowych. Trudno jest opisać słowami ten luz, swobodę, tą przestrzeń pełną kolorów, emocji, przyjaznych ludzi i wyjątkowej muzyki, która przez 4 dni rozbrzmiewa aż na 16-stu scenach! Wszystko tak różnorodne i kontrastujące ze sobą, że każdy znajdzie tu coś dla siebie. 



Pierwsze co rzuca się w oczy tuż po wejsciu na teren Dolní oblast Vítkovice to brak problemu wszędzie walających się śmieci, tak doskwierający na znanych mi w Polsce imprezach . Znakomitym rozwiązaniem są kubki na piwo z kaucją, z którymi mozna poruszać się wszędzie. Nie ma wydzielonych stref gastro i obostrzeń terytorialnych na spożywanie i chłodzenie organizmu od wewnątrz złocistym trunkiem. Strefa gastronomiczna jest wszędzie! Gdzie nie spojrzysz, tam pyszności! Czeskie smakołyki, których nazw nie da się powtórzyć, owoce w czekoladzie, kiełbasy, frytki, zapiekanki, langosze, hot-dogi, pizze, wegańskie papki i inne cuda! Do koloru do wyboru! Najmilej jednak wspominam mnogość stoisk z czeskim piwem (tanim!) i cydr podawany na lodzie, który był moim najlepszym festiwalowym przyjacielem. 


Bliskość Ostrawy z Polską sprawia, że z roku na rok coraz więcej tu naszych rodaków. Z Krakowa czy z Katowic to przecież rzut kamieniem. Do tego niewygórowane ceny karnetów (połowę tańsze od tych, które serwują nam polskie festiwale), bogaty lineup, i niewygórowane ceny na festiwalowych stoiskach. Właśnie podałem Wam przepis na znakomity letni, muzyczny weekend! 😉


fot. Petr Piechowicz

No właśnie… bo przecież w tym wszystkim o muzykę chodzi, a było czego słuchać! Headlinerzy bili po oczach z plakatów: Bjork, Rudimental, Kasabian, St. Vincent, Mika, Jose Gonzalez, do tego The Cinematic Orchestra, Caribou, Sawns, Dillion i wielu, wielu innych… w tym także polskich reprezentantów. Trzeba przyznać, że duma mnie rozpierała podczas ich koncertów, bo zaprezentowali naprawdę wysoki poziom! BOKKA zachwyciła (niektórych bardziej niż największa gwiazda festiwalu), The Dumplings rozczulili, a Marika dzielnie walczyła o publiczność z grającym w tym samym czasie na głównej scenie Clean Bandit, który swoją drogą, był dla mnie największym rozczarowaniem tego festiwalu. Miał to być ambitny projekt łączący siłę instrumentów smyczkowych z tanecznymi rytmami, a wyszło jak wyszło… plastikowy pop/dance z ozdobnikiem w postaci skrzypiec. Żeby zatrzeć rozczarowanie Clean Bandit, wspomnę o najlepszym jak dla mnie występie -a dał go Kasabian! Porwali mnie w całości! Energią, którą wytworzyli na scenie można by z powodzeniem pokryć niedobory polskich elektrowni podczas upałów. Mimo skróconej festiwalowej setlisty, mam wrażenie, ze zagrali wszystko co najlepsze! Najlepsze show dała za to St. Vincent, jej występ był zaplanowany w każdym najdrobniejszym szczególe. Miałem wrażenie, ze każdy jej ruch był elementem misternie zaplanowanego mechanizmu. Byłem zachwycony! Z wielką niecierpliwością czekałem na ten koncert, szczególnie po znakomitych recenzjach, które zebrała po Open’erze. Nie zawiodłem się, choć przyznam, że w mej osobistej hierarchii, nie odebrała palmy pierwszeństwa chłopakom z Kasabian. 


Słychać było głosy rozczarowania koncertem Bjork, szczególnie jego porą. Koncert inaugurujący festiwal, godzina 20… No cóż, faktycznie, rozpoczęcie festiwalu głównym headlinerem wtedy gdy jest jeszcze jasno, nie jest najlepszym pomysłem, jednak podobno to sama artystka wybrała godzinę swojego występu… więc nie można mieć żalu do organizatorów. Ja z jej występu zapamiętałem głównie świetną oprawę – doskonałe wizualizacje i kolorowy dym wypuszczany ponad scenę, który trzeba przyznać, robił wrażenie. Koncerty Bjork zawsze były dla mnie sumą zjawisk i bodźców. Nie zawiodła mnie.

