Terrific Sunday: Trzeba pokonywać wszystko krok po kroku [wywiad]
» » Terrific Sunday: Trzeba pokonywać wszystko krok po kroku [wywiad]

Terrific Sunday: Trzeba pokonywać wszystko krok po kroku [wywiad]

Kategoria: Wywiady | 0
fot. TheCut
 Rozmawiała: Karolina Łojko 
Jesienią ukaże się ich debiutancka płyta, a grali już na Open’erze i Orange Warsaw Festival. Spotkaliśmy się z nimi przed koncertem w ich rodzinnym Poznaniu. Stefan Czerwiński i Artur Chołoniewski opowiedzieli o nagrywaniu teledysku w Barcelonie, akustycznym graniu, swoich marzeniach i czym dla nich jest pół fana. 


SO!MUSIC 

Działacie razem od dwóch lat, ale każdy z Was coś wcześniej robił, w jakiś innych zespołach. Kto wpadł na pomysł, żeby to wszystko połączyć, Was, muzykę, nazwę i jest Terrific Sunday?
Stefan: 
Tak naprawdę to nie był jakiś pomysł, że jakaś jedna, konkretna osoba nagle zaczęła działać na rzecz tego wszystkiego, żeby się spotkać i zrobić coś razem, tylko to tak samoistnie wynikło. Spotykaliśmy się na swoich koncertach i nagle się to wszystko połączyło.
Artur: 
Tym bardziej nie planowaliśmy tego, co będziemy grać. Wiadomo, że my się spiknęliśmy z chłopakami i chcieliśmy razem to robić, ale nie planowaliśmy w sumie niczego, co będziemy robić, a zwłaszcza jaką muzykę. Spotykaliśmy się na tych takich najbardziej romantycznych początkach prób i po prostu graliśmy. Tak to się zaczęło. Nie było super planu na super grupę. 

SO!MUSIC 

Przez te dwa lata jednak coś osiągnęliście. Macie tylko dwie EP-ki, a graliście na Open’erze, teraz na Orange Warsaw Festival. Nie każdy młody zespół występuje od razu na tych festiwalach. Teraz wydajecie płytę i trochę się nie boicie, że wszystkie oczy są skierowane na Was, wszyscy od Was oczekują rewelacyjnej płyty. Nie czujecie presji?
Stefan: 
Wydaje mi się, że nie można w naszym wypadku mówić o presji, bo zespołów w naszym wieku, z naszym stażem jest multum. Wiadomo, że nam się udało osiągnąć coś, na co tak naprawdę nigdy nie liczyliśmy. Nikt z nas nie spodziewał się, że potoczy to się w takim kierunku, że będziemy mogli występować na takich wyśmienitych festiwalach. A co do presji. Jesteśmy w tej komfortowej sytuacji, tak jak mówiłaś na naszym koncie są EP-ki jedynie, a ten materiał, który skończyliśmy już nagrywać to jest rzecz, która wyszła bardzo naturalnie z tego zespołu. Nikt nie myślał, komponując piosenki o tym, co musimy zrobić, jak to zrobić. Był to taki za przeproszeniem wyrzyg emocjonalny. Z tego się bardzo mocno cieszymy i mamy nadzieję, że nie będziemy nigdy działać pod wpływem jakiejkolwiek presji. Teraz na pewno jej nie czujemy. 
Artur: 
Pomijając kwestię tego, że płyta będzie częściowo kontynuacją EP-ek. Wiadomo, będą numery czy momenty w numerach, które zadziwią słuchacza, ale też nie wydaje nam się, że to tak bardzo odbiega od tego co graliśmy do tej pory, żeby ktoś powiedział „kiedyś graliście tak, a teraz tak”. Zrobiliśmy płytę pod okiem producenta, który bardzo lubi postawić na swoim, ale możemy powiedzieć, że podoba nam się ona bardziej niż poprzednie EP-ki.
SO!MUSIC 

Właśnie producent. Nagrywaliście u Marcina Borsa, marka sama w sobie, wszyscy wiemy, ale mieliście też drugiego producenta, Damiana Pieklę. Co on Wam dał, jaka była jego rola?