Bardzo dobrze wspominam koncert Augustines, Trzeba przyznać, że to zwierzęta sceniczne z krwi i kości. Jose Gonzaleza mimo, że obsadziłbym na bardziej kameralnej scenie, pokochałem do reszty za cover Massive Attack – Teardrop. Wpuścił ten kawałek w zupełnie nową przestrzeń co wywołało u mnie ciarki na całym ciele. Owe ciarki są dla mnie moim własnym, osobistym wyznacznikiem najwyższej jakości 😉 Doznałem ich także podczas koncertu Oscar & the Wolf. Wspaniałe festiwalowe odkrycie, do którego z pewnością będę często wracał. 

Zupełnie dałem się porwać Rudimental i przyznam, ze to właśnie dla nich chętnie wybiorę się na Live Kraków Festiwal. Not Giving do tej pory wybrzmiewa mi w głowie! Ich występ to przykład gigantycznej machiny koncertowej, która z powodzeniem zawładnie sceną największych światowych festiwali. Warto zobaczyć! Muszę także wspomnieć doskonały występ Caribou, który idealnie domknął sumę festiwalowych wrażeń dnia pierwszego. Mocną dawkę emocji dostarczyli także Clark i Danger, na których z pewnością wybiorę się ponownie. The Cinematic Orchestra natomiast, nie do końca mnie przekonali. Nie wiem czy scena Arcelor Mittal była dla nich najlepszym miejscem. 


Jak to bywa na festiwalach, wybranie własnego lineupu wiąże się często z osobistym dramatem. Trudno jest pogodzić wszystkie koncertowe zachcianki i zobaczyć wszystkich artystów. Występy często nakładają się, nie wszędzie da się dotrzeć na czas i mam kilka lineupowych wyrzutów sumienia. Jednym z nich na pewno jest Dillion, którą zdradziłem dla Augustines. Wspomniany przeze mnie wspaniały Oscar & the Wolf  nie wypuścił mnie na SwansDo tego Rodrigo y Gabriela, Other Lives, The Mispers i Vok – artyści ostatniego dnia Colours of Ostrava, których nie mogłem zobaczyć, ze względu na poniedziałkowe obowiązki. Mam nadzieję, że niebawem uda mi się nadrobić te koncertowe zaległości!

Odkrycie: Oscar & the Wolf


Show: St. Vincent


Najlepszy koncert: Kasabian


Sceniczne zwierzęta: Augustines


Światowy poziom: Rudimental


Porażka: Clean Bandit



 Aneta, Wodzisław Śląski 


Pierwszy raz. Bolały lędźwie i stopy od nie odpuszczania. Bolała głowa na kacu i od myślenia. Bolała szczęka, bo zęby mądrości stwierdziły, że to teraz. Na szczęście nie ucierpiał portfel, dobry smak i godność. Organizacja festiwalu była na najwyższym poziomie. Zaskakująco krótko stało się w kolejce pod prysznic, w toitoiach był papier, ludzie uprzejmi, stoiska pełne smakołyków, w większości w uczciwych cenach. Niemożliwe, ale na polu namiotowym nie ukąsił mnie żaden komar. Do tego wszystkiego steampunkowapostapokaliptyczna sceneria huty i kopalni Vitkovice budująca w głównej mierze atmosferę festiwalu.




Meritum przedstawia się następująco: Najwyżej na podium stawiam koncert St. Vincent, która misternie wyreżyserowała swój występ otaczając się odpowiednimi muzykami pozwalającymi jej błyszczeć. Czynnik decydujący o wygranej prócz miłości do materiału, uroku i piękna jej postaci oraz nieskazitelnego wykonawstwa, to jakość brzmienia powalająca, bezkompromisowa i idealnie wyważona. Basy wyrwały mi serce, a jej gitarowe solówki je pożarły.
Oddechem na jej plecach zapamiętam Kasabian – komentarz zbędny, to zespół do kości festiwalowy i nie było to żadnym zaskoczeniem, że mucha nie siada na ich występie.
Wspominać będę Swans (zjawiskowe brzmienie i nawet nie trzeba było stać 200 m od sceny by czerpać przyjemność), Dillon – objawienie koncertowe, choć po powrocie nieco zawiodłam się słodkimi i delikatnymi aranżami na płytach, Vessels – 5 chłopaków grających elektronikę na żywo (tym większe emocje, że odkryliśmy scenę elektroniczną jako najlepszy klimat o obniżonej ilości ludzi), Other Lives – odkrycie poniewczasie, ich koncert zamurował mnie jak widok ze szczytu bieszczadzkich gór o poranku, Alaev Family – klimat izraelskiego wesela, jak mniemam, w każdym razie tak się bawiłam, a trzeba dodać, że muzycy byli równie prawdziwi i spontaniczni co profesjonalni, dali mi energię na drugą połowę festiwalu (!), The Soft Moon – bezkompromisowe postpunkowe granie, jednak na tyle melodyjne i ciekawe aranże bym nie mogła spragniona odejść po wodę do kubka, doskonałe zakończenie festiwalu, VOK – tylko końcówka koncertu, a i tak zrobiła bardzo dobre wrażenie, z pewnością sięgnę po ich płyty, na koniec dorzucę Caribou – dobra impreza, bardzo sensualne brzmienie i materiał, zgodnie z moimi oczekiwaniami, aż przyjemnie było się kleić do ich muzyki.


Niestety nie zapamiętam mocno koncertu Bjork, ponieważ brzmienie smyczków kłuło mnie po uszach, kolorowe fajerwerki pokryły ten ból w 10%, niestety z większej odległości nie byłam w stanie wczuć się w muzykę, brakowało mi głębi i selektywności zarazem. Przykro mi tym bardziej, że lubię najnowszą płytę,  ponadto do setlisty weszły moje ukochane staroci: Possiblymaybe i Hyperballad.


Kolejnymi największymi przegranymi dla mnie są Brytyjczycy z The Misspers, którym brzmienie zupełnie nie wyszło jak na moje wybredne uszy, było szkliste i jaskrawe, do tego wokalista sprawiał wrażenie naszprycowanego i nie panował nad trzęsącym się głosem. Niestety nie zatrzymałam się też dłużej na wielu headlinerach tj. Rudimental, CleanBandit, Mika, Jose Gonzalez, który padł ofiarą niedopasowania do za dużej sceny, takie selektywne i delikatne dźwięki nie zgrywały się z zapachem pobliskich grillów i zgiełkiem głównego traktu do toalet, to samo zresztą spotkało The Cinematic Orchestra, szkoda, że nie grali w Hali Gong lub chociaż w namiocie, szkoda też, że tylko na 3 utwory weszli wokaliści, Telefon Tel Aviv Dj Set – niestety spodziewałam się więcej z klimatu duetu, a tu dość prosta impreza, NO Blues – zwyczajnie nudny, ale dobrze się jadło kanapki.
Najbardziej żałuję, że minęły mnie: Owen Pallet, Danger, Avishai Cohen, Oscar and the Wolf, oraz HVOB.


Na koniec wisienka na torcie: wstępy naszych rodzimych kapel: BOKKA oraz The Dumplings oceniam bardzo wysoko, możemy być dumni, że taka muzyka u nas powstaje i zaczyna wychodzić za granice. Aż dziwne, że była prócz tego Marika w lineupie, miast cudnej Rebeki.



 Bartek, Kraków 


Colours of Ostrava to pierwszy zagraniczny festiwal, z którym się zetknąłem. Oczarowany atmosferą, miejscem i koncertami z zeszłego roku, koniecznie musiałem wrócić tam także na tegoroczną edycję.

Co odróżnia Colours od naszych festiwali? Totalny luz, brak ograniczeń i swoboda. Nie musimy przejmować się strefami, w którym tylko zjemy czy napijemy się piwa. Nie jesteśmy ograniczeni barierkami czy innymi zakazami. Być może banalne, ale W Polsce bardzo tego brakuje. 