Stefan: 
Damian nam dał bardzo dużo przy nagrywaniu tej płyty, bo to była osoba, która była odpowiedzialna… w sumie to były takie naczynia połączone. Marcin nakłonił nas do tego, przed czym my się długo broniliśmy, czyli do nagrania płyty na setkę. Strasznie się tego baliśmy, ale w momencie, kiedy decyzja zapadła, to Damian przejął pieczę nad przygotowaniem. Spędzaliśmy u niego w sali prób we Wrocławiu dwa tygodnie, gdzie całymi dniami przygotowywaliśmy materiał na tę płytę i on z nami bardzo mocno ćwiczył.
SO!MUSIC 
Skąd właściwie Damian się u Was wziął, jak to się stało?
Stefan: 
Z Damianem znamy się od 4 może 5 lat, za sprawą zespołu Muchy. Tak to wyniknęło, że znajomość przerodziła się w koleżeństwo i to dzięki niemu mieliśmy dostęp do Marcina. On był takim pośrednikiem, który teraz z Marcinem bardzo dużo współpracuje. Podjął się przygotowani nas do nagrania tej płyty, dodania różnych smaczków aranżacyjnych, ale przed wszystkim przygotowania nas do nagrywania materiału na setkę, co wydawało nam się rzeczą nie do zrobienia. 
Artur: 
Damian nas tak krótko mówiąc wyszlifował. Wchodząc do studia była ogromna presja, bo nie zawsze się nagrywa debiutancką płytę. On nas bardzo uspokoił. My byliśmy przygotowani do samego grania na instrumencie, a Damian otworzył nam głowy i tak dalej. Ale to sprawy czysto muzyczne, ale bardzo nam pomógł, w każdym razie. 


SO!MUSIC 
Ostatnio wyszyła Wasza nowa piosenka z akcji z Lewisem. Tylko, że zaznaczyliście, że ta piosnka będzie całkiem inaczej brzmiała. Czy na płycie będzie coś podobnego, akustycznego?
Artur: 
Ten kawałek nie będzie tak brzmiał, ale będą na płycie przynajmniej dwa numery, które będą bardziej akustyczne, niż mocno gitarowe. Rozstrzał stylistyczny na tej płycie jest dość duży. Piotrek (Piotr Kołodyński – wokalista Terrific Sunday –  przyp. red.) śpiewa tak, że jego wokal da się rozpoznać, ale instrumenty grają przeróżnie. Będą takie numery na płycie, które są wolniejsze, bez gonitwy, bez szybkich werbelków.
Stefan: 
Ale nie będzie numeru stricke akustycznego. Ta akcja z Lewisem to jest nauka. Świetna sprawa, ponieważ my byliśmy zaskoczeni tym, co finalnie wyniknęło z tego utworu, który w aranżu płytowym brzmi kompletnie inaczej. Taki kolejny rozwój na  naszym etapie grania. Kiedy dostaliśmy tę propozycję wiedzieliśmy, że nie możemy wyjść i odegrać, jak każdy inny numer. Troszkę pokombinowaliśmy. Nie był to aranż tak bogaty, jak HEY Unplugged. Super było to, że mieliśmy możliwość skupienia się i pomyślenia o tym utworze w zupełnie inny sposób. I to się udało.
Artur: 
Byliśmy zdziwieni efektem finalnym, a mamy tę przewagę nad słuchami, że oni nie znają jeszcze wersji oryginalnej. Jak posłuchają, to pewnie będą jeszcze bardziej zdziwieni, niż my po zrobieniu wersji akustycznej. 

SO!MUSIC
Nagrywaliście teledysk w Barcelonie, ale tej Barcelony w tym klipie nie widać. Kto wpadł na taki pomysł, żeby przejechać pół świata i nagrać kilka plenerów? Siedzimy nad Wartą, jak słońce świeci to widoki są równie piękne.
Artur: 
Pierwsza zasadnicza sprawa, dlaczego pojechaliśmy do Barcelony, była taka, że musieliśmy w styczniu nagrać teledysk. Kto z nas się z numerem utożsamia, to się utożsamia, większość z nas się nie utożsamia. Ale plan na teledysk był taki, że ma być słoneczny klimat. W styczniu słońce może i jest w Polsce, ale o 11 i na pół godziny przy mrozie –20ºC. Trzeba by było występować w szaliku. Dlatego pomysłodawca, reżyser i cała firma, która zajęła się tym teledyskiem wpadła na pomysł, żeby polecieć do Barcelony. 
Stefan: 
Zamysł był taki, żeby nie było tej Barcelony „barcelońskiej”. Chodziło o to, żeby zagrać atmosferą, aurą i pogodą, a nie Sagradą Familią i Camp Nou.



fot. Karolina Łojko / Koncert w Poznaniu
SO!MUSIC



To skoro nie utożsamiacie się z tą piosnką, to dlaczego ona jest singlem? 

Artur: 
Singiel to jest rzecz bardzo dyskusyjna. 
Stefan: 
Może to jest za duże słowo, że się nie utożsamiamy. W kontekście materiału, który znalazł się na płycie, to ta piosenka do tej płyty nie pasuje.
Artur: 
Dokładnie. Może trochę przesadziłem. To jest numer, który przedstawia nas w innym świetle. Dlatego też nie mogę się doczekać tej płyty, która pokaże, jak niewiele mamy wspólnego z Bombs Away. Z drugiej strony dobrze, że ten numer był, bo spodobał się osobom, którym miał się spodobać i dzięki temu mogliśmy nagrać teledysk, został singlem i leci w radiu.  

SO!MUSIC 
Skoro gracie taką muzykę to znaczy, że ciągnie Was wielki świat?
Artur: 
Wiadomo, że nas ciągnie, ale stąpamy twardo po ziemi. Chcemy tutaj dużo zrobić, a jeżeli ostatnim rzutem na taśmę, przed chorobami starych ludzi, uda nam się wyjechać za granicę, to pojedziemy i będziemy się z tego cieszyć. Nie planowaliśmy tego, że zagramy na Open’erze i Orange. Teraz nie planujemy, że zagramy na Roskilde i Glustonbury.
Stefan: 
Mi przyświeca wspaniała teoria byłego trenera reprezentacji Polski Leo Beenhakkera, który mówił, że trzeba pokonywać wszystko krok po kroku. Nie ma co się żyłować i piłować, że już jesteśmy myślami na wielkich, zagranicznych festiwalach, bo nie o to chodzi. Trzeba wykonywać swoją pracę, a co się wydarzy w dodatku do tego wszystkiego, od nas nie zależy. Tak samo, jak mówiliśmy o Open’erze, Orange i Jarocinie. Nikt z nas nie myślał, że to się uda. 
Artur: 
Dwa lata temu o tym gadaliśmy, tak jak teraz o Glastonbury. Nie mówię, że za rok, czy dwa pojedziemy na Glasto, ale byłoby miło.  

SO!MUSIC 
To jeszcze na koniec zapytam Was o fanów. Nie każdy zespół pokazuje jak świętuje urodziny. To jest dla was takie istotne, żeby aż tak się odkrywać?
Artur: 
Gdyby Stefanowi się urodziła córka, to pewnie byśmy nie wrzucali jej zdjęć codziennie. Mamy łatkę takich kolesi, którzy oprócz tego, że grają to imprezują i dużo się śmieją, żartują. To czemu tego nie wykorzystać w mediach społecznościowych. Ani to nie szkodzi, ani nie pomaga, a człowiek przynajmniej wie – „a ten teraz ma urodziny, ale śmiesznie”
Stefan: 
Nie zdradzamy rozmiaru swoich butów. Pokazujemy tylko, że pijemy razem piwka. (śmiech) 
Artur: 
Pomijając, że pokazujemy to już po paru piwkach, może też dla tego to się pokazuje (śmiech). Ja o tym mogę powiedzieć najwięcej, bo to ja prowadzę nasze media. Nie podobają mi się takie profile bardzo napięte. Wiesz: „Słuchajcie jedziemy do Krynicy Zdrój, a juto przed państwem Pcimie Górne”. Wiadomo to trzeba też napisać, ale można to zrobić w bardziej wyluzowany sposób, który pokazuje takich prawdziwych nas. Na facebooku i na instagramie chcemy być autentyczni.

SO!MUSIC 
Fajne jest to, że Wam się nie pokrywają rzeczy. Na facebooku jest coś innego, a na instagramie coś innego.
Artur: 
Tak, staramy się. O urodzinach Maksa na facebooku, o moich na instagramie, a o Stefana trochę tu, trochę tu. Nie mamy na facebooku 45 tysięcy fanów, tylko 4,5 i to jest bardzo dużo.
Stefan: 
4,5 fana.
Artur: 
4,5 tys. w sensie. 

SO!MUSIC 
W takim razie czym jest „pół fana”?
Artur: 
Pół fana dla mnie, to jest taki koleś który lajkuje tylko posty na facebooku, a nie przychodzi na koncerty i nie kupuje płyt. Słowem podsumowania.

SO!MUSIC 
To czego mam Wam życzyć, ale nie Glastonbury i tego wszystkiego, bo to wiadomo. Tak jakoś oryginalnie.
Artur: 
Żebyśmy nie byli rozczarowani opiniami ludzi po wydaniu płyty.
Stefan: 
Żeby wszystko toczyło się swoim tempem i żebyśmy mieli motywację do dalszego działania. 

SO!MUSIC 
To tego życzę i dziękuję Wam bardzo.
Artur, Stefan: 
Dzięki serdeczne. 

 

Zostaw Komentarz