Jednak najważniejsze są koncerty. Było ich mnóstwo, podobnie jak scen. Czasami za dużo, a na wszystkich i tak nie udało się być. Bolącym problemem był także wybór pomiędzy jednym a drugim koncertem. Niestety, z których trzeba było zrezygnować.

Jeśli chodzi o top koncertów z Colours 2015, na pewno: Kasabian – za moc, energię, petardę na scenie i porwanie całej publiki, najmocniejszy koncert całego festiwalu; St. Vincent – za perfekcyjne show, dopracowany każdy ruch i element; Augustines – za numery, które choć są rockowe, mają w sobie pewną lekkość i chłopaki dają z siebie wszystko; Oscar & the Wolf – poznany dopiero w Ostrawie i to jeden z tych dźwięków, do których będę wracać nieraz; Danger – impreza jakiej Dolni Vitkovice chyba jeszcze nie słyszały i nie widziały; Jose Gonzalez – klimatyczny koncert, chillout gwarantowany, a jednocześnie naładowanie akumulatorów na kolejne występy; Clark – jeden z tych koncertów, kiedy szczęka opada… a ponad to Owen Pallett, Bjork, która niestety występowała przy świetle słońca, polscy artyści – BOKKA, The Dumplings – świetnie przyjęci przez publiczność, Caribou, Rudimental i naprawdę dużo, dużo więcej.


Jedno jest pewne – z Ostrawy można wrócić napełnionym muzycznie, z odkryciami, a klimat panujący na Colours jest nie do zastąpienia!


 Martyna, Rybnik 



Nie ma co ukrywać, największe wrażenie festiwalu w Ostrawie wywiera sam jego teren. Przestrzenie Dolní oblast Vítkovice przyprawiają o dreszcze i opad szczęki, zwłaszcza miłośników industrialnych klimatów.


Drugą rzeczą, która zrobiła na mnie duże wrażenie, to znakomita organizacja festiwalu, rozpoczynając od wymiennych kubków, przez bieżące utrzymywanie w czystości zarówno obszaru festiwalowego, jak i pola namiotowego, przez szeroką i stosunkowo niedrogą ofertę gastronomiczną i alkoholową, po oczywiście szeroki wybór koncertowo-artystyczny. Wprawdzie miałam nadzieję, że przy 16 scenach, coś chwyci mnie za serce co najmniej 3 razy dziennie, czego niestety nie zaznałam, jednak zapewne nie można było narzekać na nudę. Osobiście najbardziej spodobały mi się koncerty na scenie Agrofert Fresh Stage, która chyba była też najprzyjemniej rozmieszczona, zwłaszcza jeśli preferuje się raczej kameralne koncerty. Zespołami, które utkwiły mi w pamięci był HVOB oraz The Soft Moon.


Ku mojemu zaskoczeniu Janusz Prusinowski Kompania dał najbardziej taneczny występ  na Europe Stage, gdzie muzycy skutecznie zgarnęli publiczność do polskich mazurków, polek i kujawiaków.


Upalnych temperaturach, które nie odpuściły ani na chwilę (nawet nocą), ratująca była oferta hali Gong (klimatyzowanej!), gdzie do południa można było zobaczyć bardzo przyjemny zestaw filmów, głównie o tematyce muzycznej (np. Frank, Betales: A Hard Day’s Night, Nick Cave: 20 000 dni na Ziemi) lub dla tych, którzy zaopatrzyli się wcześniej w wejściówki albo przyszli w odpowiednim czasie, aby je dostać, dostępne były koncerty lub przedstawienia na sali widowiskowej. Na mnie bardzo pozytywne wrażenie zrobił projekt DaeMen “Loser(s)” w całości muzycznie i narracyjnie prowadzony przez beatboxera En.Dru, do którego popisów tańczyli tancerze cyrkowi.
Niestety z powodu mego ograniczenia językowego, nie skorzystałam z paneli dyskusyjnych ani poetyckiego programu festiwalu, odbywały się one wyłącznie w j. czeskim, ale cóż, powiadają, że nie można mieć wszystkiego.


Festiwal jest godny polecenia i z przyjemnością wybiorę się na niego ponownie (co jest dla mnie samej zaskoczeniem, ponieważ ostatnio forma festiwalu bywa dla mnie odrzucająca). Zatem bierzcie i kolorujcie się.



 Joanna, Oborniki Śląskie 

fot. Petr Piechowicz


Na Colours of Ostrava byłam po raz pierwszy i muszę przyznać, że jestem pod ogromnym wrażeniem, zarówno jeśli chodzi o warstwę muzyczną festiwalu, jak i wszelkie kwestie organizacyjne. O ile samo miasto nie porywa jakoś szczególnie, tak teren festiwalowy rzuca na kolana. Nie pomyślałabym nigdy, że tak wspaniale można wykorzystać i zaaranżować te przemysłowe tereny.



Karnet na imprezę kupiłam stosunkowo wcześnie, bo z końcem lutego, czyli w chwili, gdy jedynym znanym headlinerem był Mika (ogromnie przeze mnie ceniony, głownie ze względu na swoją debiutancką płytę). Ufałam jednak, że kolejne nazwiska będą równie wspaniałe i oczywiście się nie zawiodłam! Oprócz zjawiskowej Bjork, energetycznych Kasabian,czy magicznych The Cinematic Orchestra program festiwalu przyniósł też kilka odkryć, które na pewno będą mi towarzyszyć w nadchodzącym czasie. Moją uwagę zwrócili szczególnie Oscar and the Wolf oraz świetni The Mispers. W pamięci pozostaną też na pewno wspaniałe występy Miki, Other Lives, Williama Fitzsimmonsa oraz mojej osobistej rewelacji z Drive Stage: Electro Deluxe. Niesamowicie się cieszę, że dane mi było uczestniczyć w tegorocznej edycji festiwalu i nie ukrywam, że mam ogromną ochotę na powrót do Dolnych Witkowic za rok.



 Patrycja, Gliwice 



Colours Of Ostrava to dla mnie najlepszy póki co festiwal na jakim dane mi było być. Odkryłam go dwa lata temu po raz pierwszy, a tym razem pragnąc zobaczyć i przede wszystkim usłyszeć ukochaną Bjork i całą resztę ‘znakomitości’ walczyłam do ostatniej chwili by wygrać bilety i tam być z ukochanym. Marzenie się spełniło i już w czwartek po pracy gnaliśmy autem czym prędzej by zdążyć na Bjork… i zaczęło się. Odpaliliśmy kolorową racę i… niestety prędko czar prysł. Liczyłam się z tym, że Jej ostatnie płyty są bardzo specyficzne ale do ostatniej chwili wyobrażałam sobie, że Bjork ruszy z kopyta. poleci Declare Indepence i wulkan energii eksploduje. Tak się nie stało… nie dotrwałam do końca, bo to co usłyszałam i zobaczyłam, nie spełniło moich oczekiwań. Poczułam się jak mała dziewczynka, która cały dzień na coś czekała, a potem wszystko pękło jak bańka mydlana. 



Drugi dzień był przeplatanką, od petardy Kasabian do spokojnych Jose Gonzaleza i The Cinematic Orchestra, których można było słuchać jak większośc to czyniła – w pozycji siedzącej, a nawet leżącej. Wracając do Kasabian. Pozytywnie mnie zaskoczyli, dla mnie to oni wygrali ten festiwal. Rozwalili system! Na takie koncerty warto czekać. Cudownym okazał się też Oscar and the Wolf. Na scenie był jak ptak – wraz z nim było czuć powiew wolności i świeżości. Zabierał w inny wymiar piękna, w świat muzyki ukryty w dżungli. Klangkarussell za to zapomniał o wokalu w swoich najważniejszych utworach, zwłaszcza tym ostatnim. Miło było słuchać BOKKI, duma aż rozpierała z radości, że ‘nasi’ są na drugiej dużej scenie po głównej. Caribou aż tak nie porwał do tańca, ale przyjemnie kołysało. W pierwszy dzień, słuchaliśmy również Clark‘a, który jakoś bardziej kojarzy mi się z Tauronem i trochę zakłócał mi swój własny odbiór na Colours of Ostrava… Natomiast St. Vincent mnie jakoś nie porwała. 


fot. Petr Piechowicz

W trzecim dniu, najbardziej ‘napaliliśmy się’ na Rudimental…i nie zawiedli. Nie zawiódł prawie nikt tego dnia. Troszkę słabszy okazał się Augustines, mimo tego, że na scenie dawali z siebie wszystko, mnie nie porwali  ‘Sorry boys’, not this time! 😉 Lepszy okazał się być koncert Dillon, który był w tym samym czasie. Przyjemnie było jej słuchać i z nią pozostać do końca. Lokalnie i patriotycznie, na warto wspomnieć sam początek tego dnia – The Dumplings. ‘Nasze pierogi’ też dały radę ale Justyny i Kuby zawsze przyjemnie się słucha. Oni jak to pierogi – nie przejadają się. 😉 Owen Pallett śpiewający i grający na skrzypcach był jak pyszne ptasie mleczko spożywane do kawy. Rozpuszczał się w uszach. Uwielbiam smyczki. Trzy dni słuchania w tak dużej dawce i prawie bez przerwy muzycznych objawień, mimo chęci powoduje zmęczenie i na Danger nie doszliśmy, dudnił nam w oddali. Resztki sił zostawiliśmy na Clean Bandit. Niestety… dla mnie to póki co, zespół jednego utworu – Rather be


W niedzielę, jak większość Polaków, grzecznie wyruszyliśmy do domu, by w poniedziałek przywitać rzeczywistość w pracy, także Mika i reszta grali bez nas… 


Dziś dalej nie zrywam opaski z ręki i odliczam dni do następnego, najbardziej kolorowego i uwielbianego festiwalu przeze mnie. Emocje jakie towarzyszą wspomnieniom na długo zostają… Marzy mi się, by oprócz Bjork, powrócił tam Chet Faker, którego nie było mi dane usłyszeć ani rok temu, ani na Tauronie, bo ‘mnie wystawił’. To raj dla takich jak ja – kochających muzykę i industrial w jednym! Marzy mi się po prostu znów być tam za rok! 



 Janek, Gliwice 


Podsumowując mój pierwszy raz… …na Colours of Ostrava: niezła organizacja, genialne wręcz miejsce z klimatem, duże bogactwo gatunkowe i nie tylko (teatr etc.) – każdy znajdzie coś dla siebie! 
Wszystkiego na pewno nie zobaczysz, a dylemat co wybrać pozostaje do ostatnich chwil na festiwalu. Moment w którym chłopak z Rudimental dziękuje za rozwiązanie odwiecznego problemu selfie iPhonem… bezcenny. POLECAM!


Wysoki poziom: Caribou, Dub inc, Dillon, Swans 


Najlepszy występ: Kasabian – profesorowie w każdym calu swojego fachu, przyjazny dla widza Rudimental i ponownie Dillon dla której zdjęcia i autografy to żaden problem.


Odkrycie: Oscar And The Wolf 


Najprzyjemniejszy kobiecy zespół: Sallie Ford


 Kataryna, Bielsko-Biała 




Z pierwszego dnia w zasadzie mogę opowiedzieć tylko o dwóch zespołach ;).
Bokka – jeden z lepszych zespołów sceny alternatywnej w Polsce, choć w zasadzie mogliby być skądkolwiek. Występ energetyczny (jesteśmy ich wielkimi fanami), znane klimaty wprawiły nas w doskonały nastrój. A że tak dobrze bawiła się również spora część festiwalowiczów, rozruszało nas już totalnie. Caribou – świetny, porywający koncert. Mocno transowe rytmy w samym środku nocy były idealnym zakończeniem dnia.


Koncerty drugiego dnia rozpoczęłam od francuskiego Black Strobe. Gdybym wiedziała ile do tej pory straciłam nie słysząc ich na żywo… Wokalista przypominał mi skrzyżowanie Maleńczuka z Davem Gahanem z Depeche Mode. Arnaud Rebotini porwał wszystkich, tym swoim głębokim wokalem dawał ostro popalić. Nie było nikogo kto nie reagowałby entuzjastycznie na jego podchody pod barierki i kontakt z ludźmi stojących na pierwszym ogniu. Świetny występ.




Kasabian – klasa sama w sobie, jak dla mnie porywająca muza, utwory mega wpadające w ucho. Miło się słuchało i bujało do znanych utworów. Niestety nie zostaliśmy na długo, bo w połowie postanowiliśmy opuścić dobrą zabawę i ruszyć na Agrofert – scenę IV, którą osobiście uwielbiam
Tutaj są zawsze najlepsze występy (choćby nasze zeszłoroczne odkrycie – Chet Faker czy A Tribe Called Red). Tak było i tym razem. Nie żałowałam, ze zostawiliśmy Kasabian. Warto było. Wystąpił tu austriacki mieszany duet HVOB. Co tu więcej pisać, mega fun, zabawa na maksa. Porwali nas totalnie. Tańce, dzika radość, tam trzeba było być.


Potem powrót na główną scenę na amerykańską wokalistkę St. Vincent. Nie potrafię do końca ogarnąć tej muzy. Nie powiem, śpiewa świetnie, ale zgodnie stwierdziliśmy, ze nie jest to odbiór łatwy, do tańców czy słuchania w samochodzie. Sama Annie Clark wyglądała niesamowicie kobieco, w czarnym mocno obcisłym kostiumie, ciemnych (dla odmiany nie była już platynowa) włosach i butach na wysokim obcasie działała na wyobraźnię. Następny było Klangkarussell – generalnie dla mnie dopełnił wieczoru (a właściwie nocy). Wszystkim znany utwór Sonnentanz tym razem odegrany bez wokalu był równie dobry. Dobry “dens” i tyle.


Trzeciego dnia w planie był nasz rodzimy The Dumplings, niestety większość z nas odpuściła. Zespół grał bardzo wcześnie, po nich do następnego interesującego nas występu była 3-godzinna przerwa. Szkoda, w sumie to bardzo chciałam ich posłuchać, tym bardziej że byliśmy na ich koncercie w zeszłym roku w krakowskiej Fabryce i nie do końca wtedy dali radę; miałam chęć to zweryfikować w Ostravie. Nie udało się. Aczkolwiek ich płyta jest świetna. Punktem wieczoru był oczywiście Rudimental. To co się działo podczas koncertu można określić chyba jednym słowem – świetna zabawa. Wszyscy śpiewający porwali ludzi do tańca, a Waiting All Night (w oryginalnej wersji zaśpiewany przez  charyzmatyczną Ella Eyre) była wisienką na torcie. Nawet się wzruszyłam.


Na II scenie czyli Arcelorze zaliczyliśmy również Danger. Elektronika w dobrym wydaniu podziałała na tyle skutecznie, że transowe podrygi nie opuściły mnie do samego końca. Dla mnie bomba. No i na deser Clean Bandit. Muzyka tyleż elektroniczna co popowa. Nie spodziewałam się, że będę się tak dobrze bawić. Swansów, których już raz posłuchałam w Ostrawie (chyba ze 3 lata temu) i nie powiem, ze wtedy mi się nie spodobali; ponoć ciężko było strawić. Znajomi wyszli w połowie koncertu. Nie wiem, nie byłam…


Niedziela. Występ Rodrigo y Gabriela – gitarowe szaleństwo – ale nie moje klimaty – przesiedzieliśmy przy złotym trunku. Dalej był The Mispers, brytyjska grupa i ich indie-rockowe bujanie, fajnie grali, mogłam się spokojnie bawić, bez obaw o palpitacje serca. Nasi znajomi z Gdyni (poznani notabene już w zeszłym roku), wyciągnęli mnie na występ The Other Lives. Nie znałam wcześniej tego zespołu ale bardzo mi się podobało. Nie przeszkodził nawet 10-minutowy deszcz. Było ciekawie. Absolutnie energetyczny koncert tego wieczoru – Francuzi i ich funkowo-jazzowy Electro Deluxe, którzy grali w wielkim namiocie, na najmniejszej ze scen – Drive Stage. Mega koncert! Porwali ludzi pod sceną jak i tych, którzy pozostali na zewnątrz (czyli nas). Nie odważyliśmy się wejść ze względu na upał, który dawał się ostro we znaki. Charyzmatyczny wokalista jest niesamowity, to co ten gość wyprawia, trzeba koniecznie zobaczyć! Tak nam się spodobali, że planujemy wybrać się na ich koncert do Brna.



Colours of Ostrava, do zobaczenia za rok! 😉

Zostaw Komentarz